Jednolity podatek powszechny nie oznacza zmiany systemu emerytalnego. Nasze składki wciąż będą wpływać na indywidualne konta w ZUS. Tyle że będzie je przekazywał budżet, a nie pracodawca. Nowy podatek ma zastąpić płacony dziś podatek PIT oraz składki na ubezpieczenia społeczne. Resort finansów zapewnia jednak, że jeśli chodzi o składkę trafiającą do ZUS, nie odczujemy zmiany. – Podstawa obliczania byłaby nowa, ale procenty zostałyby tak przeliczone, by wychodziło na to samo – zapewnia wiceminister finansów Artur Radziwiłł.

Czyli system nadal będzie działał według zasady zdefiniowanej składki. Co więcej, ZUS nadal może przekazywać składki części ubezpieczonych do OFE. Ale pytań, co dalej, jest sporo. Obecna składka emerytalna wynosi 19,52 proc., czyli w przypadku osób płacących nową najniższą stawkę podatku (10 proc.) budżet faktycznie dopłacałby do ich kont tak, jak dziś dopłaca do minimalnych emerytur. Zmiana płatnika składek z pracodawcy na budżet, mimo zachowania systemu zdefiniowanej składki, pozwala jednak w przyszłości łatwo zmienić system emerytalny.

Najmniejszy wpływ zmiany miałyby na wydatki na zdrowie. Podobnie jak w przypadku emerytur płatnikiem składki staje się budżet. W systemie składki zdrowotnej, w przeciwieństwie do emerytalnego, nie ma zależności między wysokością płaconej składki a wysokością świadczenia. Każdy ma z mocy prawa identyczny dostęp do świadczeń zdrowotnych, często nawet wówczas, gdy nie płaci składki, a ma tzw. tytuł, jak niepracujący małżonkowie osób ubezpieczonych, ich dzieci itp. Z tego punktu widzenia wprowadzenie jednolitego podatku może tylko system uprościć.

Jeśli zaś wpływy NFZ nie będą zależały od składki, będzie je można zwiększyć z budżetu. W Polsce należą one do najniższych w UE w przeliczeniu na procent PKB. Dziś wydatki można podnieść, tylko podwyższając składkę zdrowotną, ale to albo ruch zwiększający koszty pracy, albo obejmujący taką podwyżkę ulgą podatkową, co zmniejsza wpływy do budżetu. Ten pierwszy ruch byłby w dodatku niepopularny politycznie. Podobnie jak w przypadku systemu emerytalnego, na dłuższą metę taka reforma może służyć fundamentalnym zmianom w publicznej ochronie zdrowia, np. postulowanemu przez PiS przejściu na system budżetowy.

Nowy system nie obejmie za to umów o dzieło i działalności gospodarczej osób fizycznych. Osoby prowadzące działalność gospodarczą nadal będą płaciły PIT według dwóch stawek 18 proc. i 32 proc. lub stawki liniowej 19 proc. Podobnie jak dziś, płaciłyby zryczałtowaną składkę na ubezpieczenia społeczne od 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Z kolei w przypadku umów o dzieło składka nie jest opłacana, chyba że są one zawierane z pracodawcą, u którego podatnik ma etat. I – jak wynika z wyjaśnień autorów pomysłu – to także by się nie zmieniło.

W praktyce oznacza to, że te rodzaje umów staną się enklawą, w której przetrwa obecny PIT. Ujednoliconym podatkiem mają być natomiast objęte umowy-zlecenia. Zresztą od 1 stycznia ten rodzaj umów będzie objęty składką na ZUS do wysokości minimalnej płacy i są plany, by konsekwentnie zwiększać to obciążenie. Więc i tak konkurencyjność tego typu umów wobec etatów nie utrzymałaby się długo. W zamian ma zostać wprowadzony tzw. jednolity kontrakt, w którym niektóre uprawnienia pracownicze będą nabywane nieco wolniej niż dziś.

Zastąpienie trzech różnych danin jednolitym podatkiem powszechnym ma oznaczać jednocześnie likwidację ulg i zwolnień podatkowych w formie, w jakiej znamy je dzisiaj. W sumie można szacować, że odliczenia od dochodu i od podatku to ubytek rzędu 10–11 mld zł rocznie. Największy koszt to ulga na dzieci i tzw. kredyt podatkowy, jaki się z nią wiąże. Według wstępnych danych Polacy odliczyli od podatku około 5,7 mld zł ulgi na dzieci. Tym, którym nie starczyło PIT, by skorzystać z ulgi w pełni, państwo dopłaciło 1,5 mld zł. W sumie więc podatkowe wsparcie podatników z dziećmi kosztowało ponad 7 mld zł. I tej wielkości kwota zostanie w budżecie po wprowadzeniu nowego systemu.

Jeśli Ministerstwo Finansów będzie konsekwentne, powinna też zniknąć ulga rehabilitacyjna. W 2013 roku (danych za 2014 rok jeszcze nie ma) ulgę odpisał od dochodu ponad 1 mln podatników, a w sumie kosztowała ona 2,2 mld zł. Był to drugi największy odpis po uldze na dzieci. Ze wstępnych informacji wynika też, że podatek powszechny oznacza rezygnację z kwoty wolnej od opodatkowania. Obecnie to roczny dochód na poziomie 3091 zł. Dzięki temu w kieszeniach podatników rocznie zostaje niemal 14 mld zł. Wprowadzenie podatku powszechnego miałoby się też wiązać z likwidacją kosztów uzyskania przychodu. Ile zaoszczędzi na tym resort finansów, trudno dokładnie oszacować, bo dziś wielkość kosztów zależy np. od formy zatrudnienia. Dla pracowników etatowych, którzy nie muszą dojeżdżać do pracy, wynoszą one np. 1335 zł.

W propozycjach PO nadal jest jednak więcej pytań niż odpowiedzi. Nie do końca jest jasne, jaki udział w nowym podatku będą miały samorządy. W dzisiejszym systemie podatkowym tylko część kwot, które państwo uzyskuje z tytułu PIT, trafia do budżetu centralnego, a około 44 proc. wpływów jest przekazywanych samorządom. W 2014 roku gminy otrzymały w ten sposób około 14 mld zł, powiaty – 3,8 mld zł, miasta na prawach powiatu – 16,1 mld zł, zaś województwa – 1,1 mld zł. Samorządy nie ukrywają, że udział w podatku dochodowym to dla nich poważne źródło pieniędzy. Według danych z 2014 roku udział w PIT stanowił około 35,6 proc. ich dochodów.

Ministerstwo Finansów deklaruje, że na tym rozwiązaniu nikt nie powinien stracić. Ale dużym wyzwaniem może być dokładne skalibrowanie systemu tak, by samorządowcy wyszli po jego wprowadzeniu na zero. Bo przecież w nowym podatku będą schowane opłaty na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne, a tego typu dochodami budżet nie będzie się dzielił. Kolejna sprawa: samorządy osiągają niezłe wyniki, jeśli zestawić ich bieżące dochody z bieżącymi wydatkami. W tym ujęciu w ubiegłym roku miały nawet niemałą nadwyżkę rzędu 16 mld zł. To może być jeden z argumentów za tym, by na nowo policzyć udziały lokalnych władz w podatku dochodowym.

Urząd kierowany przez Mateusza Szczurka zapewnia też, że wprowadzenie nowego podatku nie oznacza redukcji zatrudnienia w administracji. Swoje posady mieliby zachować urzędnicy skarbówki i ZUS. Zwłaszcza ci drudzy mają jednak prawo się obawiać o swoje zatrudnienie, bo piony odpowiadające za pobór składek teoretycznie stałyby się niepotrzebne. I aż się prosi, by dokonać tu cięć i zaoszczędzić na działaniu systemu. Ministerstwo nie zamierza jednak straszyć zwolnieniami i ma inny pomysł na zagospodarowanie kadr.

Resort finansów od dawna zabiega o utworzenie specjalnej agencji, która zajmowałaby się tylko zbieraniem dochodów do budżetu i zastąpiłaby część aparatu skarbowego odpowiedzialnego za pobór podatków oraz wydziały w ZUS, które dziś liczą składki. Minister Szczurek zapowiadał jej utworzenie już w 2014 roku. Wtedy szef resortu mówił o instytucji, która zbierałaby wszystkie daniny, a więc podatki i składki ubezpieczeniowe. Nowy urząd miałby działać na wzór włoskiej Agencji Podatkowej. Obarczenie zadaniem zbierania dochodów odrębnej instytucji ma przede wszystkim poprawić jakość obiegu informacji na temat płatników, a przez to zwiększyć efektywność poboru. W nowym systemie, gdzie technicznie płacono by tylko jeden podatek, miałaby ona ułatwione zadanie.

Minister finansów mówił wczoraj w RMF FM, że zmiana systemu składkowo-podatkowego może kosztować budżet 10,2 mld zł. O tyle mają się bowiem realnie zmniejszyć obciążenia podatkowe. – To będzie oznaczało oszczędności w innych dziedzinach. To będzie oznaczało, kto wie, zaciśnięcie pasa. I to jest element najdroższy, ale taki, na który warto wydać pieniądze – przekonywał Mateusz Szczurek.