Na razie decydenci w Pekinie mają powody do radości – wyjątkowe środki użyte do zastopowania dalszych spadków na chińskich giełdach zadziałały. W czwartek szanghajski parkiet zyskał 5,8 proc., a w piątek dalsze 4,6 proc., kończąc dzień na poziomie prawie 3,9 tys. pkt. Wcześniej, w trakcie niecałego miesiąca, indeks SSE Composite spadł z rekordowego poziomu 5178 pkt do ok. 3,5 tys.

Rządzący postanowili interweniować, bowiem hossa na szanghajskiej giełdzie odbywała się głównie za pożyczone pieniądze. Co gorsza, część z nich pochodziła z instrumentów finansowych mających na celu obejście obowiązujących regulacji i nie zawsze oferowanych osobom i instytucjom, które byłyby w stanie ponieść straty na wypadek nagłych tąpnięć kursów. Ponieważ nie sposób w takiej sytuacji przewidzieć konsekwencji efektu domina, Pekin postanowił dmuchać na zimne. Udana interwencja to oczywiście sukces ekipy rządzącej, ale też niejedyne ani nawet nie największe wyzwanie stojące przed ekipą Xi Jinpinga.

Fakt, że środowe załamanie na giełdzie nie ma bezpośredniego związku z kondycją chińskiej gospodarki, nie oznacza, że z tą ostatnią wszystko jest w porządku. Wręcz przeciwnie - są w niej problemy, które potencjalnie mogą się okazać znacznie bardziej niebezpieczne niż krach na giełdzie. Fundamentalny problem tkwi w samej strukturze chińskiej gospodarki, która w nieproporcjonalnie dużym stopniu była przez lata uzależniona od eksportu, a obecnie - od inwestycji, zaś zbyt małą rolę odgrywa popyt wewnętrzny. Wystarczy powiedzieć, że w USA odpowiada on za ok. 70 proc. PKB, a w Chinach ten udział szacowany jest na 35–40 proc.

Tymczasem w Chinach nie bardzo jest już w co inwestować. Wszystkie prowincje wybudowały sobie nowe lotniska, nowe mosty, drogi czy linie kolejowe, zatem przestaje to być motorem napędowym wzrostu. Na dodatek budowały, zaciągając wielkie kredyty. Chiny nie mają problemu z zadłużeniem rządu centralnego, bo to w zeszłym roku wynosiło 22,4 proc. i na dodatek spadało, ale z zadłużeniem prowincji, którego wielkości nikt nie jest w stanie nawet precyzyjnie podać. Według różnych szacunków wynosi ono nawet 60 proc. PKB.

Drugim problemem strukturalnym jest zdominowanie gospodarki przez wielkie firmy państwowe. To one mają łatwy dostęp do kredytów bankowych i one wygrywają wielkie przetargi na realizację wspomnianych inwestycji. Nie musiały się więc martwić o rentowność swojej działalności, bo do niedawna zawsze mogły liczyć na ratunek lokalnych władz. Dopiero na początku tego roku władze, zdając sobie sprawę z irracjonalności tego modelu, po raz pierwszy pozwoliły na bankructwo państwowej firmy, co ma zmusić zarządy reszty z nich do podejmowania bardziej odpowiedzialnych decyzji.

Efektem dominacji wielkich firm państwowych jest to, że małe i średnie przedsiębiorstwa - które stanowią podstawę zdrowych gospodarek - znajdują się w Chinach na marginesie. Nie mając szans na pożyczanie pieniędzy w normalny sposób, chcąc się rozwijać, zwracają się do parabanków. Według szacunków pieniądze pożycza tam - zwykle na bardzo wysoki procent - 57 proc. firm, a wartość całej szarej strefy szacowana jest na 68-90 proc. PKB. Jeśli się zsumuje zadłużenie władz centralnych, lokalnych i przedsiębiorstw, to zadłużenie Chin jest na poziomie nie ponad 20 proc. PKB, lecz ponad 200 proc.

Optymizmem nastraja fakt, że obecnie rządząca ekipa potrafi trafnie diagnozować sytuację gospodarczą i odpowiednio korygować swoją politykę. Dla przykładu: rząd nieprzypadkowo chciałby przestawić gospodarki z inwestycji na konsumpcję. W tym celu jednak trzeba było przekonać Chińczyków, że nie muszą aż tyle oszczędzać, bo państwo zapewni im podstawowe usługi, stąd inwestycje w opiekę społeczną, edukację, służbę zdrowia. To zdaje się działać: oszczędności gospodarstw domowych od kilku lat nie rosną.

Na korzyść Chin przemawiają również liczby. Zapowiadane przez prognozy 7 proc. wzrostu PKB mają się nijak do szaleńczego tempa 14 proc. sprzed kilku lat. Nie zmienia to jednak faktu, że w wartościach bezwzględnych wzrost PKB o 7 proc. będzie większy niż o 14 proc. kilka lat temu. Dodatkowo gospodarka przerzuca się na usługi; w 2014 r. odpowiadały one już za 48 proc. chińskiego PKB. Biorąc pod uwagę, że usługi są znacznie bardziej pracochłonne niż przemysł, mogą się one przedkładać na większą liczbę miejsc pracy nawet przy niższym wzroście gospodarczym. To właśnie ma miejsce w Chinach. Zgodnie z oficjalnymi komunikatami, w 2014 r. w kraju przybyło 13 mln miejsc pracy, czyli o 3 mln więcej, niż zakładał rząd. Do tego dochodzą dobre informacje z sektora małych przedsiębiorstw. Dzięki zmianom w przepisach w minionym roku w Chinach zarejestrowano 3,6 mln firm, czyli o połowę więcej niż w 2012 r.