Dla Jarosława Kaczyńskiego, prezesa PiS, granicą, która pozwoliłaby przyjąć wspólną walutę, jest – a przynajmniej było rok temu – 85 proc. produktu krajowego brutto Niemiec. Takie deklaracje powodują zwykle falę szacunków, kiedy moglibyśmy spełnić jeden czy drugi warunek (Za 30 lat? 50? 70? Nigdy?). Spójrzmy na sprawę od drugiej strony: kiedy poszczególni członkowie unii walutowej mieli taki poziom dochodu, jak my dzisiaj. I jak rośli od tego czasu.

Z danych Eurostatu możemy się dowiedzieć, że nasz PKB na głowę w 2016 r. stanowił 68 proc. średniej unijnej (w 2004 r., gdy wchodziliśmy do UE, było to 50 proc.). Ponieważ chcemy porównywać się nie ze średnią, a z najlepszymi, to trzeba dodać, że było to 55 proc. wyniku Niemiec. To dane obliczane na podstawie parytetu siły nabywczej – korygują one nominalny wynik o różnice w poziomach cen. Zwykle kraje biedniejsze, o niższym dochodzie, mają też niższe ceny. Eurostat porównuje tylko kraje europejskie (a także Stany Zjednoczone, Japonię i wiecznego kandydata do UE – Turcję). Międzynarodowy Fundusz Walutowy robi podobne zestawienia dla wszystkich światowych gospodarek. Przy tym pod uwagę bierze znacznie dłuższy czas – od 1980 r. (bierze także poprawkę na inflację).

To nam wystarczy, bo jest tylko jeden przypadek, by unijny kraj trwale doszedł do naszego dzisiejszego poziomu zamożności przed tą datą. Chodzi o Luksemburg, któremu ta sztuka udała się w połowie lat 70. Luksemburga jednak żaden z polityków nie wskazał nam jak dotąd jako wzoru do naśladowania. W 1980 r. PKB per capita wyższy niż nasz dzisiejszy miała też Holandia. Ale że zaraz potem zanotowała regres, to możemy uznać, że nasz warunek spełniła dopiero w 1983 r. – wtedy jej PKB na mieszkańca (liczony z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej i w stałych dolarach z 2011 r.) przekroczył 26,7 tys. dol. W tym samym roku nasz obecny poziom osiągnęła Austria, rok później udało się to Niemcom, a w 1986 r. Francji i Włochom. Nie od wszystkich dzieli nas jednak dystans przekraczający 30 lat. Irlandia i Hiszpania wyprzedziły nas o dwie dekady.

Wśród krajów posługujących się wspólną walutą są i biedniejsze od nas albo tylko minimalnie bardziej zamożne. Pierwsza grupa ma dwóch reprezentantów – Łotwę, którą z kolei my wyprzedzamy o jakieś dwa lata, a także Grecję. Ta była na naszym obecnym poziomie już w 2002 r., ale przez kilka lat od momentu wybuchu kryzysu finansowego notowała systematyczny zjazd i – jak szacuje MFW – do naszego poziomu PKB per capita z 2017 r. dojdzie dopiero w 2020 r.