Karolina Baca-Pogorzelska: Jest pan przekonany, że likwidacji kopalń nie będzie? Bo PiS powoli wycofuje się z obietnic dawanych podczas kampanii wyborczej. Choć słowo „likwidacja” wprost jeszcze z ust rządzących nie pada.

Wacław Czerkawski: Górnictwo, co przyznają nawet najwięksi jego krytycy – z ekologami włącznie – nadal będzie potrzebne. A przez najbliższych 10 lat dla węgla i tak nie ma alternatywy.

Produkujemy rocznie o 10 mln ton węgla za dużo, na dodatek nie ma na niego popytu, więc wyniki finansowe kopalń są katastrofalne. Po co nam tak wielkie wydobycie?

To sytuacja zmienna. Strategia rządowa na lata 2016–2030 jest prawie gotowa. I tam nie mówi się już o wystarczalności złóż możliwych do udostępnienia na 40 lat, ale na 200 lat. Oczywiście potrzeba do tego inwestorów.

A jak się już pojawią, to wybrzydzacie. W efekcie sprywatyzowana Silesia, należąca do czeskiego EPH, ledwo zipie, bo rząd faworyzuje swoje kopalnie. A konkurencja rynkowa? Z kolei premier Beata Szydło mówi, że będziemy budować nowe kopalnie. Ciekawe za co, zwłaszcza w antywęglowej UE. Zagraniczni inwestorzy też u nas nie mają łatwo.

Programy dla górnictwa w UE były pisane do 2018 r. pod niemieckie kopalnie, które są wygaszane. Teraz musi być program dla polskiego górnictwa, my się nie musimy wzorować na innych. A co do inwestycji – z jednej strony człowiek się cieszy, że ktoś chce budować na przyszłość, a z drugiej strony to potwór z Loch Ness. Wszyscy o nim słyszeli, a nikt go nie widział. Niedawno na zespole parlamentarnym ds. górnictwa prywatni inwestorzy skarżyli się, że nie mają koncesji, więc padło pytanie, czy któryś z nich wystąpił o nią. I wówczas okazało się, że nikt jeszcze tego nie zrobił!

Kup w kiosku lub w wersji cyfrowej