Łatwiej ma być klientom i handlowcom, którzy latami muszą przechowywać paragony, ale celem jest też ukrócenie szarej strefy poprzez popularyzację obrotu bezgotówkowego. Ministerstwo Rozwoju szacuje ostrożnie, że dzięki elektronicznym paragonom wpływy z VAT wzrosną o 2–3 mld zł rocznie.

Resort, w którym zrodził się pomysł, chce, by docelowo nowe kasy były zintegrowane z terminalami do płatności kartami. Na początku czerwca wysłał do prezesa Głównego Urzędu Miar prośbę o zaprzestanie homologacji kas dwurolkowych, które obsługują tylko transakcje gotówkowe i tworzą jedynie papierowe kopie paragonów. – We wrześniu znowelizujemy rozporządzenie w sprawie kryteriów i warunków technicznych, którym muszą odpowiadać kasy rejestrujące. Będzie ono miało odpowiednio długie vacatio legis, by handel mógł się do tego przygotować, minimum sześciomiesięczne, być może roczne – mówi Tadeusz Kościński, wiceminister rozwoju.

Długi termin na wymianę kas ma pomóc handlowcom w rozłożeniu kosztów w czasie. Największe poniesie mały handel, bo to on wciąż korzysta z kas dwurolkowych, które będą musiały zostać wycofane z rynku. Jak szacuje resort rozwoju po rozmowach z przedstawicielami organizacji handlowych, na rynku kasy dwurolkowe stanowią połowę urządzeń będących w obrocie, czyli ok. 600 tys. Koszt wymiany to wydatek 1–1,5 tys. zł, co oznacza, że handlowcy będą musieli wydać ok. 700 mln zł na nowy sprzęt.

Wprowadzenie nowych kas mogłoby być punktem wyjścia do stworzenia centralnego rejestru paragonów. Miałby on działać na podobnej zasadzie jak przygotowywany przez Ministerstwo Finansów centralny rejestr faktur. Prowadzić go ma specjalna spółka powołana właśnie przez MF. Baza paragonów miałaby być narzędziem analitycznym dla kontroli skarbowej. Wychwytywane byłyby wszelkie anomalie, np. skokowy wzrost lub spadek sprzedaży, co mogłoby być podstawą do wszczęcia kontroli. Ministerstwo Finansów odnosi się do pomysłu resortu rozwoju z dystansem. Nieoficjalnie usłyszeliśmy, że taka rewolucyjna zmiana będzie trudna do przeprowadzenia.