Trwają prace nad koncepcją nowego systemu podatkowego. W grę wchodzą co najmniej dwa rozwiązania, ich szczegóły, zwłaszcza rozpiętość skali, są pilnie strzeżoną tajemnicą. Ale z informacji, jakie udało nam się zdobyć, widać, z jakich elementów mogą się składać przyszłe propozycje.

Więcej stawek

Nowy podatek miałby być progresywny, składający się z pięciu, sześciu stawek. Takie skonstruowanie opodatkowania postawiłoby polski system podatkowy w jednym rzędzie z większością krajów UE. Rekordzistą w progresywności podatku od dochodów osobistych jest Luksemburg, w którym obowiązuje 15 stawek. Na rozszerzenie skali decydują się też inni członkowie Unii, np. od tego roku sześć progów obowiązuje w Austrii.

Dodanie kilku dodatkowych stopni powoduje, że różnicowanie obciążeń między najuboższymi a najbogatszymi byłoby większe. Istotne jednak jest, na jakim poziomie progi dochodowe są ustawione – mówi Joanna Narkiewicz-Tarłowska, dyrektor w dziale prawnopodatkowym firmy doradczej PwC.

Według naszych rozmówców jednym z powodów rozszerzenia progresji jest uniknięcie tzw. efektu klifu, z jakim mamy do czynienia dziś: podatnik, uzyskując dochód większy niż 85 528 zł w ciągu roku, gwałtownie wpada z 18-proc. stawki w 32-proc. Zwiększenie skali progresji zniweluje też praktyczną liniowość polskiego PIT. Choć stawki są dwie, to aż 97,3 proc. podatników rozlicza się według tej pierwszej, 18-proc. Według danych za 2014 r. (za 2015 r. nie są jeszcze dostępne) podatek według niższej stawki zapłaciło 23,7 mln osób, według wyższej tylko 657,8 tys. osób.

Oczywiście kluczowe będzie skalibrowanie nowej progresji. A to zależeć będzie m.in. od tego, czy nowy podatek będzie zawierał też składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne, czy będzie to PIT w wydaniu takim, w jakim znamy go dziś. W niektórych krajach UE ma to ścisły związek – np. w Holandii pierwsza i druga stawka PIT są stosunkowo niskie (8,4 proc. i 12,25 proc.), ale dolicza się do nich składkę na ubezpieczenie społeczne (28,15 proc.). Trzecia i czwarta stawka skokowo rosną (do 40,4 proc. i 52 proc.), jednak przy tych najwyższych dochodach składka na ubezpieczenie wynosi zero.

Bez kwoty wolnej

Jeden z rozpatrywanych wariantów to takie skalibrowanie skali podatkowej, które umożliwiałoby rezygnację z kwoty wolnej do opodatkowania. W takim scenariuszu najniższa stawka byłaby ustawiona tak, by najmniej zamożni podatnicy płacili niewielki podatek, niższy niż obecnie.

Rezygnacja z kwoty wolnej nie byłaby nowym rozwiązaniem w UE. W Holandii co do zasady nie ma kwoty wolnej, może być ona przyznawana w indywidualnych przypadkach. W niektórych krajach kwota jest degresywna, czyli maleje wraz z rosnącym dochodem. Tak jest we Włoszech, gdzie najwyższy dochód wolny od opodatkowania to 1880 euro i maleje do zera wraz z rosnącymi dochodami podatnika. Z kolei w Hiszpanii kwota wolna jest co prawda wysoka (9230 euro), ale po przekroczeniu pewnego pułapu dochodów znika.

Likwidacja kwoty wolnej rozwiązuje co najmniej dwa problemy: powoduje, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego nakazujący jej podniesienie i waloryzację traci oparcie w systemie podatkowym (nie będzie czego waloryzować) oraz sprawia, że obietnica PiS z kampanii wyborczej o znacznej podwyżce kwoty staje się nieaktualna.

Nieliniowa działalność

W 2014 r. z liniowego rozliczenia PIT, czyli opodatkowania jedną stawką 19 proc., skorzystały 473 954 osoby. Natomiast podatników, którzy rozliczali się według skali podatkowej i którzy przekroczyli próg 85 568 zł, było 657 764. Czyli, gdyby liniowych dołączyć do opodatkowania skalą, to liczba płacących wyższe podatki zwiększyłaby się aż o 70 proc. Jak może się to przełożyć na wpływy do budżetu? Podatek należny od grupy płacącej stawkę liniową wyniósł 16,7 mld zł, a jak wynika z naszych wyliczeń, gdyby opodatkować tę samą grupę stawką 32 proc., to wpływy z PIT od tej grupy mogłyby wzrosnąć o blisko 11,5 mld zł i wynieść 28,1 mld zł. Takie rozwiązanie ma swoje zalety i wady. Zalety to traktowanie identycznie wszystkich podatników i zwiększone wpływy budżetowe. Jednak nasze wyliczenie jest tylko projekcją opartą na obecnych wpływach podatkowych. Pytanie, jak na to zareagują podatnicy, a ta grupa jest bardzo niejednorodna. Z jednej strony stanowią ją przedsiębiorcy prowadzący własne firmy i działalność gospodarczą. Z drugiej część to osoby, których formą zatrudnienia zgodnie z duchem prawa powinien być etat, ale wybrały ten rodzaj, by płacić niższe daniny. Możliwe, że spora część podatników zacznie szukać wyższych kosztów, by zmniejszyć płacony podatek.

O wszystkim można rozmawiać, gdy propozycja zostanie położona na stole. Liniowy PIT jest prostą formą podatku, natomiast jeśli będzie skala podatkowa, to podniesie to koszty administracyjne zarówno po stronie przedsiębiorców, jak i fiskusa, a przecież obciążenia administracyjne dla małych firm miały spadać – mówi Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek z Konfederacji Lewiatan.

Bez trzydziestokrotności

Kolejnym rozwiązaniem, jakie może być wdrożone, jest likwidacja tzw. trzydziestokrotności. To próg, po przekroczeniu którego podatnik przestaje płacić składkę ZUS. Ustawiony jest na poziomie trzydziestokrotności przeciętnego wynagrodzenia i w tym roku wynosi 121 650 zł. Jego zniesienie oznacza o ok. 8 mld zł większe wpływy do ZUS, a tym samym mniejszą dotację budżetową. Z planami zniesienia tego progu nosiła się już PO i takie rozwiązanie zawierał kampanijny pomysł na podatek jednolity. Pytanie jednak, czy nie ma kłopotu prawnego. Celem wprowadzenia tego rozwiązania było, aby publiczny system emerytalny nie prowadził do wielkiej różnicy w wysokości świadczeń, bo emerytury są proporcjonalne do odprowadzonych składek. Ubezpieczani, dla których zniesiono by trzydziestokrotność, mogliby domagać się wyższych emerytur. Rząd może jednak zaryzykować: znieść próg i zapytać Trybunał Konstytucyjny, czy na zasadach solidaryzmu społecznego nie może pozostawić ograniczenia w wysokości emerytur.

Prace nad nowym systemem lub poważną modyfikacją obecnego trwają w kancelarii premiera. – Myślę, że główną koncepcję poznamy najwcześniej w wakacje i przedstawi ją minister Paweł Szałamacha lub premier Beata Szydło, dziś jest za wcześnie, by o tym mówić – podkreśla Andrzej Jaworski, szef sejmowej komisji finansów publicznych. Ale faktycznie nie jest przesądzone, że wejdzie ona w życie. Jeśli okaże się, że spodziewane zyski z wprowadzenia nowego systemu są niewielkie, a ryzyko zakłócenia wpływów budżetowych duże, wówczas rząd może w ogóle nie pokazać projektu, a dokonać jedynie korekt w istniejącym systemie.