Dziwne, jak wszyscy ukrywamy, że jednym z głównych motorów naszego życia są pieniądze. To słowa Lwa Tołstoja. Prawdziwe 150 lat temu i dziś. Pytanie brzmi: jak te pieniądze zdobyć? Zwłaszcza w Polsce, zniszczonej zaborami, wojnami, komunizmem, bez rodzinnych majątków, bez ropy, kopalni złota. Tutaj, by zacząć żyć, trzeba wziąć kredyt.

Kredyt to warunek dobrego życia. Przeciętny młody człowiek po skończeniu 20 lat, gdy wchodzi w dorosłość, nie ma innego sposobu, by rozpocząć samodzielne funkcjonowanie – zauważa prof. Ireneusz Białecki z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. – Wzięcie kredytu jest po prostu konieczne. Pozostaje pytanie, na jakich warunkach? – dodaje socjolog.

Kredyt to narzędzie podniesienia standardu życia w okresie początkowym, kiedy jeszcze niewiele mamy, kiedy dopiero zaczynamy zarabiać. Wyrównuje stopę życiową w długiej perspektywie – dodaje Marta Petka-Zagajewska, główny ekonomista Raiffeisen Polbanku.

Bo ludzkie życie ma kilka finansowych etapów. Na początku, jeśli rodzina nie wyposaży nas w pokaźne konto, dom i stajnię sportowych aut, a w miażdżącej większości nie wyposaży, mamy mało pieniędzy, ale za to majątek potrzeb. Z wiekiem kieszeń się wypełnia, potrzeby są zaspokajane, by na jesieni życia mieć znowu mniej, ale to już nie boli, bo stan posiadania przestaje być istotny.

Trudno oczekiwać od młodego człowieka, by przez całe dorosłe życie oszczędzał na mieszkanie, bo kupiłby je dopiero około pięćdziesiątki – zauważa Marta Petka-Zagajewska. – Kredyt umożliwia start z akceptowalnego poziomu. Pozwala budować zasoby gospodarstwa domowego nie od zupełnego zera – podkreśla.

I taki kredyt można oceniać pozytywnie. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś zaczyna go wykorzystywać, by żyć ponad stan. Gdy pożycza nie po to, by zaspokoić prawdziwe potrzeby, ale tworzyć złudny prestiż. Wtedy aspiracje szybko rosną, potrzebne jest więcej pieniędzy, a więc kolejna pożyczka. – To pułapka, w którą łatwo wpaść i trudno się z niej wydostać – ostrzega specjalistka Raiffeisen Polbanku.

Po co jest kredyt

Gdzie leży granica między potrzebą a próżnością? Kiedy dług przestaje być bezpieczny, a zaczyna być toksyczny? – Pewnych zakupów, takich jak mieszkanie, inaczej się nie da zrealizować – mówi Katarzyna Kołodziejczyk, kierownik ośrodków doradztwa finansowego i konsumenckiego prowadzonych przez Stowarzyszenie Krzewienia Edukacji Finansowej. – Dla większości poza zasięgiem jest nawet zakup za gotówkę auta. To właśnie kredyt pozwala na realizację takich potrzeb – dodaje.

Jednak bardzo łatwo przekroczyć cienką czerwoną linię, granicę między szaleństwem a rozsądkiem. Bo, jak mówi szefowa ośrodków finansowego doradztwa, zdarza się, że ludzie nie zdają sobie nawet sprawy, ile wydają miesięcznie na podstawowe rzeczy. Nie analizują domowych budżetów. A to błąd. – Kredytobiorcy mogą czuć się bezpieczni, jeśli po spłacie rat ich budżet się domyka, pozostaje rezerwa. Gdy rozumieją, że umowa z bankiem oznacza długoletnie zobowiązanie i pamiętają o tym, podejmując decyzje o kolejnych zadłużeniach – mówi Kołodziejczyk.

Problemem Polaków jest z kolei niska wiedza o finansach. Nie rozumieją umów, nie umieją ich negocjować, nawet nie wiedzą, że mogą to robić. Z drugiej strony mamy narastający konsumpcjonizm. Posiadanie rzeczy, dóbr staje się wyznacznikiem wartości człowieka. Zaczynamy żyć na pokaz, kreujemy swoją wartość na kredyt.

Marta Petka-Zagajewska zgadza się, że ludzki rozsądek powinna uzupełniać społeczna odpowiedzialność banków. – To nieprawda, że banki spełniają bezkrytycznie każdą finansową zachciankę klientów. Uważnie analizują ich możliwości. Zgoda, kredyt nie jest bezinteresowny, ale też z punktu widzenia ogólnej równowagi gospodarczej kraju jest potrzebny. Trzeba po prostu pamiętać, że szkodzi w nadmiarze. Jak wszystko – mówi ekonomistka.

Trudno byłoby jednak zaprzeczyć, że bankom konsumpcjonizm sprzyja. Zwłaszcza gdy sprzedaż kredytów kuleje. Kryzys, bezrobocie, strach przed utratą pracy, ale i coraz większe doświadczenie tych, którzy już swoje z kredytem odcierpieli, odstraszają od kolejnych zobowiązań. W efekcie mamy ich dziś znacznie mniej niż w 2008 r. Wtedy podpisano ponad 7 mln umów kredytowych, w 2012 r. już niecałe 5 mln. Sprzedaż kredytów to dla bankowców być albo nie być, dlatego by wyrobić wyśrubowane limity, doradcy usiłują wcisnąć finansowe produkty tym, którzy tego nie potrzebują, a nawet tym, którzy nie są w stanie udźwignąć ciężaru spłat. – Jak idziemy do cukiernika, to też nie mówi nam, że cukierki szkodzą na zęby. Bank musi zarabiać. I zarabia. Kredyt to nie gwiazdka z nieba – nie pozostawia złudzeń co do zachowania banków Katarzyna Kołodziejczyk.

Gdy w 2000 r. mBank na swoich stronach internetowych zrobił porównanie rynkowych ofert produktów finansowych, dostałem naganę ze Związku Banków Polskich pod zarzutem uprawiania reklamy porównawczej. Związek wtedy nie chciał, by banki tak między sobą konkurowały – wspomina Sławomir Lachowski, twórca mBanku i MultiBanku. Zauważa, że dziś porównanie produktów i usług to jedna z głównych funkcji internetu. Dzięki temu klienci mogą podejmować racjonalne decyzje i traktują z rezerwą reklamowane oferty, sami szukają opinii o produktach, nie pytają już tylko doradców. Łatwiej rezygnują z usług niedobrego dla nich banku.

Więc gdy przychodzi człowiek do oddziału i mówi, że potrzebuje 5 tys. zł, bo chce kupić duży telewizor, nie można go przekonywać na wzięcie kredytu gotówkowego na 15 tys. zł, bo reszta się na pewno przyda. Lepiej dać mu kartę z limitem 5 tys. – Maksymalizacja satysfakcji klienta z maksymalizacją zysków się nie kłócą, jeśli patrzymy na biznes w długim okresie – przekonuje fachowo Lachowski. – To kwestia zmiany sposobu zarządzania. W krótkim okresie rzeczywiście na kredycie gotówkowym zarabia się najwięcej, często jest bardzo drogi, bo zaspokaja nagłą potrzebę o podłożu emocjonalnym. Ale w średnim i dłuższym horyzoncie czasowym to zadowolony klient będzie gwarantem zysków, bo bank pomógł mu oszacować rzeczywistą potrzebę i wybrać najkorzystniejszą ofertę. Bankom potrzebne są długofalowe strategie, a nie pogoń za doraźnymi wynikami, które dobrze wyglądają w kwartalnych sprawozdaniach – zaznacza twórca mBanku.

I dodaje, że banki są instytucjami zaufania publicznego. – Nie dotyczy to tylko bezpieczeństwa depozytów. To także odpowiedzialność za obszar kredytów. Nie można ich traktować jak proszku do prania czy innego towaru w sklepie. Konieczne jest, by ta odpowiedzialność wychodziła poza rutynową ocenę ryzyka kredytowego. By banki zaczęły wreszcie rzetelnie szacować rzeczywiste potrzeby klienta – mówi Lachowski.

Pożyczka, czyli sukces

Niestety, z tym wciąż jest kiepsko. Kredyty dostają często ludzie, którzy potrafią dobrze sprzedać się bankowi, choć tak naprawdę nie potrzebują dodatkowych pieniędzy. Potrzebujący wpadają zaś w czarną dziurę biurokratycznych progów i limitów. Tak jak państwo R. z Warszawy.

On ma pół etatu w budżetówce. Zarabia jakieś 800 zł, ale ważniejsze jest ubezpieczenie. Dużo lepsze pieniądze ma z fuch. To jednak szara strefa.

Ona pracuje, jak na ironię, w branży bankowej. Pensja z tych niższych. Mieszkają w jednoizbowej klitce komunalnej. Bez miejskiej ciepłej wody, łazienki i gazu. Wszystko na elektryczność. Mają dziecko, więc musi być odpowiednia temperatura. Stara rudera ciepła nie trzyma, więc w zimę płacą rachunki za prąd po kilka tysięcy złotych. Czarna dziura polega na tym, że oficjalnie zarabiają za mało, by dostać kredyt mieszkaniowy. I jednocześnie za dużo, by załapać się na gminną listę mieszkań na miarę XXI wieku.

Kredyt pozwoliłby nam zacząć żyć jak ludziom. Bez lodu na parapecie i grzyba na ścianie. Nawet dwa niewielkie pokoje dałyby nam wszystkim komfort, a przynajmniej poczucie intymności. Córka ma 12 lat. Śpimy wszyscy razem, jak wstaję o świcie do pracy, budzę resztę. Zresztą, co tu opisywać. My żyjemy całą rodziną na 16 mkw. – opowiada pan R. I dodaje, że rata za kredyt na nowe mieszkanie wyniosłaby mniej, niż dziś wydają na utrzymanie tego erzacu. – Ale my jesteśmy poza systemem – denerwuje się żona R.

W Polsce sytuacja mieszkaniowa jest tragiczna – przyznaje socjolog prof. Białecki, tłumacząc, że jednym z powodów jest zniszczenie kraju w czasie wojny, z którego do dziś do końca się nie podnieśliśmy. – Brak mieszkań to nie tylko problem młodych rodzin. To już problem nas wszystkich, bo taka sytuacja hamuje rozwój gospodarczy i przyrost naturalny – podkreśla socjolog. Jego zdaniem państwo musi zacząć wspierać budownictwo, dopłacać do mieszkań, bo w dłuższej perspektywie opłaci się to całej gospodarce.

I tu może pomóc właśnie kredyt. Tani, łatwo dostępny, udzielany na dogodnych warunkach. Bo dobrze wykorzystany przynosi kredytobiorcy korzyści. Tak jak państwu K., mieszkańcom podwarszawskiej miejscowości. On – dyrektor regionalny ze sfery finansów. Ona bezrobotna, wychowuje dzieci. K. wyczuł koniunkturę kilka lat temu, tuż przed boomem budowlanym. W odróżnieniu od swojego sąsiada, który zadłużył się na terenowy samochód i zagraniczne wakacje, zaczął na kredyt kupować mieszkania. Pieniądze z wynajmu spłacały kolejną pożyczkę. I tak dorobił się w dwa lata trzech mieszkań. Do tego kupił lokale użytkowe w sąsiedniej miejscowości.

Lokalizacja wyśmienita, więc i na nich szybko zaczął zarabiać. Raty kredytów wyniosły łącznie ok. 10 tys. zł, a kilku najemców płaci mu co miesiąc prawie trzy razy więcej. Pensja K. zostaje na waciki dla żony i zagraniczne podróże, z których niestety musiał zrezygnować sąsiad, podobnie jak z terenówki, bo mu w pracy obcięli wynagrodzenie.

Kredyt pozwolił mi zainwestować, zrealizować pomysł. Jak się okazało, trafny. Pieniądz robi teraz pieniądz. Pierwszego miliona nie musiałem ukraść, choć może o milionie nie mówmy, bo mieszkania i lokale wciąż należą do banków. Ale z każdym rokiem są coraz bardziej moje. I nawet jak ja ich nie będę mieć, to moje dzieci już tak. One wejdą w dorosłe życie z pokaźnym majątkiem na start. Dzięki kredytowi, który wziął kiedyś tatuś – mówi zadowolony z siebie pan K.

Ten tak powszechnie znienawidzony kredyt pozwolił rozwinąć skrzydła także Monice Kopeć, właścicielce centrów dietetycznych NaturHouse w Gdyni i Sopocie. – Jestem młoda, mam pełno pomysłów na życie. Bez kredytu nie mogłabym ich zrealizować. Otwarcie sklepów to zbyt duży koszt, takich pieniędzy nie da się uzbierać – opowiada. W dodatku prowadzenie własnego biznesu to czasochłonne zajęcie. – Żeby odkładać pieniądze na inwestycję, musiałabym gdzieś pracować. A pracując, nie miałabym czasu zająć się przygotowywaniem biznesu. Dzięki kredytowi mogłam zacząć działać. Oczywiście trzeba go spłacać, ale ciężka praca przynosi profity i na razie z optymizmem patrzę w przyszłość – mówi Monika Kopeć.

Pokolenie nieświadomej ostrożności

Na całym świecie, w każdym środowisku są ludzie rozsądni i nierozsądni. Ale akurat Polacy należą do tych bardziej ostrożnych niż choćby Amerykanie – zauważa prof. Białecki. Z jego obserwacji wynika, że potrafimy szybko się uczyć. Choć mamy neoficki stosunek do gospodarki rynkowej i w odróżnieniu od bogatych społeczeństw Zachodu u nas nowe auto staje się wyznacznikiem nowoczesności i prestiżu, to większość z nas realizuje marzenia rozsądnie. Jesteśmy bowiem narodem, który ma w sobie – jak to określa socjolog – znikającą pamięć socjalizmu. Nie mamy obyczaju ślepego wydawania pieniędzy, których nie posiadamy. – To może rodzaj nieświadomej ostrożności, ale na szczęście nie mamy nieświadomej nieostrożności – tłumaczy prof. Białecki.

Adiunkt w Zakładzie Psychologii Społecznej Instytutu Socjologii na Uniwersytecie Warszawskim Mikołaj Lewicki zajmuje się badaniami nad kulturą gospodarczą Polaków. Wskazuje, że kredyt jest dla przygniatającej większości doświadczeniem nowym. I dzieli kredytobiorców na trzy kategorie.

Pierwsza, najliczniejsza, to ci, których główną motywacją jest konsumpcja lub radzenie sobie z brakiem pieniędzy na życie. Podejmując decyzję o wzięciu pożyczki, stają się ofiarami olbrzymiej asymetrii w relacji z bankiem.

Instytucje finansowe mają wykształcone profesjonalne mechanizmy prosprzedażowe, strategie przyciągania klientów. Polski konsument nie zdaje sobie zaś sprawy z konsekwencji podpisania wieloletniego zobowiązania, często nie rozumie konstrukcji kredytu. Nie może korzystać ze społecznego doświadczenia, z potocznej wiedzy, bo jeszcze takowych się nie dochowaliśmy.

Najlepszym przykładem są tu kredyty hipoteczne. Powszechne kredytowanie mieszkań zaczęło się dopiero w 2005 r. Nie ma na razie grupy tych, którzy spłacili pożyczkę. – Kredyty hipoteczne są związane z planami i wyobrażeniami o życiu, jakie by się chciało mieć – zauważa Lewicki. Są ich narzędziem. Kredyt wyznacza rytm życia, wpływa na decyzje o pracy, zakładaniu czy powiększaniu rodziny. Niewypłacalność oznacza nie tylko kłopoty finansowe, lecz także podważa wyobrażenie o sobie samym. Być może aspekt moralny lepiej wyjaśnia to, że pomimo kryzysu finansowego, którego elementem był wzrost rat choćby w przypadku „frankowców”, istnieje relatywnie niewielka grupa kredytobiorców, którzy mają kłopoty ze spłatą kredytu. – Konsument miota się więc między negatywnymi skojarzeniami a potrzebą nowoczesnego życia. Tu duże znaczenie ma wpływ kultury masowej, gdzie pamięta się filmy, jak "Dług" czy "Plac Zbawiciela", w których dług jawi się jako fatum, destrukcyjna siła, a kłopoty z kredytem i kupowanym mieszkaniem jako zrządzenie losu – tłumaczy Lewicki.

Drugą grupą są mali i średni przedsiębiorcy, którzy budując swoje firmy, często opierali się na własnych zasobach, majątkach. Przecierali szlak do sukcesu w kraju, gdzie przepisy poprzez swą zmienność raczej przeszkadzają, niż pomagają w biznesie. – Dlatego przedsiębiorcy obawiają się brać kredyty, pamiętając czasy szalejącej inflacji i myśląc o niestabilnych warunkach do prowadzenia interesów. Ta grupa znacznie bardziej świadomie niż pierwsza korzysta z pożyczonych pieniędzy – zauważa socjolog.

I wreszcie trzecia grupa, niestety szybko rosnąca. To osoby, które biorą kredyty i pożyczki z konieczności. Korzystają z chwilówek i usług parabankowych instytucji finansowych. – Co ciekawe, z badań wynika, że ludzie ci wiedzą, że oferty są lichwiarskie, ale nie mają wyjścia. Głównym powodem ich problemów nie są bowiem źle skalkulowane możliwości finansowe, ale wypadek losowy, choroba. To właśnie problemy ze zdrowiem są główną przyczyną tzw. złych długów, a nie kupno nowej plazmy. Ta grupa kredytobiorców subiektywnie ocenia pożyczkę czy wzięcie kredytu jako konieczność. Oni często nie mają wyjścia. Po prostu muszą zrobić operację czy zapłacić za leczenie kogoś bliskiego, więc biorą na to pożyczkę – podkreśla Lewicki.

Zarówno on, jak i prof. Białecki są zgodni: Polacy nie są społeczeństwem konsumpcyjnym, finansowo beztroskim. Traktujemy kredyt jak narzędzie, które pozwala nam się rozwijać albo na które decydujemy się z konieczności. I szybko zdobywamy doświadczenie. – To między innymi kredyt hipoteczny sprawia, że ludzie stają się bardziej racjonalni. Z badań wynika, że ci, którzy mieli lub mają pożyczone pieniądze, zaczęli być przewidujący, rozsądnie planują wydatki, są zdyscyplinowani – opisuje Lewicki.

I dodaje, że stosunek Polaków do kredytu można określić jako gorzki optymizm. – Gdy już bierzemy te pieniądze, to zakładamy, że damy jakoś radę, ale też zdajemy sobie sprawę z wyrzeczeń, które nas czekają – tłumaczy socjolog.