Barbara Sowa: Jazcoop, swoją pierwszą firmę założoną pod koniec lat 80., nazwałby pan start-upem?

Adam Góral*: Dzięki produkcji keczupu zrozumiałem, czym w ogóle jest własny biznes i jak to działa. To była moja edukacja. Ale tamte czasy trudno porównywać do dzisiejszych. Startowałem w lepszych warunkach niż młodzi ludzie obecnie. Istniały dziedziny zupełnie niezagospodarowane. My zaczynaliśmy i próbowaliśmy wypełnić tę pustkę.

Firma przetrwała?

Oddałem ją bratu i koledze, bo sam poszedłem w stronę biznesu informatycznego. I wtedy dopiero zaczęła się kariera start-upowa, mówiąc dzisiejszym językiem. Choć gdyby ktoś mi powiedział 20 lat temu: „chłopie, zbudujesz firmę, która będzie szóstym producentem oprogramowania w Europie”, to postukałbym się w głowę. Oczywiście nadal uważam, że jesteśmy mali. Taki Apple ma 230 mld dolarów gotówki. Ale patrzę na nich z dumą i bez kompleksów.

Właśnie zainwestowaliście w krakowski start-up technologiczny Modulus? Czym przekonali was jego właściciele?

To małżeństwo z Krakowa, napisali do mnie e-mail. On pracował przy projekcie Interii, jego żona odpowiadała za tworzenie czata. Przekonywali, że świetnie znają się na budowie rozwiązań SaaS-owych (z ang.: oprogramowanie jako usługa – red.) i na chmurze obliczeniowej. Ujęli mnie świadomością trendów w internecie. Postanowiłem dać im szansę.

Ile pieniędzy wyłożyliście?

2 mln złotych za połowę udziałów w firmie. Modulus robi dziś rzeczy, w które wierzymy, ale też na bieżąco będziemy weryfikować ich postępy. Szkoda bowiem marnować talent ludzi, jeśli ich model biznesowy zawiedzie. Równolegle rozwijają pomysł, który ma szansę na globalny sukces. Ale o szczegółach nie mogę nic powiedzieć. Wiem na pewno, że na razie nie ma czegoś takiego w internecie.

Dlaczego inwestujecie w start-up dopiero teraz?

Próbowaliśmy robić to już wcześniej. Ładnych parę lat temu wystawiliśmy 30 mln złotych w ramach programu „Inwestuj z Asseco”. Ale nie udało nam się nikogo ciekawego znaleźć. Szukałem prawdziwych przedsiębiorców z wizją, którzy wiedzą, jak pozyskuje się klienta, a nie oczekują, że zrobimy to za nich. Przychodzili za to głównie albo ludzie, którzy nas nie traktowali poważnie, albo skrajnie naiwni.

Może trzeba było szukać za granicą? Tel Awiw jest europejską mekką start-upów, macie tam ludzi….

Problem polega na odpowiedniej selekcji. Trzeba mieć ogromną wiedzę o trendach, rynku i świecie, by dokonać dobrego wyboru. A ja właściwie nie spotkałem osoby, o której mógłbym powiedzieć, że przywiozłaby mi wielowymiarową informację. I nie dlatego, że jesteśmy niedostatecznie mądrzy. To jest po prostu bardzo trudne. Ale nasze spółki inwestują w lokalne start-upy. Na przykład na Słowacji mamy E-docu, zaangażowany w tzw. internet rzeczy. Jeśli zaś chodzi o Izrael, to firmy działają tam w amerykańskiej kulturze biznesu, tamten rynek się przed nimi otwiera. Choćby dlatego łatwiej osiągają sukcesy.

Poza tym mają rozbudowany program rządowy wspierania młodych biznesów.

Tak, ale tam, każdy kto osiągnie sukces, oddaje pieniądze. A my puściliśmy je w przepaść. Nawet nie wiemy, który ze start-upów osiągnął sukces, bo tego nie monitorujemy.

Z podsumowań poprzedniej unijnej perspektywy wynika, że pieniądze na innowacyjne firmy zgarnęły start-upy, które nigdy nie miały szansy powodzenia. Dziś lista tych firm krąży w charakterze memu.

Potrzebujemy rzetelnej analizy. Łatwo wybrać patologiczne projekty, jako przykłady, trudniej pokazać całe spektrum. Oczywiście nawet jeśli były kompletnie nietrafione inicjatywy, to może jednak coś pozytywnego na rynku dzięki unijnym inwestycjom się zadziało. Więc dobrze byłoby mieć kompletny obraz sytuacji.

Plan Morawieckiego jest realny?

Gdy rząd mówi, że wydamy 3 mld złotych na start-upy, to wydaje się duża suma, ale tak nie jest. 700 mln euro w stosunku do tego, co jest na innych rynkach, to nie są ogromne pieniądze i mądre wydanie ich jest dzisiaj potrzebą czasu. Trzymamy kciuki, żeby pojawili się prawdziwi przedsiębiorcy, którzy je dobrze wykorzystają. Ale ja też namawiam, by się zastanowić nad tymi, którzy już dali dowód, że radzą sobie w biznesie. Nie odpuszczajmy małych i średnich firm, by oni też mieli ambicje rozwoju.

Inwestowanie w start-upy stało się ostatnio modne. Rzeczywiście są dla naszej gospodarki szansą?

Państwo ma obowiązek wspierania start-upów, nawet jeśli z tych wielu przedsięwzięć tylko kilka odniesie sukces. My, podobnie jak nasze państwo, czujemy się współodpowiedzialni za kariery młodych Polaków, którzy będą ambasadorami zmian w kraju. I stać nas, żeby na to wydać pieniądze. Będziemy robić wszystko, żeby z tych biznesów coś wychodziło, żebyśmy mieli wspólne poczucie sukcesu. Potrzebujemy ich, ale inwestujmy mądrze, bo prawdopodobieństwo świadomego wydawania pieniędzy przez człowieka, który nie wie na czym polega sukces w biznesie jest niewielkie.

Czyli trzeba dać mu wsparcie, a nie tylko pieniądze.

Na takich hasłach bogaci się dziś wielu ludzi, którzy prawdziwego wsparcia nie dają. Pośrednicy są potrzebni, ale najpierw zapytałbym takiego doradcy, czy on kiedykolwiek zrobił w życiu biznes. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu agencja konsultingowa była odpowiedzialna za opracowywanie strategii dla innej polskiej firmy informatycznej. Jak to przeczytałem, to od razu wiedziałem, że wspomniana firma zbankrutuje. Jeśli korporacja wierzyłaby w ten biznes, to sama by w to zainwestowała. W końcu ma od tego ludzi i pieniądze. Przedsiębiorąca powinien liczyć na swój zespół i na siebie, a nie oglądać się na innych, którzy przyjdą i za pieniądze go zastąpią. Tak samo jest ze start-upami.
Pośrednik zawsze jest wygrany. Przekonuje, że to biznes dużego ryzyka, gdzie tylko jednemu na stu udaje się odnieść sukces i że on wszystkim pomaga. Ludzie, którzy się ustawiają w tym miejscu, robią na tym interes.

Po co takim dużym graczom, jak Asseco start-upy? Do niedawna przejmowaliście dojrzałe firmy.

Dla mnie hasło start-upy oznacza nowy typ działalności badawczo-rozwojowej. I tak do nich podchodzę. Także w Asseco. My dostarczamy do internetu wszystko, co można, ale internet to nie jest informatyka. Uber bez pracy informatyków by nie istniał, ale jednak kluczem do sukcesu jest tu koncepcja biznesowa, podobnie jak w przypadku Facebooka czy Google’a. Oczywiście tylko wielka informatyka jest w stanie takie projekty pociągnąć, ale liczy się idea.

Szef konkurencyjnego Comarchu, prof. Janusz Filipiak skrytykował start-upowców i mocno za to oberwał.

To mądry człowiek i jestem pewny, że został źle zrozumiany. Bardzo mi się nie podobał hejt, który się po tym przetoczył. Uważam, że myślimy podobnie. Jestem fanem start-upów, ich energii i braku blokad. Przygotujmy infrastrukturę dla start-upów, bo może nie stać ich na wynajęcie biura, prowadzenie księgowości, a to jest potrzebne. Jeśli wierzymy, że coś ma sens dajmy im pierwsze pieniądze. Ale róbmy to mądrze. Trzeba się zastanowić, jak zwiększać efektywność działania i poprawiać proces selekcji.

Odrzucać „marzycieli z kartką papieru”.

Niektórych niestety należy odrzucić. Z naszej perspektywy mogę powiedzieć, że nie szukamy ideałów, zdajemy sobie sprawę, że ci ludzie nie mają pełnej wiedzy i sporo się mogą od nas nauczyć. Inaczej się prowadzi firmę, zatrudniającą 20 tys ludzi na świece, a inaczej taką gdzie pracują 3 osoby. Przepaść jest ogromna. Ale je jestem w tym szczęśliwym położeniu, że z etapu, w którym moja firma liczyła 3-4 osoby pamiętam wszystko. I chętnie się tymi doświadczeniami dzielę.

*Adam Góral jest prezesem Asseco