Miało być tanie państwo, ale okazuje się, że nie jest aż tak tanie, by poradzić sobie w czasach kryzysu. Niższe wpływy do budżetu z podatków biedniejącego społeczeństwa to dla rządu nie lada problem.

Nie wiadomo, skąd wziąć na budowę dróg, na reformy zdrowotne czy na reformę ubezpieczeń społecznych. A tymczasem - jak pisze "Puls Biznesu" - tylko na emerytury, zdrowie i samorządy może zabraknąć 20 miliardów złotych.

Marniejący eksport to problem nie tylko przedsiębiorstw. Wraz z odchudzaniem produkcji na rynku pojawią się rzesze nowych bezrobotnych. Trzeba będzie im zapłacić zasiłki. Pytanie: z czego, skoro od 2009 roku mają być obniżone podatki dochodowe.

Co gorsza, deklaracja premiera o przyjęciu w Polsce euro była przyjęciem na siebie sporego zobowiązania. Nie możemy bezkarnie dodrukować pieniędzy czy zapożyczyć kraju. Od 2009 roku Bruksela będzie czuwać nad poziomem naszego deficytu i innych wskaźników ekonomicznych.

"Puls Biznesu" twierdzi, że minister finansów będzie zmuszony używać sztuczek księgowych, by przynajmniej na papierze wyglądało wszystko w porządku. Co to w oznacza? Chodzi o tzw. zamiatanie pod dywan różnego rodzaju wydatków państwa. Zabieg pozwoli sztucznie utrzymać niski poziom deficytu, co nie będzie oczywiście prawdą.