Od 2,8 miliona osób bez pracy dziś do nadwyżki ofert zatrudnienia w roku 2020 – tak w skrócie można opisać to, co stanie się na polskim rynku pracy w ciągu 9 lat. Ale zanim z punktu widzenia pracownika zacznie być dobrze, do roku 2015 armia Polaków bez zajęcia będzie się powiększać.

Dziś na rynku pracy jest znacznie trudniej, niż wynika to z rejestrowanego bezrobocia. Zgodnie z nim w końcu listopada było ponad 1,9 mln osób bez zajęcia. Okazuje się jednak, że według najnowszych danych już w ubiegłym roku blisko 2,8 mln zdolnych do pracy Polaków nie miało zajęcia. Ta liczba wynika z pierwszej próby oszacowania przez GUS niewykorzystanych w pełni zasobów pracy na podstawie badań aktywności ekonomicznej ludności (BAEL). Prawie 1,7 mln to bezrobotni, a dodatkowo ponad 640 tys. to osoby gotowe do podjęcia pracy, które jednak jej nie szukają, ponieważ straciły wiarę w jej znalezienie. Do tego 116 tys. poszukiwało pracy, choć nie było gotowych do jej podjęcia w ciągu dwóch tygodni i jednocześnie 309 tys. pracowało w niepełnym wymiarze czasu, mimo że chciało pracować na pełnym etacie. To w sumie daje blisko trzymilionową rzeszę osób.

Szacunki „DGP” pokazują, że dopiero za 9 lat sytuacja na rynku pracy zmieni się radykalnie. Z danych BAEL wynika bowiem, że w latach 2000 – 2010 przybyło 1,7 mln miejsc pracy. Można oczekiwać, że również w obecnej dekadzie przybędzie tyle etatów. Równocześnie do 2020 r. liczba osób w wieku produkcyjnym, nawet po wydłużeniu wieku emerytalnego, skurczy się o prawie milion. Ale pozostaną po nich w większości miejsca pracy. Będzie więc ich dodatkowo około 2,7 mln, a więc tyle, ile dziś brakuje. W efekcie miejsc pracy będzie tyle, ile osób w wieku produkcyjnym. A to oznacza, że zacznie nawet brakować pracowników, bo nie wszyscy zdolni do pracy chcą się zatrudniać.

Ale zanim tak się stanie, będziemy przeżywać niezwykle trudny okres na rynku pracy. – Do 2015 r. pojawi się na nim 3,5 mln absolwentów wyższych uczelni i różnego typu szkół zawodowych. Będzie to ostatnia fala osób z wyżu demograficznego z lat osiemdziesiątych, które będą chciały zacząć karierę zawodową – mówi prof. Mieczysław Kabaj z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych. Dodaje, że niestety w większości trafią do rejestru bezrobotnych albo wyjadą za granicę. – Jeśli nic się nie zmieni, w najbliższej przyszłości przyrost liczby nowych miejsc pracy będzie za mały w stosunku do tych, które są likwidowane, i występującego w tym czasie popytu na pracę – podkreśla Kabaj. Profesor dodaje, że by sytuacja nie się pogarszała, w najbliższych czterech latach powinno powstawać rocznie netto 200 – 250 tys. A jak wynika z danych GUS, w ub.r. przybyło ich netto tylko 153 tys. Po trzech kwartałach br. 163 tys. – Przede wszystkim dlatego, że w Polsce inwestujemy tylko 20 proc. PKB. Aby wykorzystać w pełni zasoby pracy, powinniśmy zwiększyć inwestycje o 5 pkt proc. – mówi Jeremi Mordasewicz, ekspert PKPP Lewiatan. Eksperci uważają, że inwestycji tworzących miejsca pracy jest mało również dlatego, że przedsiębiorcy obawiają się pogorszenia koniunktury w związku z perturbacjami finansowymi w UE. Dlatego ich zyski trafiają na lokaty bankowe, na których zgromadzili do końca listopada prawie 194 mld zł.

Rocznie powinno powstawać 200 – 250 tys. miejsc pracy netto