W poniedziałek "Solidarność" pocztowców wchodzi w spór zbiorowy z zarzadem firmy. Właśnie do tego dnia związkowcy mieli dostać odpowiedź na swoje postulaty - pisze "Rzeczpospolita".

"Trzeba zwrócić na siebie uwagę premiera, tak żeby się uśmiechnął, śpiewać jak Doda nie umiemy, ale zawsze możemy gdzieś przybyć i pokrzyczeć" - deklaruje szef pocztowej "Solidarnosci" Bogumił Nowicki. Wylicza, że zdecydowana większość pracowników - 70 procent - zarabia "na rękę" około 1,8 tysiąca złotych.

Ale już teraz nieoficjalnie wiadomo, że władze Poczty Polskiej nie spełnią żądań płacowych związkowców. Wie o nich już minister infrastruktury Cezary Grabarczyk, którego o trudnej sytuacji w firmie powiadomił dyrektor generalny Poczty Andrzej Polakowski.

W Poczcie Polskiej pracuje 100 tysięcy ludzi. Podwyżka dla każdego w wysokości 800 złotych to wydatek o 80 milionów złotych wiecej. I to co miesiąc. Firma nie ma takich pieniędzy, mimo, że nie jest deficytowa. Żądania płacowe przekraczają cały zysk Poczty wypracowany w 2007 roku - było tego około 50 milionów złotych.

W ustawie jest zapis, że choć państwo nie wspiera finansowo Poczty, to w przypadku straty na działalności pocztowej, musi ją w budżecie firmy uzupełnić. Czyli krótko mówiąc, od rządu zależy, czy listonosze i pozostali pracownicy przedsiębiorstwa dostaną podwyżki.

"Solidarność" już od poniedziałku wchodzi z zarządem w spór zbiorowy, ale pozostałe związki w tej firmie są ostrożniejsze. OPZZ czeka najpierw na środowe spotkanie z władzami firmy. Wtedy mają się odbyć negocjacje wszystkich 45 związków z zarządem Poczty Polskiej.

Strajkiem pocztowcy grozili już jesienią 2007 roku. Jednak wtedy nie przerwali pracy. Dotkliwszy w był strajk w 2006 roku. Wtedy na tydzień przestała pracować połowa z 24 tysięcy listonoszy. Miliony ludzi i firm czekało na listy, paczki, rachunki, renty i emerytury.