Funkcjonowanie banków jest ściśle regulowane różnego rodzaju przepisami. Oprócz ustaw czy rozporządzeń banki stosują się także do rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego. Wprawdzie z formalnego punktu widzenia rekomendacje nie są powszechnie obowiązującym prawem, ale instytucje finansowe powinny stosować się do standardów wyznaczanych przez nadzór – gdyby tego nie robiły, ryzykowałyby np. negatywną oceną przy okazji kontroli, jakim są cyklicznie poddawane. Rekomendacje dotyczą często bardzo konkretnych problemów związanych z codziennym funkcjonowaniem banków, również takich, które mają wpływ na ich relacje z klientami. Dwie rekomendacje są poświęcone kredytom dla klientów indywidualnych: „rekomendacja T” dotycząca kredytów detalicznych, „rekomendacja S” – kredytów na nieruchomości.

Walka z walutami

Chronologicznie wcześniejsza (jak wskazuje nawet litera, którą jest opatrzona) jest rekomendacja S. Pomysł jej uchwalenia wziął się z chęci zahamowania tempa wzrostu kredytów walutowych jeszcze w połowie minionej dekady. „Eska” – jak nazywają ją często bankowcy, została przyjęta jeszcze przez Komisję Nadzoru Bankowego (do 2008 r. nadzór bankowy funkcjonował niezależnie od Komisji Nadzoru Finansowego). Kredyty walutowe kilka lat temu dominowały w sprzedaży hipotek przez krajowe banki. Było to spowodowane tym, że ich oprocentowanie było zdecydowanie niższe niż w przypadku kredytów złotowych (na niekorzyść tych drugich działały wysokie stopy procentowe). Równocześnie jednak cały czas istniało ryzyko, że w przypadku osłabienia złotego sytuacja kredytobiorców znacznie się pogorszy: wzrosną nie tylko płacone co miesiąc raty, lecz zwiększy się także przeliczona na złote kwota pozostająca do spłaty. Ponieważ banki udzielały kredytów nawet na 100 proc. wartości nieruchomości, realna była groźba, że zadłużenie klienta wyraźnie przekroczy wartość zabezpieczenia (czyli hipoteki).

Te groźby na przełomie 2008 i 2009 r. faktycznie się zmaterializowały. Wcześniej jednak – w połowie 2006 r. – weszła w życie rekomendacja dotycząca kredytów mieszkaniowych.

Przewidywała ona przede wszystkim, że w przypadku udzielania kredytów w walutach obcych bank musiał analizować zdolność kredytową klienta przy założeniu, że stopa procentowa dla kredytu walutowego jest równa co najmniej oprocentowaniu kredytu złotowego, a kapitał kredytu jest większy o 20 proc. od faktycznie wnioskowanego przez klienta. Nowością w regulacji nadzoru było pojawienie się wymogu stosowania jednolitego standardu informacyjnego przy udzielaniu kredytów walutowych. Chodziło o szczegółowe informowanie klientów o potencjalnych skutkach zadłużania się w walucie obcej oraz uzyskiwanie od nich potwierdzenia, że są świadomi podejmowanego ryzyka. Rekomendacja wprowadziła również inne obowiązki dla banków (nie wiązały się one jednak bezpośrednio z procesem sprzedaży hipotek), jak konieczność monitorowania zabezpieczeń w czasie spłaty kredytu, wykonywania testów, czyli sprawdzania, jak zachowałby się portfel kredytowy w sytuacjach skrajnych.

Po pewnym czasie od wejścia w życie rekomendacji S tempo sprzedaży kredytów walutowych w bankach faktycznie zaczęło maleć. Przyczyniły się jednak do tego nie tylko zalecenia nadzoru. Istotnym powodem był kryzys finansowy. Jego wybuch spowodował, że na całym świecie banki przestały udzielać sobie nawzajem pożyczek tak chętnie, jak w czasie wcześniejszej gospodarczej prosperity. Dotknęło to również polskich instytucji, i to w dwójnasób. Pojawiły się problemy nie tylko z uzyskaniem pożyczki na naszym rynku, lecz także przede wszystkim – z pożyczeniem pieniędzy za granicą (a do tego, by móc udzielić kredytu mieszkaniowego denominowanego we frankach lub w euro, krajowy bank musi wcześniej zamienić pozyskane od klientów depozyty w złotych na obcą walutę bądź też pożyczyć ją w zagranicznym banku). W krótkim czasie ten czynnik doprowadził do wyeliminowania z oferty polskich banków kredytów denominowanych we frankach szwajcarskich.

Modyfikacje bez łagodzenia

Na początku 2011 r. rekomendacja S została zmodyfikowana. Dokonała tego już Komisja Nadzoru Finansowego. Ustaliła ona, że maksymalny poziom relacji wydatków związanych ze spłatą kredytów walutowych do dochodów netto klienta banku nie powinien być wyższy niż 42 proc. Wprowadzono jeszcze jedno ograniczenie: zdolność kredytowa miała być liczona przy założeniu, że kredyt jest zaciągany maksymalnie na 25 lat (ograniczenie to oznaczało automatyczne obniżenie zdolności kredytowej klientów zaciągających kredyty na dłuższe okresy, ponieważ im dłuższy czas spłaty, tym mniejsza rata, a co za tym idzie – większa zdolność do obsługi zadłużenia).

Kolejna modyfikacja rekomendacji S będzie miała miejsce prawdopodobnie w tym roku. Jeszcze pod koniec 2012 r. Komisja Nadzoru Finansowego przedstawiła propozycje zmian w regulacji. Z punktu widzenia klientów istotna będzie modyfikacja dotycząca sposobu obliczania zdolności kredytowej – banki będą mogły brać pod uwagę nawet 30-letni czas spłaty kredytu. Równocześnie jednak KNF chce, by kredyty hipoteczne mogły być udzielane na maksymalnie 35 lat. W ramach zmian nadzór proponuje odejście od sztywnych limitów dotyczących proporcji szacowanych wydatków na obsługę zadłużenia do dochodów klientów (określaną jako DtI – debt to income). „Prawidłowe i ostrożne szacowanie akceptowalnego poziomu wskaźnika DtI jest niezwykle istotne z punktu widzenia zarządzania ryzykiem kredytowym. Banki powinny indywidualnie określać akceptowalną wartość tego parametru” – twierdzi KNF. W propozycji zmian znalazły się też zapisy, które – jeśli wejdą w życie – będą skutkowały ograniczeniem dostępności do kredytów. Chodzi o wprowadzenie zakazu kredytowania 100 proc. wartości nieruchomości. Wskaźnik LtV (loan to value, czyli relacja kwoty zadłużenia do wartości rynkowej nieruchomości stanowiącej zabezpieczenie kredytu) ma docelowo wynosić maksymalnie 80 proc. (90 proc. w razie dodatkowego ubezpieczenia kredytu). „W dokumentach Bazylejskiego Komitetu Nadzoru Bankowego kredyt, dla którego LtV przekracza 80 proc., postrzegany jest jako produkt o podwyższonym ryzyku, a w przypadku kredytów o LtV przekraczającym 95 proc. i okresie kredytowania dłuższym niż 25 lat używa się sformułowania »produkt o zwielokrotnionym ryzyku«” – uzasadnia KNF.

Kredyt mieszkaniowy zaciąga stosunkowo niewiele osób, a gdy już to robią, to co do zasady raz w życiu. Przeciętny Polak znacznie częściej ma do czynienia z kredytem konsumpcyjnym: od większych kwot przy kupnie samochodu, przez zakupy ratalne, pożyczkę gotówkową, kartę kredytową czy zwykły debet na koncie. Dlatego ze skutkami wprowadzenia rekomendacji T spotykamy się częściej niż w przypadku rekomendacji S. Dodatkowo – ta pierwsza reguluje na razie także wybrane aspekty procesu udzielania kredytów mieszkaniowych.

Ostrożność wobec konsumpcyjnych

Rekomendacja T została przyjęta przez Komisję Nadzoru Finansowego w lutym 2010 r. Jej zapisy obowiązują banki od końca 2010 r. Wśród najważniejszych regulacji, jakie wprowadziła rekomendacja, znajduje się wymóg nieprzekraczania limitów dochodowych. „Oceniając zdolność kredytową klienta, bank powinien przyjąć bezpieczny poziom relacji wydatków przeznaczanych na obsługę zadłużenia do dochodu netto klienta (50 proc. dochodu dla osób nieprzekraczających przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce netto, w żadnym przypadku nie wyższy niż 65 proc.)” – mówił dokument nadzoru. Nakazywał on ponadto bankom korzystanie zarówno z własnych, jak i zewnętrznych baz danych (np. Biura Informacji Kredytowej). Przede wszystkim zaś rekomendacja uniemożliwiła bankom udzielania bardzo popularnych wcześniej „kredytów na dowód”. Od tej pory pojawił się wymóg zaświadczenia o dochodach – to wydłużyło procedurę brania kredytu w banku (również gdy chodziło np. o sfinansowanie sprzedaży ratalnej) i zdecydowanie ograniczyło atrakcyjność oferty kredytowej.

Rekomendacja T wprowadzała również pewne wymogi dotyczące informacji przekazywanych klientom w procesie sprzedaży kredytu: „Bank powinien informować klienta o ryzyku i wszystkich kosztach związanych z umową kredytową przed jej zawarciem, w szczególności przy udzielaniu kredytów w walutach obcych” – informowała KNF. Wprowadzenie tej zasady było obliczone przede wszystkim na pomoc osobom, które planowały zaciągnięcie kredytu mieszkaniowego.

W ubiegłym roku, w związku z pogorszeniem koniunktury i stale spadającą dynamiką akcji kredytowej (utrzymywała się ona na plusie głównie dzięki kredytom mieszkowym, w przypadku konsumpcyjnych od pewnego czasu notowane są spadki w ujęciu rocznym) Komisja Nadzoru Finansowego zaproponowała modyfikację rekomendacji T, która miała uelastycznić podejście banków. Nowe zasady miały pozwolić bankom na zwiększenie sprzedaży kredytów i jednocześnie zatrzymać wzrost rynku pożyczek pozabankowych. – Odchodzimy od przesławnych zaświadczeń, które klienci mają ze sobą przynosić na żądanie banków na rzecz oświadczeń składanych w odpowiedniej formie przez klientów. Oczywiście bank będzie miał obowiązek weryfikowania historii kredytowej klienta w bazie informacji międzybankowej, a także w innych bazach – zapowiadał Wojciech Kwaśniak, zastępca szefa KNF.

„Znowelizowana rekomendacja T przewiduje możliwość podejmowania decyzji kredytowej na podstawie uproszczonych zasad oceny zdolności kredytowej, przy wykorzystaniu modeli scoringowych (oceny scoringowe), oświadczenia klienta o wysokości osiąganych dochodów oraz analizy historii kredytowej klienta w oparciu o informacje z własnych i zewnętrznych baz danych” – wskazuje KNF w ostatecznej wersji dokumentu.

Początkowo nadzór chciał, by z uproszczonych zasad badania zdolności kredytowej mogły korzystać tylko najbardziej bezpieczne banki – ze współczynnikiem wypłacalności nie niższym niż 12 proc. i o odpowiednio wysokich wskaźnikach płynności. Uproszczone badanie zdolności kredytowej planowano przy mniejszych kredytach. Im większą kwotę chcielibyśmy pożyczyć, tym dłuższy miał być wymagany przez nadzór czas wcześniejszej znajomości klienta przez bank. Zapowiedziano również (podobnie jak w przypadku rekomendacji S) odejście od narzucania bankom maksymalnego poziomu wskaźnika DtI (długu do dochodu) – w miejsce jednej zasady dla wszystkich każdy bank powinien przyjąć własne zasady, zaakceptowane przez radę nadzorczą.

Ku powszechnemu zaskoczeniu ostateczny kształt rekomendacji – przyjęty kilka tygodni temu przez nadzór – okazał się znacznie łagodniejszy od pierwotnych zamierzeń. Pozwala ona na stosowanie uproszczonych zasad badania zdolności kredytowej wszystkim bankom, nie tylko tym najlepiej skapitalizowanym (trzeba jednak zauważyć, że zdecydowana większość banków w Polsce dysponuje współczynnikiem wypłacalności przekraczającym 12 proc., czyli takim, jakiego wymagano w pierwotnej wersji rekomendacji). Dwukrotnie podniesiono również limity kredytów, przy których banki będą mogły stosować uproszczoną procedurę. Według nowych zasad banki będą mogły z niej korzystać przy:

  • Kredytach i pożyczkach ratalnych do czterokrotności przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw (w styczniu średnie wynagrodzenie wynosiło 3680,18 zł);
  • Kredytach i pożyczkach innych niż ratalne (czyli np. gotówkowych) do sześciokrotności przeciętnej płacy (w przypadku klientów o „sześciomiesięcznej współpracy z bankiem”) lub 12-krotności („klienci o 12-miesięcznej współpracy z bankiem”);
  • Nowym klientom można udzielić kredytu lub pożyczki według uproszczonej procedury, jeśli jej wartość nie przekracza jednej średniej pensji w sektorze przedsiębiorstw.

Pierwsze komentarze bankowców wskazywały, że nowe zasady określania zdolności kredytowej klientów powinny zdynamizować akcję kredytową. Nie oznacza to jednak, że osoby, które już dziś chciałyby zaciągnąć w banku pożyczkę, mogą liczyć na łagodne traktowanie. Dostosowanie procedur w poszczególnych instytucjach może zabrać nawet kilka miesięcy, aczkolwiek KNF oczekuje, że zapisy znowelizowanej rekomendacji T zostaną wprowadzone do 31 lipca br.