"To najgorsze dni warszawskiej giełdy. Nie działa już nic, żadne techniczne zabiegi. To wyłącznie gra emocji i paniczna wyprzedaż wszystkiego, co się da" - mówi Tomasz Binkiewicz z domu maklerskiego Banku Ochrony Środowiska. "W tej chwili grają rolę tylko i wyłącznie emocje. Inwestorami rządzi psychika uciekającego stada, a kryzys zamienia się w gospodarcze tsunami" - wtóruje mu Marcin Kiepas z XTB.

Złotówka w ciągu kilku godzin straciła wczoraj na wartości prawie 5 proc. W południe padła psychologiczna granica 3 zł za dolara, brytyjski funt przebił granicę 5 zł, jedynie dwóch groszy zabrakło euro do poziomu 4 zł - nasza waluta tak tania ostatni raz była ponad dwa lata temu. Na ratunek ruszyły rząd i NBP, których przedstawiciele zgodnie deklarowali, że kondycja polskiej gospodarki jest dobra, a osłabienie złotego - chwilowe. Po tych zapewnieniach rynek się trochę uspokoił - o godz. 16 za jedno euro płacono 3,88 zł, dolar kosztował 3,03 zł, zaś funt - 4,87 zł.

Ale kryzys zaczął się wylewać poza giełdę. Oto jego pierwsze efekty, które dotykają ludzi niemających z nią nic wspólnego:

Niektóre banki wstrzymały wypłaty kredytów udzielanych we frankach szwajcarskich. Nawet tym klientom, którzy mają już podpisane umowy kredytowe. Efekt: są ludzie, którzy kupili mieszkania na kredyt, ale nie dostali przelewu z banku. Namawiani są do zamiany franków na złotówki. Problem w tym, że wówczas miesięczna rata staje się znacznie droższa.

O co najmniej jedną piątą zdrożał sprzęt elektroniczny. Najszybciej rosną ceny komputerów. Sprzęt kupiony jeszcze dwa miesiące temu za 1,5 tys. zł teraz kosztuje nawet ponad 2 tys.

Podrożały samochody sprowadzane z USA - jeszcze do niedawna hit rynku. Ich ceny wzrosły w ciągu ostatnich tygodni o blisko jedną trzecią. Efekt: nie opłaca się już sprowadzanie aut tańszych niż za 50 tys. zł. Jedynie samochody luksusowe są wciąż tańsze za oceanem niż u nas.

Wkrótce zdrożeją bilety lotnicze i wycieczki zagraniczne. Biura podróży dopiero przeprowadzają kalkulacje, ale szacują, że nawet o prawie 30 proc., bo o tyle w ostatnich tygodniach podrożały dolar i euro. Najbardziej stracą ci, którzy nie wykupili wycieczki z opcją ceny gwarantowanej.

Na razie uratowane zostaną ceny żywności, nie podrożeją również wina i sery z zagranicy - ich ceny negocjowane są dwa - trzy razy w roku. Gdy jednak wyczerpią się zapasy, nowe partie powinny być droższe o blisko 10 - 15 procent. Na pewno zdrożeją też m.in. herbata i cytrusy.

Aż dwukrotnie - z 3 do 6 proc. - wzrósł odsetek firm, które planują zwolnienia. Jeszcze trzy miesiące temu 29 proc. przedsiębiorstw chciało przyjmować nowych pracowników. Dziś już tylko 19 proc. - Wchodzimy w fazę spowolnienia gospodarczego - twierdzi portal Money.pl.

Po takich informacjach mało kto ma wątpliwości: odrabianie „czarnego października” może teraz zająć wiele miesięcy. "Przez ostatnie 2 lata było pięknie, ale miesiąc miodowy zawsze kiedyś się kończy" - mówi Robert Gwiazdowski z Centrum Adama Smitha.