Ministrowie ds. środowiska państw UE przyjęli we wtorek wspólne stanowisko ws. reformy unijnego systemu pozwoleń na emisję dwutlenku węgla (EU – ETS). Polska w grupie dziewięciu krajów UE sprzeciwiła się, ale nie udało się zablokować prac. Uzgodnione przez państwa członkowskie stanowisko przewiduje m.in., że od 2021 r. liczba uprawień do emisji będzie spadała rocznie o 2,2 proc.

Wicepremier, minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki w środę podczas briefingu prasowego w siedzibie spółki Vistal Offshore w Gdyni przyznał, że bardzo krytycznie podchodzi do tych nowych ustaleń, które proponuje UE. Jego zdaniem jest to niebezpieczne dla przemysłu, w tym polskiego w szczególności. Ponieważ będzie obciążało dodatkowo kosztami emisji CO2 różne energochłonne przemysły, w tym przemysł stalowy - tłumaczył.

Morawiecki wyjaśnił, że patrząc na protokół z Kioto podpisany ponad 20 lat temu, Polska była jednym z krajów, który w najwyższym zakresie ograniczył emisję CO2. Tymczasem rokiem bazowym, od którego liczona jest redukcja - jak mówił - jest rok 2005. Są porównania do ostatnich lat, które powodują, że jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji jako przemysł energochłonny, jako energetyka polska, nie mówiąc już o polskim górnictwie - tłumaczył.

Walczymy z tymi przepisami UE; niestety jesteśmy postawieni tutaj w bardzo trudnej sytuacji, ponieważ nasi poprzednicy w październiku 2014 r. podpisali pewne porozumienia, które są wiążące dla nas - argumentował wicepremier. Jak powiedział, staramy się je renegocjować po to, aby nie upadały przemysły: górniczy, hutniczy czy cała Polska energetyka. Przyznał też, że jest to element, gdzie czuje, że Polska jest dyskryminowana.

Morawiecki odniósł się również do firmy Vistal, która - jak wskazał - jest odbiorcą przemysłu stalowego i im droższy będzie produkt, tym mniej konkurencyjne będą produkty takiej inżynierskiej firmy jak firma Vistal w Gdyni - mówił wicepremier. Z przedstawicielami Grupy Kapitałowej Vistal Gdynia SA spotkał się on w środę w związku z uruchomieniem przez firmę projektu budowy mostu w miejscowości Tana Bru na północy Norwegii.

Uzgodnione przez państwa członkowskie stanowisko przewiduje, że od 2021 r. liczba uprawień do emisji będzie spadała rocznie o 2,2 proc. Ministrowie zmienili całkowitą liczbę uprawnień, które będą dostępne na aukcjach. KE proponowała, by było to 57 proc. całej dostępnej puli. Państwa członkowskie ustaliły ten próg niżej - na poziomie 55 proc. Dla Polski to niekorzystne rozwiązanie, bo sprzyja wzrostowi cen uprawnień.

Kolejna zmiana, która jest zagrożeniem dla naszego kraju, to wprowadzenie mechanizmu umarzania niewykorzystanych pozwoleń. Jak mówił dziennikarzom jeden z polskich dyplomatów, mechanizm ten nie określa w tej chwili, ile certyfikatów miałoby być skasowanych, ale również będzie sprzyjał wzrostowi cen pozwoleń na emisje.

Zgodne z oczekiwaniami Polski są za to zapisy dotyczące zarządzania funduszem modernizacyjnym. Przewidziano go dla najbiedniejszych krajów UE, które z dochodów pochodzących ze sprzedaży 10 proc. uprawnień mają przekształcać swój system energetyczny. Do Polski trafić ma największa część z tych środków, dlatego polskiemu rządowi szczególnie zależało, by móc decydować, na jakie inwestycje pójdą.

Unijny system pozwoleń na emisję CO2 to jedno z głównych narzędzi, które mają pomóc UE ograniczyć emisję gazów cieplarnianych, zgodnie z przyjętym przez wszystkie państwa członkowskie celem redukcji o 40 proc. w roku 2030 r. Przyjęcie przez państwa członkowskie swojego stanowiska otwiera drogę do negocjacji ostatecznego kształtu przepisów.