– Po zapoznaniu się z tymi propozycjami odnoszę wrażenie, że w istocie uprawiana przez rząd polityka jest tu wewnętrznie niespójna - twierdzi Stanisław Gomułka. – Do tej pory rząd broni tylko poziomu deficytu "rządowego" Nie broni poziomu deficytu całego sektora finansów publicznych, Mało tego - przesuwając tam kolejne miliardy wydatków, w istocie - zwiększy ten deficyt. I rzeczywiście - Unia Europejska przewiduje wzrost deficytu polskich finansów publicznych z 2,5 do 3,6 proc. PKB. A to oznacza - skoro przekroczymy próg 3 proc. - że faktycznie posunięcia rządu są inne niż deklarowane. Przecież skoro rząd koncentruje się na niezwiększaniu tego wąsko pojmowanego deficytu, a - choćby przy okazji posunięć antykryzysowych - przyzwala na wzrost zadłużenia całych finansów publicznych państwa - to w jaki sposób chce nas wprowadzić do strefy euro w roku 2012? Przecież doskonale wie, że musimy zejść poniżej 3 procent i bez spełnienia tego warunku "poczekalnia" do euro- ERM II wydłuży nam się na kolejne lata.

Słowem - poważna sprzeczność czynów i deklaracji. Z jednej strony - szybciej do euro, a z drugiej - po realizacji założeń choćby programu antykryzysowego - a on przewiduje wydatek grubych miliardów złotych na rozmaite cele - o takim wejściu do strefy euro po prostu nie ma mowy.

Inni eksperci mają podobne obawy. Ekonomista Andrzej Rzońca pochwala np. dokapitalizowanie PKO BP. Ale także uważa, że za deklaracjami polityków nie idą czyny.

– Cieszy generalna niechęć partii do zwiększania deficytu – mówi Rzońca. – Ale i tak wyraźnie widać bezradność partii wobec kryzysu. PiS czy PO, formułując szczegółowe zalecenia, tylko udają, że mają receptę na zaradzenie problemom gospodarki. A wszystko sprowadza się do tego, że państwo w okresie dobrej koniunktury nie zgromadziło rezerw, po które teraz mogłoby sięgnąć. Tymczasem jeśli teraz budżet miałby zwiększyć wydatki, to trzeba byłoby podnieść podatki lub jeszcze bardziej zadłużyć państwo. I jedno, i drugie rozwiązanie mogłoby - zamiast uratować - dobić gospodarkę.