Pani Grażyna wpadła na pomysł założenia firmy specjalizującej się w cateringu dietetycznym – zaprosi na konsultację, ułoży jadłospis, a zdrowe dania dowiezie pod wskazany adres i nie robi jej różnicy, czy potrawy mają być dla jednej osoby, całej rodziny, czy dla dużej firmy. Obsługuje komunie, osiemnastki, imprezy imieninowe. Pan Lucjan oferuje mieszkańcom z Warszawy i okolic budowę domów ekologicznych, bo trudni się biobudownictwem, które na razie jest technologią niszową, więc nie ma na rynku dużej konkurencji. Pani Małgorzacie zamarzyło się otwarcie miejsca, w którym parzy się herbatę, serwuje książki do czytania i na dodatek promuje sztukę miejscowych artystów, czyli spełniającego rolę lokalu, biblioteki i galerii. A skoro o literaturze mowa, to pani Agnieszka wpadła na pomysł zrobienia wzorzystych podpórek do książek, do wyboru: ze stali nierdzewnej, lakierowanej blachy albo szkła akrylowego. Cała zaś czwórka ma dwie cechy wspólne: po pierwsze pięćdziesiątkę na karku, a po drugie – na przekór metryce inwestuje siły i pomysły w biznes startupowy. Czyli szuka niezagospodarowanych nisz, które można rozwinąć i na których da się zarobić.

Utarło się sądzić, że start-upy to domena młodych, jednak choć stanowią oni większość, wiek nie jest czynnikiem filtrującym. Wszyscy kreatywni, zaradni, ze smykałką do interesu, a przede wszystkim otwarci na zmiany w swoim życiu zawodowym są mile widziani. Zgłaszają się więc wyjałowieni wiernopoddańczą orką pracownicy korporacji, matki odzyskujące wigor po całodobowej harówce na bezpłatnym etacie przy dzieciach oddelegowanych w końcu do niań, żłobków czy przedszkoli, a także życiowi hazardziści, którzy chcą się przekonać, jak im pójdzie karta w nierozpoznanym przez ekonomiczne autorytety biznesie. – Naszymi najczęstszymi klientami są osoby z Mordoru na Domaniewskiej (warszawskiego zagłębia biurowców, symbolu kultury korporacyjnej - red.) – zdradza Tomasz Jabłoński, ekspert Startup Academy. – Tacy między 30. a 50. rokiem życia, którzy po 10–15 latach pracy szukają nowej przygody zawodowej. Jest w tej grupie sporo kobiet w wieku 30–40 lat po urlopie macierzyńskim. Te osoby mają dużo do stracenia – często kredyt na mieszkanie, samochód w leasingu, rodzinę na utrzymaniu. Szukają profesjonalnego wsparcia. To jest życiowa decyzja. Nie chcą już się uczyć na błędach, jak studenci. To z myślą o nich stworzyliśmy programy "Start-up po godzinach" czy "Start-up bez budżetu".

Najważniejsze to być przed wszystkimi. Najpierw trzeba mieć chęć, potem dobry pomysł, a następnie jeszcze lepszy plan, jak przebyć dystans dzielący wizję od sukcesu. W tym biegu nikt nikogo nie dyskryminuje; każdy ściga się sam ze sobą i tylko od niego zależy, w którym momencie osiągnie metę. Do udziału w zawodach o startupowy sukces nie brakuje chętnych po pięćdziesiątce.