Karolina Baca-Pogorzelska: Co oznacza dla was ostatni wyrok lubelskiego sądu?
Oystein Kvarme: On w zasadzie nie dotyka rzeczowo naszej sprawy, bo sąd wypowiedział się tylko w kwestii wady proceduralnej postępowania, a nie na tematy merytoryczne. Chodzi o to, że jedna ze stron nie została poinformowana o toczącej się sprawie. Właścicielka działki sąsiadującej z terenem planowanej inwestycji, zmarła przed otrzymaniem listu z Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Wg prawa wszyscy właściciele działek sąsiadujących powinni wiedzieć o planowanej inwestycji. Czekamy na pisemne uzasadnienie wyroku, ale sprawa została cofnięta do SKO. Jesteśmy zawiedzeni, że nie otrzymaliśmy decyzji merytorycznej, bo na to czekaliśmy i skierowanie sprawy do SKO oznacza dla nas opóźnienie. To trudna sytuacja.

Ale sprawy w SKO trwają raczej długo.

To dla nas wyzwanie. Ale ostatnio SKO – oddaliło nasze odwołanie od negatywnej decyzji środowiskowej w zaledwie 3 tygodnie bez żadnej analizy naszych argumentów. Można się spodziewać, że teraz dokumenty zostaną dostarczone spadkobiercom zmarłej, ale to raczej orzeczenia nie zmieni. To przynajmniej rok stracony. Z punktu widzenia planowania inwestycji sytuacja zawieszenia stawia cały projekt pod znakiem zapytania. Gdyby wyrok był merytoryczny, nawet nieprawomocny, to byłby sygnał, co dalej robić, jak działać.

Skoro Lublin jest taki problematyczny, to może warto pomyśleć o innych lokalizacjach.

Chcemy zakończyć sprawę w Lublinie, bo poświeciliśmy czas i pieniądze na tę inwestycję. Z drugiej strony chcemy działać w miastach, w których jesteśmy mile widziani. Dlatego szukamy innych lokalizacji.

Wygląda na to, że w Lublinie dziś nie jesteście mile widziani.

Po wyroku sadu, przeprowadzimy teraz ostateczną turę konsultacji w Lublinie. Jeśli taka będzie konkluzja, to zapewne się stamtąd wycofamy. Sytuacja jest o tyle niezrozumiała, że jeszcze w 2014 r., a nawet w 2015 r. rozmowy z miastem wyglądały zupełnie inaczej, byliśmy mile widziani. Rozmawialiśmy z przedstawicielami ratusza, z prezydentem miasta, z mieszkańcami. Zresztą to właśnie miasto wskazało lokalizację inwestycji przy ul. Mełgiewskiej na terenach poprzemysłowych, po dawnych zakładach produkcyjnych Daewoo. Nasza wstępna propozycja była inna. Mieliśmy poparcie miasta w naszych działaniach. Dostaliśmy m.in. stosowne pozytywne opinie Sanepidu czy Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Nagle w lecie 2016 r. coś się popsuło, nie było żadnego odzewu ze strony miasta.

Wtedy i dzisiaj prezydentem Lublina jest ta sama osoba – Krzysztof Żuk.

I on nam wskazał działkę zgodną z planem zagospodarowania. A potem okazało się, że np. komin naszej elektrowni według jej przeciwników będzie zasłaniał panoramę z wieży Donżon na Zamku Lubelskim, choć np. wyższe są bloki na Kalinowszczyźnie czy komin istniejącej elektrociepłowni Megatemu.

To co się stało?

Sami chcielibyśmy wiedzieć. Na działania w Polsce wydaliśmy dotychczas ok. 10 mln euro, nie chcemy się poddawać. Naszym działaniom przyglądają się inni inwestorzy ze Skandynawii i są zdziwieni tym co się teraz dzieje. Elektrownia na słomę w regionie to stałe źródło dochodów dla rolników, ważne tym bardziej, że w ciągu kilku lat będą się zmniejszać dotacje unijne, a pewnego dnia się skończą.

A może weszliście na grunt PGE, która podobny blok chce budować w swej lubelskiej elektrociepłowni Wrotków.

PGE mogłoby być naturalnym partnerem dla TergoPower, czy to jako operator, czy jako współwłaściciel bloku. Jesteśmy otwarci. Z PGE rozmawiamy o warunkach przyłączeniowych do sieci, tutaj nie było żadnych problemów negocjacyjnych. Jesteśmy także gotowi na zmianę koncepcji inwestycji, czyli budowę elektrociepłowni zamiast samej elektrowni. To obniżyłoby koszty ciepła dla mieszkańców. A wiadomo, że Lublin to jedno z miast w Polsce gdzie ciepło jest najdroższe.

Lublin był najbardziej zaawansowanym projektem. Co z kolejnymi?

Skupiamy się na nich intensywniej w ostatnich miesiącach, głównie tam, gdzie jest nadpodaż słomy przy produkcji rolniczej. M.in. w zachodniej Polsce. Nie możemy podać nazw miast, bo jesteśmy w trakcie negocjacji dotyczących terenów. Niektóre mają potencjał szybszego rozwoju niż np. Biłgoraj, który był po Lublinie naszym numerem dwa. Mimo obecnych niepowodzeń w Lublinie nie zamierzamy wycofywać się z naszych planów w Polsce. Podtrzymuję, że chcemy zbudować 5 bloków o mocy 50 MW opalanych polską słomą i zrealizować inwestycje za łącznie 850 mln euro.

Kiedy w takim razie pierwszy blok może zostać uruchomiony w scenariuszu najbardziej optymistycznym i najbardziej pesymistycznym?

Czas budowy to 2,5 roku. Wcześniej trzeba uzyskać cenę gwarantowaną poprzez aukcje. W tym roku nie możemy już wziąć w nich udziału. Jeśli uda się to w pierwszym kwartale 2018 r., to należy dodać do tego jeszcze 28 miesięcy. Czyli lato 2020 r. jest najwcześniejszym możliwym terminem uruchomienia pierwszej instalacji. Najpóźniejszy zakładamy na lato 2021 lub 2022 r. to też zależy od tego, który projekt będzie realizowany jako pierwszy. Mamy najnowocześniejszą technologię dopasowaną do potrzeb Polski. To nie jest konkurencja dla węgla, na którym opiera się polska gospodarka, to uzupełnienie miksu energetycznego.