– Wszelkie symulacje dotyczące tego, na jakie emerytury będziemy mogli liczyć z pierwszego oraz z drugiego filaru emerytalnego, pokazują, że będą to kwoty więcej niż skromne – mówi Barnard Waszczyk, analityk Open Finance. – Wynika z nich bowiem, że świadczenie emerytalne wynieść może przeciętnie od 25 do 35 proc. ostatniej pensji. Mówienie o emeryturach głodowych nie byłoby tu zatem żadną przesadą – podsumowuje ekspert.

Dodaje też, że im przyszły emeryt jest dziś młodszy, tym jego późniejsze świadczenie może stanowić mniejszą część ostatniego wynagrodzenia. W gorszej sytuacji są także kobiety, które wciąż wcześniej niż mężczyźni przechodzą na emeryturę, a poza tym, z racji macierzyństwa, okres bezskładkowy w ich przypadku bywa dłuższy. Wszystko to powoduje, że szok wynikający z niskiej stopy zastąpienia w przypadku pań może być jeszcze większy.

Waszczyk zwraca też uwagę, że z racji struktury dokonywanych przez nas comiesięcznych wpłat na ubezpieczenie społeczne rola otwartych funduszy emerytalnych, które pomnażają kapitał, inwestując na rynku finansowym, będzie mniejsza, niż początkowo zakładali to twórcy obecnego systemu emerytalnego. Do wiosny 2011 r. w formie składek do OFE trafiało bowiem 7,3 proc. pensji brutto, a do ZUS 11,22 proc. Szukający oszczędności rząd podzielił składkę trafiającą do OFE w taki sposób, że już tylko 2,3 pkt proc. przekazywane jest do OFE, zaś pozostałe 5 pkt proc. trafia na specjalne konto w ZUS. – Dlatego niezależnie od tego, jak rentowne okaże się wybrane przez nas OFE, jego wyniki w niewielkim stopniu przełożą się na ostateczną wysokość naszego świadczenia emerytalnego wypłacanego z pierwszego i z drugiego filaru – wyjaśnia analityk Open Finance.

Odkłada 40 procent

Z ankiety, jaką przeprowadził w zeszłym roku Instytut Homo Homini na zlecenie firmy On Board PR, wynika, że aż 74 proc. Polaków jest zdania, że warto oszczędzać na dodatkową emeryturę. Ten odsetek stale rośnie – dwa lata wcześniej taką opinię podzielało 70 proc. respondentów.

Jednak z tego, że prawie trzy czwarte z nas uświadamia sobie potrzebę gromadzenia pieniędzy na starość, wcale nie wynika, że masowo to robimy. Tego rodzaju oszczędności gromadzi – jak wynika z badań Homo Homini – tylko czterech na dziesięciu naszych rodaków.

W sumie w różnych formach trzeciego filara emerytalnego zgromadzono dotychczas w Polsce niewiele ponad 10 mld zł. To bardzo niewiele w zestawieniu choćby z wydatkami ZUS-u, który na emerytury (pierwszy filar) przeznacza co roku 120 mld zł.

Część z osób, które deklarują, że oszczędzają na dodatkową emeryturę, jest objęta pracowniczymi programami emerytalnymi (PPE), co oznacza, że naprawdę to wcale nie one, ale ich pracodawca zbiera pieniądze na ich dodatkową emeryturę. Część na trzeciofilarową emeryturę oszczędza samodzielnie, gromadząc pieniądze na indywidualnych kontach emerytalnych (IKE), a od zeszłego roku także indywidualnych kontach zabezpieczenia emerytalnego (IKZE).

– Zarówno oferta IKE, jak i IKZE cieszy się umiarkowanym zainteresowaniem Polaków – zauważa jednak Grzegorz Zatryb, główny strateg TFI Skarbiec. Dlaczego? Ponieważ duża część naszych rodaków nie ma żadnych oszczędności. Nie można w tej sytuacji, jak podkreśla ekonomista, oczekiwać, że skusi się ich do tego, by skorzystali z tego typu produktów tylko dlatego, że dają one zwolnienie z podatku od zysków kapitałowych lub perspektywę zwolnienia z podatku dochodowego.

Z kolei osoby faktycznie zamożne, które mogłyby sobie pozwolić na skorzystanie z oferty IKE lub IKZE, są zniechęcane stosunkowo niskimi limitami. Tacy ludzie lokują swoje oszczędności na wiele sposobów: korzystają z usług bankowości prywatnej albo bezpośrednio kupują np. nieruchomości.

Czynniki psychologiczne

– Można więc zadać pytanie: do kogo adresowana w zamyśle była oferta IKE i IKZE – mówi Zatryb. W jego opinii oba produkty wydają się zresztą dość spóźnione. IKE wprowadzono kilka lat po reformie emerytalnej, IKZE dopiero przy okazji cięcia składki do OFE. – Zapewne gdyby limity oszczędności zniesiono w ogóle lub znacząco je podniesiono, sumy zgromadzone na IKE i IKZE też wzrosłyby, jednak nie przypuszczam, aby przełożyło się to na wzrost liczby korzystających z tej oferty – uważa główny strateg TFI Skarbiec.

Jego zdaniem brak zainteresowania trzeciofilarowymi kontami wynika również z czynników psychologicznych. – Stęsknieni konsumpcji Polacy wolą wciąż wydawać pieniądze właśnie na nią. Mają bowiem głębokie przeświadczenie, że o ich przyszłe świadczenia i tak zadba ostatecznie państwo – wyjaśnia Zatryb. I dodaje, że rząd, którego polityka w tej materii jest wciąż niekonsekwentna (np. decyzje o przedłużaniu emerytur pomostowych), utwierdza społeczeństwo w takim mniemaniu. – W tej sytuacji zamiast oszczędzać na dodatkową emeryturę, Kowalski woli kupić sobie nowy telewizor lub pojechać na wakacje do ciepłych krajów – mówi specjalista.

W opinii Zatryba Polacy nie dostrzegają też związku pomiędzy wysokością ostatniego wynagrodzenia a wysokością naliczonej emerytury. – Nic w tym dziwnego, bo takiego związku na razie nie ma – dodaje ekonomista.

Obecnie stopa zastąpienia (czyli stosunek pierwszej emerytury do ostatniej pensji) sięga w Polsce nawet 60 proc. Średnia emerytura z ZUS-u przewyższa najniższą pensję. Polski emeryt w porównaniu z emerytem bułgarskim, rumuńskim, a nawet czeskim był zatem osobą relatywnie dobrze sytuowaną. Nie ma się więc co dziwić, że powyższe realia wcale nie skłaniają przyszłych emerytów do dodatkowego oszczędzania.

Co zatem musiałoby się stać, aby większość Polaków zaczęła dbać o swoje przyszłe emerytury? Zdaniem Zatryba sytuacja może się zmienić dopiero za kilka, a nawet kilkanaście lat, gdy stopa zastąpienia spadnie do prognozowanego poziomu 20–30 proc. Dopiero to może uświadomić Polakom, że ich poziom życia po przejściu na emeryturę znacząco spadnie. Kłopot polegać będzie na tym, że osoby, którym do momentu przejścia na emeryturę zostanie kilka lat, nie będą mogły zbyt wiele zrobić, aby zyskać dodatkowe świadczenia emerytalne.