Czy, w porównaniu z Europą Zachodnią, jesteśmy konsumentami gorszej kategorii?

Marek Niechciał: Tak można powiedzieć, patrząc na wyniki naszych badań pobieżnie, wyłapując tylko największe różnice w składach produktów i cenach. Sprawa nie jest jednak oczywista.

To po kolei: skąd w ogóle pomysł na takie badanie?

Od ponad roku docierały do nas niepokojące sygnały od naszych południowych sąsiadów - Słowaków i Węgrów. Przekonywali, że u nich problem przybiera na sile. To znaczy, że kawa, czekolada przeznaczone na ich rynek nie tylko mają inną cenę, ale też inny skład od produktów przeznaczonych na Zachód. I że nie może być to przypadek, bo skala zjawiska jest zbyt duża. Postanowiliśmy sprawdzić, czy podobne różnice są między produktami przeznaczonymi na Polskę a rynki Europy Zachodniej, w tym niemiecki. Badanie odbyło się w dwóch turach. W obu badaniach próbki pobierała dla nas inspekcja handlowa.

Pierwsza, na przełomie jesieni i zimy ubiegłego roku, przypominała prawdziwy desant.

Coś w tym stylu. Wybraliśmy sieć handlową, konkretny sklep, żeby nikt nie mógł później tłumaczyć się innymi marżami, ceną pośredników. Kontrolerzy weszli do sklepów po obu stronach granicy dosłownie w tej samej minucie. Byli w kontakcie telefonicznym między sobą. Pod lupę trafiło 37 par identycznych produktów. Istotne różnice dotyczyły czterech z nich.

Badanie powtórzono w drugim kwartale tego roku. Wzięło w nim udział 8 z 16 inspektoratów inspekcji handlowej. Tym razem zbadaliśmy te produkty spożywcze, które były dedykowane na rynek polski porównując je z ich odpowiednikami przeznaczonymi na Zachód. Wybraliśmy pary produktów: te z polskojęzyczną etykietę i te, które były w innych językach i miały naklejkę z tekstem w naszym języku. Logo i nazwa produktu nie różniły się.

I co się okazało?

Że w pudełkach popularnej firmy jest mniej ciastek, czy chipsów. Że zawartość koncentratu soku w składzie mrożonej herbaty jest wyraźnie niższa niż w tej przeznaczonej dla niemieckich klientów. Taka prawidłowość dotyczyła dwóch trzecich zakwestionowanych produktów. Komentując wyniki badania ktoś zażartował, że mniej niezdrowych przekąsek to tylko z korzyścią dla nas. Nie utyjemy, nie musimy tak martwić się o cholesterol…

Nie do końca, bo w produktach na polski rynek wykryto spore ilości oleju palmowego. Podczas gdy w ich odpowiednikach na rynek zachodni był dużo zdrowszy olej słonecznikowy.

Producenci tłumaczyli się, że nie jest to trucizna, albo, że nie jest to produkt na naszym rynku zakazany. Poza tym, w przeciwieństwie do innych olejów, nie wpływa radykalnie na smak potrawy. I że w przypadku chipsów sprawdza się dużo lepiej, bo nie zabija smaku ziemniaka.

Skoro jest taki rewelacyjny, dlaczego nie króluje na niemieckim rynku? I jak mają się do tego decyzje innych krajów, choćby Islandii, które do 2018 r. planują w ogóle wycofać z obiegu olej palmowy…

To pytanie do producenta. Gdyby chciał utrzymać tę retorykę, powinien teraz przedstawić badania robione na konsumenckich próbach. Takie, które pokazałyby, że np. 60 proc. Polaków wyczuwało wyraźny smak oleju słonecznikowego w potrawie i przeszkadzało im to. Oczywiście, o ile takie badania w ogóle przeprowadzono.

Produkty na polski rynek były też droższe od tych na zachodni. Jak to możliwe?

Różnice w cenie pojawiały się zbyt często i trudno je tłumaczyć wyłącznie kursem złotówki wobec euro. W kilku przypadkach cena w Polsce była nawet o 50 proc. wyższa! Producenci przekonują, że w Niemczech na słodycze jest 7 – proc. stawka VAT, a w Polsce wynosi ona 23 proc. Dlatego mają dwa rozwiązania: albo dawać gorszy wkład utrzymując te same stawki, albo nadrabiać swoje straty wyższą ceną.

Czyli jednak: podwójna jakość?

Tym hasłem trzeba posługiwać się ostrożnie. Z jednej strony 3 proc. z nas wie co ono oznacza i oburza się na nierówne traktowanie konsumentów. Z drugiej - ponad 70 proc. nie ma doświadczenia w kupowaniu żywności przeznaczonej na różne rynki, dlatego sugeruje się doświadczeniami innych lub zasłyszaną informacją. Ciekawe, że nasi rodacy za granicą, choćby w Wielkiej Brytanii, mówią o różnicy jakościowej tamtejszej żywności. I zwykle tęsknią za smakiem polskiego chleba, wędlin. Starsi konsumenci pamiętają sklepy Pewex, do których wchodząc mogliśmy liczyć na dokładnie ten sam produkt, co w Niemczech, Francji czy na Wyspach. Te czasy minęły. I chyba nikt za nimi nie tęskni.

Brzmi pan tak, jakby bronił tego, że u nas jest inaczej, niż na Zachodzie.

Nie bronię. Ale jest też druga strona medalu. Przebadany przez nas napój pomarańczowy miał w wersji na polski rynek 20 proc. soku, w wersji na rynek niemiecki – 7 proc. W „naszej” czekoladzie było więcej tłuszczu kakaowego… W całej dyskusji o różnicach w jakości wydaje się, że nie można zapominać o kontekście wspólnotowym. Niedawno Komisja Europejska zobowiązała wszystkie kraje, w tym również i nas, do przeprowadzenia badań porównawczych.

Po co?

Trwają intensywne prace nad unijną dyrektywą, która wprowadzałaby „urawniłowkę”. KE w obecnym składzie będzie działać jeszcze pół roku, potem czekają ją wybory. Szybkie procedowanie prawa, które ma obowiązywać w całej Unii, nie wróży nic dobrego. Poza tym projektowane rozwiązania będą mieć cechy obowiązkowych mundurków, jak w Chinach za Mao. Jednym pasują, ale zdecydowanie nie wszystkim. Przekładając to na zawartość naszych talerzy, mielibyśmy więc chleb wiejski jeden na całą Europę albo szynkę, która smakuje tak samo w Warszawie, Lizbonie, czy Londynie. Pytanie, czy na pewno tego chcemy.

Pan nie chce?

Nikt nie chce podwójnej jakości, szczególnie jak oferuje się nam gorsze jakościowo produkty firmując je znakiem „oryginalne”. Czy dopuszczamy jednak jakieś różnice w jakości handlowej – na przykład smakowe, dostosowane do naszych gustów? Podoba mi się propozycja wprowadzenia oznakowania, na przykład w formie znaczka z hasłem: „Jedna jakość na całą Europę”. To rozwiązanie mogłoby być alternatywą. Dzięki temu konsument mógłby wybrać, czy chce dokładnie tych samych smaków, co w całej Europe, czy jednak woli różnice regionalne. Z analiz różnych inspekcji kontrolujących żywność wynika, że mamy do czynienia często z klastrami, czyli ten sam produkt przygotowywany jest na rynek słowacki, czeski czy węgierski. Czasem wynika to z prostego faktu, że fabryka czekolady jest akurat u nas, a nie we Francji. Trwają więc dyskusje w ramach UE nad kształtem rozwiązań prawnych. Za kilka dni czeka nas kolejna runda dialogów.