Jeszcze 12 miesięcy temu perspektywa niewypłacalności któregoś z krajów strefy euro należała do scenariuszy rodem z książek science fiction. A jednak dziś Irlandia lub Austria stoją w obliczu takiego zagrożenia – stwierdza Tilford. Co gorsza, według niego, jeżeli taki kryzys wybuchnie w jednym kraju, pociągnie on za sobą inne. W efekcie chaos ogarnie całą UE, a w szczególności strefę euro.

Zdaniem ekonomisty jednym ze sposobów uniknięcia takiego czarnego scenariusza byłaby emisja przez całą strefę euro wspólnych obligacji, które zastąpiłyby papiery narodowe. Rozwiązałoby to problem braku płynności, który gnębi wiele mniejszych rynków finansowych i ograniczyło koszty pożyczkowe dla większości krajów strefy euro.

Autor zauważa jednak również przeszkody stojące na drodze do takiego rozwiązania. Najważniejszym jest to, że wzrosłyby koszty pożyczkowe Niemiec, które musiałyby obdzielić swoją wiarygodnością fiskalną resztę Eurolandu. W tej sytuacji, uważa Tilford, Berlinowi mogłoby być trudno przekonać swoich podatników, że powinni zapłacić za błędy innych krajów.

Te obawy, podkreśla autor, uwidaczniają podnoszoną przez wielu ekonomistów wewnętrzną sprzeczność tkwiącą w unii gospodarczej i monetarnej: brak unii politycznej. Jednak zdaniem Tilforda, obiekcje rządu Niemiec – że kosztowałoby to Niemcy zbyt dużo pieniędzy – mają zaściankowy charakter. Brak pomocy dla sąsiadów byłby bowiem znacznie kosztowniejszy zarówno dla Niemiec, jak i dla Europy.

Na szczęście, pisze ekonomista, Niemcy powoli zaczynają zdawać sobie z tego sprawę. Niemiecki minister finansów Peer Steinbrueck zasugerował w zeszłym tygodniu, że najciężej dotkniętym przez kryzys członkom strefy euro może zostać przyznana pomoc. Minister myli się jednak, twierdzi Tilford, jeżeli sądzi, że kryzys fiskalny w jednym kraju będzie oczyszczającym doświadczeniem, bo przyzna mu się pomoc na warunkach zbliżonych do MFW, czyli bardzo restrykcyjnych, a inne państwa wyciągną wnioski ze swoich błędów. Dodatkowo zapobieganie jest w końcu zawsze tańsze niż leczenie, dodaje autor.

Tilford wylicza trzy powody, dla których tak jest. Po pierwsze, argumentuje, po ogłoszeniu niewypłacalności przez jeden kraj inwestorzy niemal na pewno zaczną szukać kolejnego najsłabszego ogniwa, a kandydatów nie brakuje. Koszty pomocy byłyby możliwe do ogarnięcia w przypadku Irlandii lub Grecji, ale Hiszpania czy Włochy stanowiłyby znacznie większe wyzwanie.

Po drugie, przypomina autor, niemiecka gospodarka jest uzależniona od eksportu do strefy euro, więc kryzys fiskalny w sąsiednich krajach generowałby dla niej koszty pośrednie. Ostatnia rzecz, której dzisiaj potrzebuje Berlin, to dalsze załamanie popytu zewnętrznego.

Tilford nie zapomina też o trzecim, najgorszym scenariuszu. Jeżeli Włochy lub Hiszpania upadną – prawdopodobnie dlatego, że reszta strefy euro nie będzie w stanie uzgodnić pakietu pomocowego albo opatrzy go nadmiernie restrykcyjnymi warunkami – konsekwencje dla unii monetarnej będą dramatyczne, łącznie z jej rozpadem.

Wcale nie wiadomo, twierdzi autor, czy dla dużych, mało elastycznych gospodarek bardziej prawdopodobnym rozwiązaniem byłoby ogłoszenie upadłości w ramach unii monetarnej, czy ogłoszenie upadłości i wyjście z niej. Państwo członkowskie mogłoby zdecydować się na ogłoszenie upadłości – co przynajmniej czasowo wiązałoby się z odcięciem od większości źródeł kapitału – ale również na wyjście ze strefy euro i dewaluację, pisze Tilford. To przynajmniej przywróciłoby konkurencyjność i rozruszało gospodarkę, choć w dłuższej perspektywie oczywiście wiązałoby się z inflacją. A zdaniem ekonomisty jest wysoce prawdopodobne, że gdyby jeden kraj zdecydował się na taki krok, inne znalazłyby się pod intensywną presją, by pójść w jego ślady.

Autor apeluje, aby Niemcy nie patrzyły spokojnie na taki rozwój sytuacji. Przypomina, że niemieckie firmy poświęciły lata na poprawę konkurencyjności względem reszty strefy euro, czyniąc to jednak kosztem osłabienia popytu wewnętrznego. Gdyby strefa euro przestała istnieć, ostrzega Tilford, niemiecka waluta znacząco by się wzmocniła, z dnia na dzień likwidując niemal wszystkie pożytki płynące ze z takim trudem zdobytej konkurencyjności.

Emisja euroobligacji mogłaby zapobiec takiemu scenariuszowi, podsumowuje autor, ale nie oznaczałby on, że Niemcy poświęcają się dla dobra Europy, ale że działają również we własnym interesie.