Ci, którzy mają dzieci, ale zarabiają na tyle mało, że ich podatek nie wystarcza do wykorzystania pełnej ulgi, od tego roku mogą ją odliczyć od zapłaconych składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. W ten sposób rząd chciał wyeliminować główną wadę ulgi prorodzinnej – wcześniej w pełni mogli z niej skorzystać tylko podatnicy o najwyższych dochodach, którym naliczono wysoki podatek.

W wyliczeniach rządu „dopłata” do pełnej ulgi miała kosztować ok. 1,1 mld zł (szacowano, że skorzysta z niej około milion rodzin). Wyszło trochę drożej. Ze wstępnych danych, jakie uzyskaliśmy w izbach skarbowych, wynika, że na „dopłatę” do ulgi fiskus wydał 1,42 mld zł. Najwięcej przekazały urzędy skarbowe na Pomorzu – 183,3 mln zł. Tam też pojedyncza „dopłata” była największa (prawie 2400 zł). Na drugim biegunie znalazło się województwo lubelskie, gdzie średnie wyrównanie do ulgi na dzieci wyniosło niewiele ponad 640 zł.

Nie do końca sprawdziły się też szacunki liczby osób, które mogą skorzystać z nowego prawa, bo beneficjentów nowego systemu jest ponad 1,4 mln. Najwięcej – 212 tys. – na Mazowszu.

Zwiększyła się też kwota ulgi na dzieci odliczanej na starych zasadach. W sumie podatnicy odpisali sobie od podatku ok. 5,7 mld zł, czyli o 150 mln zł więcej niż rok wcześniej. To może być zasługa większych preferencji dla rodzin wielodzietnych: ulgi na trzecie i każde kolejne dziecko wzrosły średnio o 20 proc. w porównaniu z rokiem 2013.

Eksperci uważają, że nowy sposób liczenia ulgi na dzieci to przede wszystkim sposób na bieżące dofinansowanie najuboższych rodzin. Co do zrealizowania innych celów – jak wyciąganie zatrudnionych z szarej strefy czy zachęcanie do zwiększania liczby potomstwa – są bardziej ostrożni w ocenach.