Jeszcze dwa lata temu wieszczono koniec rozwoju dyskontów, sklepów sprzedających ograniczony asortyment towarów i po obniżonych cenach. Analitycy, ale i eksperci branżowi mówili, że nie ma już miejsca, w których mogłyby się otwierać. W pewien sposób sygnalizowały to też same sieci, które w 2016 r. uruchomiły trzy razy mniej sklepów niż w latach poprzednich.

Rzeczywistość okazała się jednak inna. Wystarczyło, że sieci zróżnicowały wielkość otwieranych marketów. Dzięki temu mogły zacząć rozwijać się w nowych lokalizacjach: małych miasteczkach czy nawet wsiach.

Myślę, że zahamowanie tempa rozwoju dyskontów w 2016 r. było po części spowodowane niepewnością właścicieli sieci co do przyszłości polskiego rynku handlowego. Przypomnijmy, że był to czas, kiedy ważyły się losy m.in. podatku handlowego, pojawiały się też zapowiedzi coraz to nowych regulacji mogących w znaczący sposób wpłynąć na obroty sklepów – tłumaczy Bartosz Bolecki, analityk w firmie badawczej PMR. I dodaje, że w miarę jak sytuacja zaczynała być bardziej przejrzysta, a sieci dochodziły do wniosku, że będą w stanie zwiększać obroty po wejściu nowych przepisów, nabierały ochoty na dalszy rozwój.

Dlatego w tym roku, mimo obowiązującego zakazu handlu w niedziele, prognozujemy utrzymanie osiągniętego w 2017 r. tempa wzrostu – dodaje Bartosz Bolecki.

Liderem pod względem otwierania nowych sklepów pozostanie Biedronka – w tym roku chce wzbogacić się o kolejne 80 placówek. Na drugim miejscu, również bez zmian, jest Lidl, który zakłada ich około 30–40. Sieci Aldi i Netto przewidują otwarcie kilku nowych placówek w tym roku, ale w kolejnych latach zapowiadają przyspieszenie rozwoju. Netto planuje od 2020 r. otwierać rocznie po 40 sklepów. Aldi, zanim przyspieszy, chce najpierw dokończyć przebudowę i modernizację działających już placówek.

Zmiany przeszło już ponad 100 ze 129 istniejących – mówi Oktawian Torchała, dyrektor generalny Aldi Polska.

Wiele wskazuje więc na to, że dyskonty pozostaną aktywnymi inwestorami jeszcze przez kilka lat. Zdaniem analityków ich zapał może ulec ostudzeniu dopiero, gdy łączna liczba ich sklepów sięgnie 5 tys. Wówczas, jak prognozował przed laty Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, dziś niezależny analityk handlu – rynek zbliży się do poziomu nasycenia. Wzrośnie ryzyko kanibalizowania się tego typu sklepów, bo nowe będą powstawały w niewielkiej odległości od już istniejących.

Na razie dyskonty notują jedne z największych wzrostów obrotów spośród działających sklepów – podkreśla Bartosz Bolecki.

To sprawia, że już w tym roku mają szansę uplasować się na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o udziały w wartym 268 mld zł detalicznym handlu artykułami żywnościowymi. Na razie mają 25,1 proc., ale do końca roku powinny przekroczyć 25,5 proc., czyli tyle, ile dziś mają małe sklepy, których z roku na rok ubywa.

Eksperci zwracają uwagę, że dyskonty wygrywają w walce o klienta, bo są coraz bliżej miejsca zamieszkania i pracy Polaków, ale też oferują na tyle szeroki asortyment, że można w nich zrobić kompleksowe zakupy. Odbijają tym samym klientów hipermarketom i małym osiedlowym sklepom. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie zmiany, jakie zaszły w ostatnich latach. Nie są to już sklepy, w których towar jest oferowany z palet. Asortyment rozszerzono też o markowe, lubiane przez konsumentów towary.

Dzięki zmianom przestały się kojarzyć tylko z niskimi cenami – zauważa Mariola Skolimowska z Netto.

Według ekspertów rosnąca popularność dyskontów to również efekt wzmożonych akcji promocyjnych i kampanii reklamowych, które nasiliły się po wprowadzeniu zakazu handlu w niedziele. Efekt jest taki, że dyskonty są wymieniane w różnego rodzaju badaniach przez Polaków wśród najczęściej odwiedzanych sklepów.