Przykłady żonglowania liczbami mogliśmy obserwować na kongresie Prawa i Sprawiedliwości w Przysusze na początku lipca.

"Wyobraźcie sobie dziewięćdziesiąt kilka miliardów"

- Jeszcze jako prezes banku posłałem kolegom tekst, z którego wynikało, że my co roku transferujemy za granicę dziewięćdziesiąt kilka miliardów złotych - mówił wicepremier. - Wyobraźcie sobie tę liczbę. Dziewięćdziesiąt kilka miliardów złotych co roku legalnie, bez podatku transferujemy do innych krajów. To jest ten model rozwoju gospodarczego, który nam został zaserwowany, który przyjęliśmy i który doprowadził do takiego, a nie innego porządku krajowego. Dzisiaj 5 proc. polskiego PKB co roku wyjeżdża za granicę.

Kontekst był oczywisty: dotychczasowy model polskiego rozwoju gospodarczego nie tylko uzależnił nas od zagranicy, on uczynił z polskiej gospodarki lenno, z którego zagranica czerpie pełnymi garściami. Teza ciekawa, ale też łatwa do zweryfikowania, bo całość przepływów zagranicznego kapitału ujmuje Narodowy Bank Polski w bilansie płatniczym. I w 2016 r. tzw. rozchody z inwestycji (czyli to, co wypływa za granicę) wynosiły 98,9 mld zł. Niby się zgadza, ale jak wniknąć głębiej, to zaczynają się kłopoty. Bo mamy dwie głównie kategorie inwestycji. Pierwsza to inwestycje bezpośrednie, czyli np. takie, kiedy firma z zagranicy buduje w Polsce fabrykę. Druga kategoria to inwestycje portfelowe, czyli np. kupowanie akcji na giełdzie przez zagraniczne fundusze inwestycyjne albo obligacji emitowanych przez Skarb Państwa.

Z pierwszej kategorii zagranica uzyskała ok. 73 mld zł. Ale niemała część tej kwoty - 27 mld zł - to reinwestowane zyski. Czyli to, co inwestor zarobił w Polsce, ale przeznaczył na dalszy rozwój swoich polskich firm. Oznacza to, że za granicę wypłynęło ok. 46 mld zł z inwestycji bezpośrednich.

Inwestycje portfelowe dały z kolei ok. 18 mld zł. Tyle że zdecydowana większość tej kwoty - 84 proc. - to odsetki, jakie polscy dłużnicy wypłacają swoim zagranicznym wierzycielom. Najważniejszy spośród dłużników to Skarb Państwa. Mówiąc inaczej: to, że mamy deficyt w budżecie, który trzeba finansować, sprzedając obligacje, jest praprzyczyną tego, że kilkanaście miliardów złotych rocznie transferowanych jest za granicę. Pytanie, czy odsetki, które należą się wierzycielowi za to, że pożyczył pieniądze, można sklasyfikować jako miarę wyzysku.

Podobnie jest z inwestycjami portfelowymi w akcje. Zaangażowanie zagranicy na rynku w dużym stopniu decyduje o jego rozwoju i koniunkturze. A wicepremier Morawiecki wielokrotnie mówił, że zależy mu na silnym rynku kapitałowym.

I teraz kluczowa sprawa: gdyby przyjąć taki punkt widzenia, że odsetki od obligacji i zyski z akcji nie świadczą o wyzysku polskiej gospodarki przez zagranicznych kapitalistów, tylko raczej o ich zaufaniu do niej, to kwota, jaka płynie z Polski za granicę, jest wyraźnie niższa od "dziewięćdziesięciu kilku miliardów". Bez uwzględnienia inwestycji portfelowych i reinwestowanych zysków drenowanie polskiej gospodarki okazuje znacznie mniejsze i wynosi 53 mld zł rocznie. Ale nawet z uwzględnieniem tych inwestycji (a takie podejście prezentuje kierowane przez wicepremiera Morawieckiego Ministerstwo Rozwoju) suma transferów rośnie do 71 mld zł.

To cały czas mniej niż 90 mld zł.

Dla porządku trzeba zaznaczyć, że resort rozwoju uważa, że także reinwestowane zyski trzeba dodać do tej kwoty, bo „chociaż zostają w Polsce i mają oczywisty pozytywny skutek dla polskiej gospodarki, pomnażają majątek nierezydentów, zatem są także ich korzyścią i w tym kontekście ich uwzględnienie jest uzasadnione”. Ale niestety ma się to nijak do treści wystąpienia wicepremiera, który mówił wyraźnie o transferze za granicę.

Skąd się wzięło 220 mld?

Po kongresowym wystąpieniu Mateusza Morawieckiego furorę robiła jeszcze jedna liczba: 220 mld zł.

- Jest jedna liczba, która spina wszystkie moje znaki zapytania, to jest 220 mld zł. Na taką kwotę straty dla budżetu powstałe za rządów naszych poprzedników oceniły niezależne instytucje. I to nie są instytucje nam sprzyjające. To jest m.in. Komisja Europejska i różne firmy konsultingowe, doradcze. 220 miliardów! Tyle nie ma nawet pieniądza w obiegu, w całej Polsce. Jakby tak wydać te 220 mld na budowę dróg ekspresowych, to mielibyśmy najgęstszą sieć dróg w Europie. A jakby kupić za to pociągi Darty albo Impulsy, to dojechałyby do Białegostoku, albo i do Kowna by wystarczyło. Moglibyśmy przez rok płacić nie 500 plus, ale 5000 plus, taka to jest kwota - mówił.

Kwota rzeczywiście duża, więc zapytaliśmy Ministerstwo Rozwoju o źródło wyliczeń. Okazuje się, że pierwsze to znany raport firmy doradczej PwC, która cyklicznie szacuje wielkość luki w VAT. Drugie to raport Komisji Europejskiej na ten temat. MR od razu przy tym zastrzegło, że wyliczenia z obu źródeł są inne i sugerują, że kwota strat jest znacznie większa. Rzeczywiście, na podstawie raportów PwC można ją szacować na jakieś 250 mld zł w latach 2008-2015. W przypadku dokumentu KE porównania są dodatkowo utrudnione, bo ostatnie dostępne dane dotyczą roku 2014.

Można by przymknąć oko na te drobne nieścisłości, gdyby nie dwie okoliczności. Pierwsza - wicepremier osadził swoją wypowiedź w jednoznacznym kontekście: rządy poprzedników były nieudolne, niezbyt starannie walczyły z nadużyciami podatkowymi, w efekcie budżet stracił 220 mld zł. Ale luka w VAT - tak jak ją rozumie przywoływane PwC - to kategoria nieco szersza, niż tylko wyłudzenia i szara strefa. To również błędy podatników i skutki ich kłopotów, np. bankructw. Analitycy MR zdawali sobie zapewne z tego sprawę, bo dodali uściślenie: kwota 220 mld zł wspominana przez wicepremiera Morawieckiego była oparta na wyliczeniach zawartych m.in. w obu raportach, ale też "zweryfikowanych wewnętrznie przez analityków w Ministerstwie Finansów". I to jest ta druga okoliczność, bo efekty tej wewnętrznej weryfikacji zamieszczono w ostatnim Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2017-2020. I tu konsternacja: liczby z wystąpienia i z WPFP nieco się rozjeżdżają. Na stronie 74 dokumentu jego autorzy z Ministerstwa Finansów stwierdzają wprost: szacowana wielkość luki budżetowej w zakresie wyłudzeń podatku VAT wynosi od 10 do 15 mld zł rocznie. Na potrzeby wyliczeń przyjęto, że wartość ta wynosi ok. 15,31 mld zł. Co oznacza, że w ciągu ośmiu lat rządów PO i PSL budżet mógł stracić z tytułu wyłudzeń jakieś 122 mld zł. To bardzo dużo - ale sporo mniej niż 220 mld zł.