Około 400 pracowników stoczni Marynarki Wojennej w Gdyni zostanie zwolnionych ze względu na trudną sytuację zakładu. W czwartek załoga otrzyma tylko część wynagrodzenia za styczeń.Od grudnia 2009 r. stocznia Marynarki Wojennej znajduje się w stanie upadłości układowej. W ub. roku zwolnionych zostało ponad 200 osób. Obecnie w stoczni pracuje 1068 osób.

Prezes stoczni Roman Kraiński powiedział w środę PAP, że wypowiedzenia dla prawie 40 proc. załogi zostaną wręczone w kwietniu. Redukcja zatrudnienia obejmie pracowników wszystkich działów, głównie z administracji i utrzymania ruchu, ale też z produkcji.

W miniony poniedziałek pracownicy "płatni miesięcznie" otrzymali tylko część wynagrodzenia w wysokości 1 tys. zł. W czwartek jest termin wypłaty dla pracowników "płatnych godzinowo" i - jak zapewnił prezes - otrzymają oni zaliczkę po 1 tys. zł". Zapowiedział, że pensje zostaną wyrównane, jeśli na konto stoczni wpłyną jakieś pieniądze.

Prezes liczy się z tym, że opóźnienia wypłaty mogą być powodem wejścia w spór zbiorowy ze związkowcami. Związkowcy podczas konferencji prasowej w środę poinformowali dziennikarzy, że zła sytuacja zakładu jest skutkiem m.in. źle prowadzonej przez zarząd kontraktacji zleceń dla stoczni.

Przewodniczący Komisji Międzyzakładowej "Solidarności" w stoczni Mirosław Kamieński powiedział, że "to co się dzieje w stoczni, jest odbierane jako etapowe likwidowanie zakładu; załoga już poniosła wyrzeczenia, a sytuacja się nie poprawiła".


Przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Wojska Tadeusz Mirkiewicz nie chciał wypowiadać się na temat konkretnych działań związkowców w przypadku niewypłacenia pełnych wynagrodzeń. "Trudno mi powiedzieć, czy to będzie tylko wejście w spór zbiorowy, czy też będą inne formy protestu" - dodał.

Przewodniczący Zarządu Regionu Gdańskiego "S" Krzysztof Dośla powiedział podczas konferencji, że "na naszych oczach ginie kolejna polska stocznia i gdańska +S+ nie wyobraża sobie utraty tak specjalistycznego zakładu i nie może do tego dopuścić".

Kraiński poinformował PAP, że trudna sytuacja zakładu jest m.in. efektem zmiany rynku na zamówienia wojska. "Mamy małą marynarkę, mamy mało pieniędzy, jest mało remontów wojskowych i w tej sytuacji jesteśmy zmuszeni zmniejszyć liczbę pracowników o 40 proc. i przechodzić na rynek cywilny" - tłumaczył.

Jak dodał, "przy istniejącej złej strukturze zatrudnienia w stoczni, tzn. za dużo pracowników administracyjnych i pomocniczych w stosunku do produkcyjnych oraz przy zmianie rynku z wojskowego na cywilny, stoczni potrzebni są zupełnie inni pracownicy". Podkreślił, że stocznia Marynarki Wojennej jest ogromnie nierentowna i niekonkurencyjna.

"My nie mamy wyboru, bo albo zwolnimy część załogi, albo dopuścimy do likwidacji stoczni" - argumentował. Poinformował, że stocznia ma kontrakty m.in. z Wietnamem i Indonezją na budowę żaglowców oraz kontrakt na remont jednego statku. Razem ze stocznią Nauta zakład ma też remontować okręty +Koben+.


W czwartek w Warszawie przedstawiciele stoczni mają rozmawiać w ministerstwach: skarbu i obrony narodowej. Od ponad roku stocznia jest w upadłości układowej. Realizowany program restrukturyzacji zakładu obejmuje sprzedaż zbędnego majątku, zwiększone kontraktowanie zamówień oraz zwolnienia pracowników.

Zakład ma ponad 800 wierzycieli. Nie jest podawana do publicznej wiadomości kwota całkowitego zadłużenia. Zarząd zakłada, że w najbliższych miesiącach Zgromadzenie Wierzycieli podejmie decyzję o zawarciu układu upadłościowego.

Ponad 99 proc. akcji stoczni Marynarki Wojennej posiada Agencja Rozwoju Przemysłu; pozostałymi dysponuje Ministerstwo Obrony Narodowej. Stocznia - oprócz zamówień MON - realizowała także kontrakty m.in. dla Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa SAR oraz dla zleceniodawców z Belgii, Wielkiej Brytanii i Norwegii