Wikipedia dodaje, że start-upy związane są z nowymi technologiami, a do ich cech charakterystycznych należą niższe koszty działalności, wyższe niż w przypadku zwykłych przedsiębiorstw ryzyko oraz potencjalnie wyższy zwrot z inwestycji.

Start-up szerszą popularność zdobył u nas za sprawą wicepremiera Mateusza Morawieckiego. W lutym 2016 r. zaprezentował on zręby swojego programu rozwoju Polski na najbliższe ćwierćwiecze. Dziennikarze i komentatorzy ochrzcili go mianem planu Morawieckiego, ale kiedy projekt zyskał konkretny kształt, resort wicepremiera wypuścił go pod nazwą Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Już podczas prezentowania fundamentów swojej koncepcji Morawiecki stwierdził: – Dzisiaj jest czwarta rewolucja przemysłowa, często określana jako cyfrowa. Chcemy być w oku cyklonu tej rewolucji. Chcemy budować przemysł, który będzie przemysłem przyszłości i który będzie dla pracowników z jednej strony, a dla pracodawców i biznesu z drugiej strony, tworzył jak najwyższą wartość dodaną po to, żeby zbudować solidarne, piękne społeczeństwo.

Istotnym elementem tego „przemysłu przeszłości”, o którym tak barwnie opowiadał były prezes Banku Zachodniego WBK, mają być właśnie start-upy. To ich powstawanie i działalność mają napędzać innowacje. Od czasu, kiedy padła zapowiedź o rewolucyjnym marszu na cyfrowe barykady, resort rozwoju kilkakrotnie ogłaszał zamiar uwolnienia strumienia pieniędzy dla startupowców. Najbardziej spektakularnie brzmiał zamiar otwarcia dla innowacji rynku zamówień publicznych, którego wartość w zeszłym roku wyniosła ponad 107 mld zł. Wedle SOR państwo ma być „inwestorem inteligentnym”, czyli w tym wypadku wspierać innowacyjne rozwiązania. Skromniej brzmiały inne zapowiedzi ministra. Pierwsza to program Start in Poland, opracowany przez Ministerstwo Rozwoju oraz Radę ds. Innowacyjności. Tutaj do rozdania wśród start-upów ma być 3 mld zł. A już zupełne grosze, przy obietnicy otwarcia szeroko drzwi dla start-upów rynku zamówień publicznych, ma do zaoferowania rządowy projekt (realizowany autonomicznie w ramach Start in Poland) Scale Up, gdzie dla 10 firm przeznaczono na akcelerację start-upów 60 mln zł.

"Zapuszczajcie brody, zakładajcie czarne golfy a la Steve Jobs, kupujcie tęczowe okulary i elektryczne hulajnogi" – pisały media po ogłoszeniu startu tego ostatniego. Co miały na myśli? Oczywiście stereotypowy wygląd typowego młodego przedsiębiorcy. A jeśli na dźwięk słowa "startupowiec" od razu mamy w głowie jego wyobrażony wizerunek, może to oznaczać tylko jedno: myślimy o tym już jako czymś więcej niż zwykłym biznesie. Dla niektórych start-up to styl życia.

Biznes, pizza i ping-pong

Swoje do powiedzenia miała tu oczywiście kultura masowa. Za początek oswajania „komputerowych nerdów” można uznać brytyjski serial „The IT Crowd” (w Polsce wyświetlany pod dziwnym tytułem „Technicy-magicy”) z 2006 r. Jednymi z głównych bohaterów serii była dwójka pracowników działu IT wielkiej londyńskiej korporacji, Roy i Maurice. Zwłaszcza ten drugi, grany przez komika Richarda Ayoade’a, stał się popularny. Jego postać to zbitek wszelkiej maści stereotypów, które dotyczą komputerowców, a których w Polsce ucieleśnieniem jest jeden z najsłynniejszych internetowych memów, czyli impreza informatyków (kto nie widział, ten powinien spytać Google’a – i pewnie się okaże, że jednak widział). Innymi słowy był to niezwykle inteligentny i uzdolniony programista-nerd, jednakże z bardzo ograniczonymi zdolnościami społecznymi. Maurice został najpopularniejszą postacią serialu. Nie tylko ze względu na jego naturalny komizm, ale również na styl i ubiór (grube okulary, nienaganna koszula), z którymi mogła identyfikować się część hipsterów.

Nadawany przez cztery lata „The IT Crowd” toczył się jednak w przestrzeniach wielkiej korporacji, a taka kariera zawsze wydawać się będzie nudna. Rzeczywistość startupowa wkroczyła na salony wraz z amerykańskim serialem „Dolina Krzemowa”. Opowiada o perypetiach piątki przyjaciół z Kalifornii, którzy próbują odnaleźć się w start-upach. To już zupełne zanurzenie w świat nerdów i jednocześnie ostateczne zerwanie z ich negatywnym stereotypem jako dziwaków nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie. W „Dolinie Krzemowej” praca w technologicznym start-upie to może ciężka, ale świetna przygoda, w trakcie której spotyka się samych ciekawych ludzi. No i rozgrywa się w atrakcyjnych plenerach. Któż nie chciałby prowadzić takiego życia, w dodatku z perspektywą, że jeśli nasz pomysł się sprawdzi, to szybko możemy zarobić miliony?

Polska jest w czołówce krajów, w których oglądalność „Doliny Krzemowej” jest największa. Przed nami są tylko USA, Kanada i Finlandia. – Też oglądam – uśmiecha się Diana Koziarska, szefowa ReaktorWarsaw. Pod tą nazwą kryje się modernistyczna willa na warszawskim Żoliborzu. ReaktorWarsaw to przestrzeń coworkingowa, czyli miejsce, gdzie własny kąt mogą znaleźć freelancerzy i początkujący start-upowcy. Stworzyli ją kilka lat temu sami start-upowcy. Szukali miejsca do pracy i wtedy trafił im się żoliborski domek. Potem do współpracy zaprosili więcej kolegów i koleżanek z branży.

Przestrzeń Reaktora jest bardzo swobodna. Koziarska przyjmuje rozmówców w klapkach. Pokazuje im salę do ping-ponga, kuchnię, pomieszczenie z kanapami i spory ogród. W ciepłe dni można tu usiąść z komputerem i popracować. Ponadto raz w miesiącu służy jako przestrzeń imprezowa. – Zaczęliśmy robić eventy start-upowe, które nazwaliśmy OpenReaktorami. Odbywają się raz w miesiącu, organizujemy je od sześciu lat. Niedawno miała miejsce 58. edycja. Celem jest wymiana doświadczeń. Wyszliśmy z założenia, że jak będziemy działać razem, to nasze środowisko będzie prężniej rosło. Podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem przychodzą zarówno ci, którym się powiodło, jak i ci, którzy upadli. Ci drudzy przestrzegają przed tym, co nie działa. Ale też np. przyszedł ktoś, kto opowiadał, jak się sprzedaje swój pomysł w Dubaju. To nie jest wiedza z książek – opowiada Koziarska. – To praktyczne rzeczy. Środowisko silnie dąży do integracji, by takimi informacjami się podzielić. Ale jednocześnie wydarzenia te wykorzystują instytucje i ludzie, którzy w jakiś sposób chcą wśród start-upów zaistnieć. Na przykład ostatnio mieliśmy szkolenie prowadzone przez kancelarię finansową. Uczyli, jak zabezpieczyć inwestycję od strony prawnej.

Na OpenReaktory przychodzi 100–120 osób. Nie tylko na szkolenia, których zasady są jasne: kwadrans prezentacji, reszta to pytania publiczności. Podczas OpenReaktorów można także zjeść pizzę i napić się piwa z innymi startupowcami. – Dużo ludzi przychodzi na te imprezy ze względu na ich klimat – mówi Koziarska.

Kto jest bywalcem takich imprez? Według Koziarskiej polski startupowiec ma od 20 do 40 lat. Ludzie powyżej tej granicy zdarzają się bardzo rzadko. Większą precyzją w odpowiedzi na to pytanie wykazują się autorzy raportu „Polskie startupy. Raport 2017” fundacji Startup Poland. Wynika z niego, że startupowiec ma 30–39 lat (aż 58 proc. założycieli start-upów nad Wisłą mieści się w tym przedziale wiekowym), ma wyższe wykształcenie (jedynie 8 proc. nie ma uczelnianego dyplomu, a 3 proc. jeszcze studiuje) i doświadczenie wyniesione z pracy w korporacji. Prawie jedna trzecia założonych w Polsce start-upów to dzieło kobiet.

Czy wiesz, co poszło nie tak

„Jestem pijany, a ten z którym gadam, to chyba coś połknął / Mówi, że p.... i cały Mordor / Ma go dość, bo szefowa jest idiotką / A ten jego nowy start-up zrobi pogrom / Coś tam, coś tam, coś tam dot com” – śpiewa warszawski raper Taco Hemingway w utworze „Tlen”, w którym rysuje panoramę klubowo-imprezowego życia stolicy. W jednym na pewno ma rację: coraz więcej młodych przedsiębiorców chciałoby być startupowcami. – Temat start-upów jest gorący. Programy wsparcia od rządu i PARP-u sprawiają, że wszyscy o tym mówią. Korporacje też chcą mieć swoje start-upy, bo widzą, że inni coś z tym robią. Oczywiście więc, że jak się ustawi biznes jako start-up, zyskuje się wizerunkowo w oczach potencjalnego inwestora. Ale tylko do momentu, kiedy ktoś wejdzie w szczegóły projektu i zobaczy, czy jest on dla niego opłacalny – mówią Tomasz Rudolf i Sergiusz Sawin z The Heart Warsaw, europejskiego centrum, które zajmuje się łączeniem start-upów i korporacji.

Trudno jednak startupowców znaleźć w ferworze gorączki sobotniej nocy, zwłaszcza na całonocnych imprezach opiewanych w utworach Taco Hemingwaya. Według Koziarskiej wielu polskich startupowców to pracoholicy, którzy robią wszystko, by ich projekt odniósł jednak sukces. – Jedno podejście do tego biznesu jest takie: jestem startupowcem i uczestniczę w mentorskich spotkaniach. Drugie to ci, którzy uważają, że ta cała otoczka jest złudna, i skupiają się na rozwoju firmy, bo teraz każdy chce być start-upem, więc metka ta zaczyna im ciążyć – twierdzi.

Potwierdzają to Rudolf i Sawin. – Nawet do nas przychodzą przedsiębiorcy, którzy mówią: tylko broń Boże nie powiedzcie potencjalnym inwestorom, że jesteśmy start-upem. Bo taka firma kojarzy się z gośćmi, którzy przychodzą na spotkanie z psem lub kotem i prezentują w PowerPoincie swoją szaloną ideę – opowiadają.

Startupowiec w Polsce różni się też od zwykłego przedsiębiorcy specyficznym językiem, którego używa się w środowisku. Ci pierwsi robią biznesplan i szukają inwestorów. Startupowcy pomysły skalują, czyli rozszerzają biznesowo na nowe rynki. Do tego potrzebują aniołów biznesu i akceleratorów. Ci pierwsi mają wyłożyć pieniądze na realizację projektu, ci drudzy – poprzez pomoc specjalistów, np. w zakresie marketingu – nadadzą mu właściwy rozpęd.

W środowisku startupowym o wiele lepiej oswaja się także porażkę. Upadły startupowiec to nie kiepski przedsiębiorca, tylko niezrozumiany geniusz. Znów: to pokłosie tego, że środowisko startupowe bardzo dba o integrację i o to, by uczyć się na własnych błędach. Przykłady bierze zza oceanu.

– W USA są imprezy Fuck Up Nights. Przychodzą przedsiębiorcy i opowiadają, jak upadł im biznes i dlaczego. U nas jeszcze trochę patrzy się na to z dezaprobatą. W Stanach ta kultura jest bardziej oswojona. Jak ktoś idzie ze swoim pomysłem do inwestora, a w CV ma już startupową porażkę, to jest pytany, czy wie, gdzie popełnił błąd. Oczywiście, jak komuś upadło pięć firm – pomysłów z rzędu, to wiadomo, że coś jest nie tak – twierdzi Koziarska.

Zdarzają się jednak tacy, którzy z zakładania start-upów uczynili styl życia. Jest nim np. Tomek Kolinko, który występuje na konferencjach i eventach startupowych jako mówca i mentor. Bo ma na koncie wiele sukcesów w branży. Ostatnio znów założył nowy start-up. W środowisku taka postawa nie jest zaskoczeniem. Są ludzie, którzy sprawdzają się w początkowej fazie rozwoju projektu, i tacy, których zarządzanie rozkręconym pomysłem po prostu nudzi lub nie mają do tego drygu.

Jednak być może największym wyróżnikiem polskiego startupowca jest otwartość na świat. Jak wynika z raportu Startup Poland, co ósmy młody przedsiębiorca zatrudnia obcokrajowca. Wiele z nich realizuje zamówienia dla zagranicznych firm.

Jedyne, czego brakuje polskim start-upom do ugruntowania ich specyficznego środowiska w polskiej świadomości, to jakieś dzieło popkulturowe, które by pokazało polskiego startupowca. Oby tylko za taki projekt nie wziął się Patryk Vega.

Jestem pijany, a ten z którym gadam, to chyba coś połknął / Mówi, że p...i cały Mordor / Ma go dość, bo szefowa jest idiotką / A ten jego nowy start-up zrobi pogrom / Coś tam, coś tam, coś tam dot com – śpiewa warszawski raper Taco Hemingway w utworze „Tlen”