Wrześniowy wyrok Sądu Najwyższego, który potwierdził, że przeliczanie na franki umów kredytowych jest niedozwolone, pozwala mieć nadzieję, że nie wszystko stracone. Że klienci banków nie będą musieli płacić lichwiarskiej ceny za te niby „produkty bankowe”, które im wciśnięto, często w podstępny, oszukańczy sposób. Że reszta podatników, czyli społeczeństwo, nie będzie musiała się składać na to, aby uratować ich budżety. I jeszcze, co ważne, że państwo polskie nie będzie stawiane w roli zakładnika dwóch stron. Pokrzywdzonych obywateli z jednej, a międzynarodowych korporacji finansowych z drugiej. Wystarczy stosować prawo. Które istnieje. I które już w tej kwestii zaczyna działać.

Ale żeby tak się stało, potrzeba zaufania do polskiej Temidy. I tego, żeby owi Frankowie zamiast na demonstracje, pobiegli do okienka podawczego w sądzie – złożyć pozew. Jeśli tak się stanie, instytucje finansowe same będą prosiły polityków, żeby wprowadzili odgórne regulacje. Bo w przeciwnym razie padną na kolana. Może nie dziś, nie jutro, ale za trzy czy cztery lata.

Trochę prawniczego slangu

Orzeczenie Sądu Najwyższego z 8 września 2016 r., z którym wielkie nadzieje wiążą i prawnicy, i klienci banków, nosi sygnaturę II CSK 750/15 i dotyczy sprawy, która na pierwszy rzut oka mogłaby się wydawać przegrana. Ot, człowiek miał kredyt indeksowany we frankach szwajcarskich, wzięty, kiedy złoty był na historycznych wyżynach. Kiedy kurs złotego spadł, wzrosła rata kredytu – do poziomu, że klient nie był w stanie jej płacić. Wydawałoby się, że jest pozamiatane: kredytodawca wystawił bankowy tytuł egzekucyjny (kredyt pochodzi z czasów, kiedy BTE jeszcze działał), zobowiązanie zostało postawione w stan wymagalności. Jednak przedsiębiorca zdecydował się na drogę sądową. Odwoływał się. Kwestią sporną było nie to, czy ma spłacać kredyt, ale w jakiej wysokości. Oraz to czy wyliczenia banku są prawidłowo.

Kup w kiosku lub w wersji cyfrowej