Jeszcze do do połowy ubiegłego roku sprawa była prosta. Kto żyw, inwestował swoje oszczędności na rynkach kapitałowych. Jeżeli nie osobiście, to za pomocą funduszy inwestycyjnych. Nic dziwnego, trwające od trzech lat na warszawskim parkiecie hossa przemawiała do wyobraźni inwestorów. Swoje zrobiły też fundusze inwestycyjne, które w licznych reklamach kusiły Polaków nawet trzycyfrowymi stopami zwrotu. Przy takiej konkurencji i przy perspektywie rzeczywistych lub potencjalnych profitów zyski, jakie mogły zagwarantować obligacje, lokaty bankowe czy polisy inwestycyjne, nikogo nie porywały.

W szczytowym momencie giełdowego boomu w lipcu 2007 r. w różnych funduszach inwestycyjnych (nie tylko w tych lokujących w akcje giełdowych spółek) Polacy ulokowali ponad 141 mld zł swoich oszczędności. W tym samym czasie w bankach na kontach osobistych i lokatach terminowych ulokowaliśmy o niespełna 100 mld zł więcej. Wielu ekspertów wieszczyło wtedy rychły całkowity odwrót od bankowych lokat. Na rynkach finansowych jednak nigdy nic nie jest pewne.

Wyhamowanie na rynku akcji

Latem wybuchł w Ameryce kryzys na rynku ryzykownych kredytów hipotecznych (tzw. subprime): niskie stopy procentowe w USA zachęcały Amerykanów – także tych o niskich dochodach i małej wiarygodności kredytowej – do masowego zaciągania kredytów na zakup domów. A banki, wykorzystując koniunkturę, chętnie te zakupy kredytowały. Jednak wtedy amerykański bank centralny Fed zaczął podwyższać stopy procentowe. Już na początku 2007 r. rzesze Amerykanów zaczęły mieć problemy z obsługą swojego zadłużenia.

Krach na rynku kredytów hipotecznych pogrążył rynek nieruchomości, gdzie ceny zaczęły gwałtownie spadać. W efekcie banki i instytucje kredytowe zostały z rosnącym portfelem niespłaconych kredytów i tracącymi na wartości nieruchomościami, które były ich zabezpieczeniem. Co gorsza także z bagażem niemal nic nie wartych papierów wartościowych. Instytucje finansowe nie tylko w USA, ale także w Europie i Azji chętnie inwestowały bowiem w instrumenty finansowe zabezpieczone kredytami subprime. Potem na zasadzie domina inwestorzy zaczęli pozbywać się akcji instytucji finansowych, co doprowadziło do ciągnącej się do dziś przeceny na światowych giełdach. Załamanie nie ominęło też warszawskiego parkietu – od końca lipca indeks największych spółek na GPW WIG20 stracił prawie 25 proc.

W ślad za indeksami giełdowymi na wartości straciły też jednostki funduszy inwestycyjnych, co skutecznie zahamowało napływ nowych klientów – dość powiedzieć, że od sierpniowego szczytu co miesiąc więcej pieniędzy wypływa z funduszy niż jest im powierzanych. Powróciło pytanie: gdzie inwestować i jak oszczędzać?

Lokaty wracają do łask

Zrażeni ostrymi przecenami akcji i spadkami wartości jednostek funduszy inwestycyjnych Polacy przypomnieli sobie, że zarobić można też na lokacie. A co najważniejsze, można zrobić to całkiem bezpiecznie. Do przerzucenia się na lokaty zachęca też rosnące oprocentowanie depozytów.

Kapitał trafia też do banków z rynku nieruchomości. Kilkuletni ostry trend wzrostowy odwrócił się, więc wielu inwestorów postanowiło przerzucić się na bezpieczniejsze formy pomnażania kapitału. Część przyrostu oszczędności to także efekt zamiany walutowych zasobów Polaków na złotówki, które przeważnie trafiają na coraz bardziej atrakcyjnie oprocentowane lokaty.

Jak pokazują ostatnie dane Narodowego Banku Polskiego w pierwszych dwóch miesiącach tego roku depozyty gospodarstw domowych we wszystkich rodzimych bankach wzrosły o 19,5 mld zł. Dla porównania: w całym ubiegłym roku do banków napłynęło z tego tytułu raptem 25 mld zł. O skali migracji mówią też dane z funduszy inwestycyjnych z których w styczniu i lutym wypłynęło ponad 12 mld zł. I na tym prawdopodobnie się nie skończy. – Spodziewamy się, że depozyty ogółem w sektorze bankowym w 2008 r. wzrosną o 12 – 13 proc. – prognozuje Wiesław Szczuka, główny ekonomista BRE Banku.

Rosnące procenty

Banki robią co mogą, by przejąć pieniądze wycofywane z różnych inwestycji. Nie zrobią tego, oferując jedynie bezpieczeństwo lokaty. Muszą dać też klientowi co najmniej godziwy zysk. Dlatego agresywna walka o oszczędności Polaków wywindowała już oprocentowanie rocznych lokat na poziom 6 – 7 proc.

– Liczymy na to, że trafią do nas pieniądze od osób, które wycofują się obecnie z inwestycji w akcje czy fundusze i szukają sposobu na przeczekanie panującej obecnie na rynkach kapitałowych zawieruchy – mówił przy okazji subskrypcji Max Lokaty Gabriel Głusek zarządzający pionem bankowości detalicznej w PKO BP. Dzięki tej lokacie bankowi udało się ściągnąć z rynku prawie 7 mld zł.

Lokaty to teraz hit sezonu, zwłaszcza że po trzech tegorocznych podwyżkach stóp o 0,75 pkt proc. banki mają do zaproponowania wysokie odsetki: już nie mizerne 2 – 3 proc. jak jeszcze w zeszłym roku, lecz nawet dwa razy więcej. Podstawowa stopa NBP wynosząca na koniec 2007 r. 5 proc. w tym roku wzrosła już do 5,5 proc. Może pójść w górę jeszcze o 0,5 pkt proc. albo i więcej. W opinii ekonomistów daje to pole do kolejnych wzrostów oprocentowania. Takie podwyżki silnie działają na wyobraźnię. Gdy przy oprocentowaniu na poziomie 3 – 4 proc. ludzie nie myślą o oszczędzaniu na bankowych depozytach, to już przy stawkach 5 – 6 proc. zaczynają je poważnie brać pod uwagę.

Uniwersalne struktury

Ci których nie zadowala gwarantowany, ale relatywnie niski zysk, mogą inwestować w produkty strukturyzowane, łączące bezpieczeństwo i perspektywę potencjalnego sporego zysku. W dużym uproszczeniu gwarantują one, że nie stracimy włożonego kapitału, a jednocześnie dają szansę na zarobek z inwestycji na rynkach kapitałowych. Większość pieniędzy ulokowanych w tzw. strukturę idzie na zakup obligacji. Dzięki temu firmy oferujące taki produkt mogą dać klientowi gwarancję zysku. Reszta pieniędzy przeznaczana jest na opcje. Mogą to być np. opcje na indeksy. Dzięki nim zarabiać można zarówno na spadkach kursów akcji, jak i na ich wzrostach. Przy sprzyjającej sytuacji na rynku zarobek rzędu kilkudziesięciu procent rocznie nie będzie niczym nadzwyczajnym.

p

Banki nie powiedziały ostatniego słowa w sprawie lokat

Dariusz Zbytniewski
dyrektor działu usług konsultingowych firmy Capgemini

"Myślę, że obecna tendencja na rynku migracji oszczędności klientów z funduszy inwestycyjnych na bankowe lokaty czy też do produktów strukturyzowanych łączących ochronę kapitału z perspektywą zysków z rynków kapitałowych utrzyma się jeszcze przez jakiś czas. Jak długo potrwa – to będzie zależało od nastrojów na warszawskiej giełdzie – te jednak w głównej mierze są pochodną kondycji i perspektyw amerykańskiej gospodarki niż tego co dzieje się na krajowym rynku. Jeśli giełda ruszy w górę, klienci znowu łaskawszym okiem spojrzą na fundusze inwestycyjne.

Pośrednim rozwiązaniem są struktury, które w takich jak obecnie czasach, czyli zamieszania na rynkach kapitałowych, znajdują zawsze duże grono zwolenników. Mają one jednak zasadniczą wadę – to produkty o małej płynności, wiążą się bowiem z koniecznością zamrożenia kapitału na dłuższy czas.

Na razie trwa ruch na rynku lokat. Banki, choć w ostatnich miesiącach znacznie uatrakcyjniły swoją ofertę depozytową, na pewno nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. Wzrost oprocentowania lokat nie był bowiem współmierny do wzrostu stóp procentowych NBP. Banki komercyjne mają jeszcze pole do podwyżek."