Indeks WIG spadł na otwarciu o 2,3 proc., WIG20 stracił 2,41 proc., a mWIG40 jeszcze więcej, bo 3,81 proc. Z kolei WIG30 zanurkował aż o 4 proc.

- Okres bardzo spokojnych i permanentnych wzrostów na głównych parkietach akcyjnych został brutalnie przerwany. A widać to tym wyraźniej, że miniony rok, jak i początek tego roku, był fenomenalny, szczególnie jeśli chodzi o rynki akcji na świecie, w tym głównie w USA – mówi w rozmowie z Dziennik.pl Łukasz Bugaj, analityk giełdowy DM BOŚ SA. - To był rekordowo długi okres bez korekty większej niż 5 proc.

Przyczyną zmian, jak przekonuje, jest seria publikacji makroekonomicznych, które z jeden strony pokazują, że kondycja gospodarcza jest bardzo dobra, ale z drugiej – wskazują na rosnącą presję inflacyjną.

– Inwestorzy przestraszyli się, że długim okresie, który trwa od 2008-09 roku, polityka banków centralnych zacznie się w sposób zauważalny zmieniać. Czyli będziemy mieli do czynienia z podwyżkami stop procentowych już nie tylko w USA, ale też w innych krajach. Nawet u nas nawet się zaczęło o tym mówić. A dodatkowo jeszcze Europejski Bank Centralny ma zakończyć proces skupu aktywów – dodaje.

Dotychczasowa sielanka na giełdach wynikała z tego, że wzrostowi gospodarczemu towarzyszyła niższa inflacja. Teraz pojawiły się obawy, czy inflacja nie będzie już tak niska. Dwa – nie wiadomo, jak zareagują banki centralne.

Po dłuższej sielance nastąpiła więc większa nerwowość i rozpoczął się proces, który analityk DM BOŚ SA przyrównuje do napinania gumy. Czytaj: wzrost był jednostajny, zmienność niska, a korekty niewielkie. - Napięta do granic możliwości guma musiała więc z czasem odbić w drugą stronę. I to bardzo dynamicznie. Czego efektem są teraz spadki na Wall Street, co z kolei spotęgowało zniżki na innych parkietach  – tłumaczy.

Także giełdy w Azji wyglądają jak czerwone morze. Japoński indeks Nikkei 225 spadł w pierwszych godzinach po rozpoczęciu sesji o 5,6 proc. by później tracić 5,3 proc. i obniżyć się do poziomu 21.487,87 pkt. W Hongkongu indeks Hang Seng stracił 4,4 proc. do 30.819,25 pkt. a australijski S&P ASX 200 obniżył się 2,9 proc.; do poziomu 5.852,20 pkt.

Reuters podliczył, że łącznie ze światowych giełd wyparowały 4 biliony dolarów.

Nic więc dziwnego, że na rynkach ponownie słychać stare powiedzenie: "Jeśli USA ma katar, to cały świat kicha", choć co do zasady odnosi się ono do dłuższego okresu, po drugie – do kondycji gospodarki. Zasada działania jest jednak ta sama - jeśli w USA zaczyna się kryzys, to znajduje to swoje przełożenia i na innych rynkach. Wszystko dlatego, że USA to jeden z największych globalnych rynków.

Serię spadków zapoczątkowała piątkowa sesja na Wall Street, po której przyszły kolejne. Indeks Dow Jones stracił w tym czasie blisko 1200 punktów i spadł poniżej bariery 25.000 pkt.
Indeks S&P 500 znalazł się już na minusie, licząc od początku 2018 roku. Z kolei DJIA na zamknięciu spadł o 4,60 proc., do 24.345,75 pkt. To największy punktowy spadek tego indeksu w historii!