Zaczęło się pięknie symboliczną datą. 17 września 2013 r., w rocznicę napaści ZSRR na Polskę, rząd Donalda Tuska przyjął uchwałę w sprawie ustanowienia programu wieloletniego „Priorytetowe zadania modernizacji technicznej Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w ramach programów operacyjnych”. Wśród priorytetów m.in. pozyskanie systemów obrony powietrznej, śmigłowców wielozadaniowych czy nowych okrętów (także podwodnych). Na 14 programów zapisano niebagatelną kwotę 91,5 mld zł. Niecały rok później, w czerwcu 2014 r., uchwałę znowelizowano, m.in. zwiększając wydatki na wojska pancerne o – bagatela – 1 mld zł, a zmniejszając finansowanie okrętów o ponad 500 mln zł. Choć kwoty są olbrzymie, to przy takiej skali programu są to pojedyncze procenty, tak więc takie przesunięcia można zrozumieć.

To, co zrozumieć zdecydowanie trudniej, to fakt, że ponad dwa lata od podjęcia uchwały zaledwie kilka programów idzie mniej lub bardziej planowo. Na początku roku powinny się zacząć dostawy samolotów szkoleniowych AJT (program wart 1,5 mld zł), z kolei już zakończono dostawy pięciu kolejnych samolotów transportowych typu CASA (to m.in. tym typem statków nasi żołnierze latali do Afganistanu). Przy odrobinie dobrych chęci można uznać, że nie najgorzej mają się programy rakietowe i artyleryjskie, i to mimo że zakup koreańskich podwozi do armatohaubicy Krab ma wielu krytyków (kilka tygodni temu produkt przeszedł pomyślnie pierwsze testy). Z kolei umowa na program Homar (wyrzutnie dalekiego zasięgu mogące razić cele odległe nawet o 300 km) powinna zostać podpisana w najbliższych miesiącach, a dostawy mają się zacząć w 2018 r.

Wydaje się jednak, że omawianie reszty programów modernizacyjnych to niczym chodzenie po polu minowym. Zacznijmy od tego najbardziej głośnego w ostatnich miesiącach, czyli przetargu na śmigłowce wielozadaniowe. W kwietniu prezydent Bronisław Komorowski ogłosił, że do testów przejdą francuskie caracale. Na początku września resort obrony ostatecznie zakończył negocjacje z Airbusem (cena netto to 10,9 mld zł), właśnie kończą się rozmowy dotyczące offsetu w Ministerstwie Gospodarki. Decyzję o tym, czy kontrakt zostanie podpisany, podejmie już nowy minister obrony Antoni Macierewicz, który na łamach DGP zapowiedział, że PiS na caracale się nie zgodzi. I choć na pewno znajdą się zarówno obrońcy, jak i przeciwnicy takiego posunięcia, to jedno jest pewne – na pewno opóźni ono pozyskanie śmigłowców wielozadaniowych.

Najbardziej kosztowną częścią PMT jest system obrony powietrznej, który został podzielony na programy Wisła (średniego zasięgu) i Narew (krótki zasięg). Ostatecznie zdecydowaliśmy się na rozmowy rząd – rząd z USA. Rozmawiamy obecnie o zakupie systemu Patriot. Projekt jest olbrzymi, tak więc problemów jest bez liku. Jedyne co wydaje się pewne, to fakt, że szanse na to, iż w ciągu 10 lat będziemy mieli sprawną tarczę, są iluzoryczne.

Kolejną miną jest „sztandarowy produkt polskiej zbrojeniówki”, czyli kołowe transportery opancerzone Rosomak. Choć w latach 2014–2019 mamy w sumie kupić 307 pojazdów, a pierwszych kilkadziesiąt sztuk jest gotowych, to problem leży w tym, że wojsko z nich nie korzysta. Z powodu braku decyzji o wyborze systemu łączności (projekt w rzeczywistości blokuje jeden generał) kilkadziesiąt sztuk praktycznie gotowych „rośków” spokojnie sobie stoi na parkingu i czeka na lepsze czasy. MON tłumaczy to chęcią wprowadzenia kompleksowego rozwiązania, ale w ten sposób transportery mogą tak rdzewieć jeszcze przez lata. I to mimo że resort już za nie zapłacił. Z kolei program pancerny to prawie 10 mld zł. Dotychczas udało się kupić od Niemiec czołgi Leopard 2A5. Kolejne wydatki mają być na przeznaczone na zakup wozu wsparcia bojowego Gepard oraz bojowego wozu piechoty Borsuk.

– Problem w tym, że na razie te wozy są tworzone, trwają prace rozwojowe w polskim przemyśle. Szanse na to, że do końca 2022 r. zostanie wdrożona produkcja seryjna, są minimalne, tych zakupów nie da się w tym okresie zrealizować. Dlatego program pancerny można traktować jako mocno przeszacowany, stąd będzie można przesuwać środki na inne zakupy – ocenia Tomasz Dmitruk, analityk ds. bezpieczeństwa z „Dziennika Zbrojnego”.

Nieco inaczej sprawa wygląda w marynarce. Tu w ostatnich latach udało się wreszcie zakończyć budowę Gawrona, który w procesie budowy przeistoczył się w okręt patrolowy Ślązak. Do służby jednostka wejdzie w drugiej połowie przyszłego roku (wciąż trwa wyposażanie). W podobnym terminie armii zacznie służyć zwodowany w październiku niszczyciel min Kormoran II. Jednak nawet on nie pomoże rozbrojeniu miny, jaką stał się program „Orka”, czyli zakup okrętów podwodnych. Po dwóch latach prowadzenia postępowania MON zmieniło zdanie i postanowiło, że jednostki powinny być wyposażone w pociski manewrujące. Decyzja wydaje się jak najbardziej uzasadniona. Problemem jest to, że procedura biurokratyczna zostanie wydłużona, co najmniej rok. Pogłoski dochodzące z nowego obozu rządzącego wskazują, że to już wcale nie okręty niemieckie są faworytami tego wyścigu. Tak czy inaczej, trudno oczekiwać, by nowe okręty podwodne marynarka zaczęła wykorzystywać przed rokiem 2024.

Pełne zwrotów akcji jest także postępowanie na bezzałogowe statki powietrzne, np. program Gryf. Termin ostatecznych rozstrzygnięć jest wciąż przesuwany. W sierpniu w reakcji na ogłoszenie przymierza polskiego producenta dronów WB Electronics z koncernem Thales MON zdecydowało o tym, że zamówienie trafi do polskich firm (swój produkt proponuje również Polska Grupa Zbrojeniowa do spółki z Elbitem). Z kolei bezzałogowe statki powietrzne klas MALE mają być kupowane w trybie zakupu międzyrządowego. Jednak także tutaj trudno przewidywać zakończenie całego procesu w najbliższym czasie.

Można by wymienić jeszcze kilka przykładów tego, że polska modernizacja to poruszanie się po polu minowym, jednak przed nami prawdziwy rów przeciwczołgowy, w którym można utknąć, czyli wątek finansowy. Zakładając, że resort obrony zrealizuje tegoroczny budżet modernizacyjny, to w sumie na 14 programów modernizacyjnych zostanie wydane 10 mld zł przez trzy lata. Patrząc na wspominaną uchwałę rządu, do wydania zostanie jeszcze ponad 80 mld zł przez siedem lat. Wychodzi, że co miesiąc powinniśmy wydawać na nowy sprzęt wojskowy prawie 1 mld zł. Takie założenie jest mało realne z kilku powodów. Po pierwsze, jak na razie nie potrafimy podpisać takiej liczby umów, by faktycznie wydawać te pieniądze. I choć program modernizacji zaczął już trzeci rok, to nie widać, by nagle finalizowanie kontraktów radykalnie przyspieszyło. W dużej mierze winę ponoszą za to politycy, którym w niektórych programach brakuje konsekwencji i potrafią wywrócić do góry nogami projekt, który jest już zaawansowany, co oznacza powrót na początek. Niemniej jednak biurokracja MON i Inspektoratu Uzbrojenia oraz strach przed podejmowaniem decyzji także mają tu swoje znaczenie. Drugą kwestią jest to, że bez radykalnego zwiększenia budżetu resort nie będzie w stanie wydawać takich pieniędzy. Zgodnie z planem budżetu na 2016 r. na wszystkie wydatki majątkowe ma wynieść niecałe 30 proc. budżetu (warto pamiętać, że 50 proc. MON wydaje na pensje, renty oraz emerytury żołnierzy). W zaokrągleniu można powiedzieć, że będzie to ok. 10 mld zł. Jednak jest to kwota wydawana na wszystkie wydatki majątkowe, również remonty budynków czy sprzętu nieuwzględnionego w 14 programach operacyjnych.

– Warto zwrócić uwagę, że wydawane kwoty są mniejsze niż maksymalne pułapy zapisane w uchwale. To potwierdza, że jest zbyt mało rozstrzygniętych postępowań, by te środki wydatkować – stwierdza Tomasz Dmitruk, analityk ds. bezpieczeństwa z „Dziennika Zbrojnego”. – W porównaniu z poprzednimi programami zakupowymi na pewno lepsze jest to, że mamy więcej pieniędzy. Takie programy muszą trwać, tak też było w przeszłości. Pocieszające jest to, że w tej chwili podejście jest bardziej systematyczne i w większości programów konsekwentne.

W przyszłym roku czeka nas przegląd program modernizacji technicznej, którego będzie dokonywać już nowy rząd. Warto pamiętać, że saper myli się tylko raz.