Przypomnijmy: w ostatnich dniach znaczna część banków w obawie przed kryzysem zaostrzyła reguły przyznawania kredytów hipotecznych. Niektóre - jak bank Millenium - wprowadziły obowiązkowy 35-procentowy wkład własny dla pożyczek we frankach szwajcarskich, inne dokonują rewizji już przyznanych wstępnych umów kredytowych. W paru instytucjach słyszeliśmy o wyraźnym spadku procentu wniosków rozpatrywanych pozytywnie. Co to oznacza? Że spora rzesza kredytobiorców, którzy chcieli kupić własne mieszkanie lub dom, nie zrobi tego, bo utracili zdolność kredytową.

Jakub Pietrzak, mieszkaniec Warszawy i od pół tygodnia młody ojciec, był jednym z nich. "Nie zdążyliśmy wziąć kredytu i kupić wcześniej mieszkania. Teraz okazuje się, że już nie spełniamy warunków na żaden, najmniejszy nawet kredyt" - mówi DZIENNIKOWI.

Pietrzak mieszka z żoną i córką w jednym mieszkaniu z rodzicami. Wyprowadzka to mus: teraz wiadomo już, że nie na własne. Rodzina zasili więc i tak już duży popyt na mieszkania wynajmowane, a w podobnej sytuacji będzie coraz więcej Polaków.

"Zapotrzebowanie na mieszkania wcale nie maleje, w dorosłość wchodzą nowe pokolenia, do Polski wraca część emigracji z Wysp Brytyjskich i jeszcze dodatkowo co roku uniezależnia się kilkaset tysięcy studentów, którzy nie mogą znaleźć miejsc w akademikach" - mówi DZIENNIKOWI prezes firmy redNet Consulting monitorującej rynek nieruchomości Robert Chojnacki. "Podwyższone warunki uzyskania kredytu mieszkaniowego zmuszą ich do wynajmowania" -mówi.

Dalej działa już tylko prawo popytu i podaży, bo rynek wynajmu to jedna z najbardziej wolnorynkowych gałęzi biznesu. Efekt: miesięczne opłaty będą droższe. Proces zresztą już trwa. Rok temu za kawalerkę w centrum Warszawy średnio trzeba było płacić 1,5 tys. zł, teraz 1,8 tys. zł. Wynajęcie mieszkania dwupokojowego kosztowało 1,7 tys. zł, dziś grubo ponad 2 tys. zł. "W całej Polsce w ciągu roku ceny wzrosły o 20 proc., a w największych miastach o 30 proc." - mówi DZIENNIKOWI Marta Kosińska z serwisu Szybko.pl. Przewiduje, że w najbliższych miesiącach ceny znowu mogą podskoczyć o 20-30 proc.

Szczególnie poszukiwane mają być te mniejsze i tańsze, bardziej dostępne dla młodych, niezamożnych ludzi. Już widać pierwsze wzmożone zainteresowanie. "Proszę spojrzeć - minął najgorętszy moment na rynku, czyli sierpień i wrzesień, kiedy mieszkań szukają studenci, a i tak mamy wciąż równie dużo chętnych" - mówi Małgorzata Wierzbicka, agentka z Warszawy, według której największe wzięcie mają jednopokojowe kawalerki.

Jeśli popyt na nowe mieszkania nadal będzie spadał, a rósł będzie na mieszkania przeznaczone na wynajem, tym drugim rynkiem, jak oceniają analitycy, zainteresują się również deweloperzy. "Już pojawiają się sygnały, że firmy, które rozpoczęły inwestycje budowlane, w sytuacji gdy nie będą w stanie tych mieszkań sprzedać, zaczną je wynajmować" - uważa Chojnacki.

To jedyna szansa, by rynek w miarę szybko się nasycił. Choć i to zapewne nie na długo.