Karol Belski wrócił do Polski po czterech latach pracy w Holandii, gdzie sadził orchidee w szklarni. - Zagranica zagranicą, kasa dobra, ale jednak postanowiliśmy razem z dziewczyną wrócić do Polski - mówi dziennik.pl 26-latek. Karol mieszka w Pomorskim, uczy się zaocznie w liceum. Doświadczenie zawodowe: sześć lat, w tym rok pracy w Szkocji - jako woźny w jednym z hoteli.

"Mierzę wyżej niż praca na linii"

- Bytów jest małą miejscowością i nie ma perspektyw dla osób z moim wykształceniem. Każdy wie że, jak pada pytanie o pracę, to daje się słyszeć: Pozostaje Drutex. Ale mierzę trochę wyżej niż praca na linii - zaczyna swoją opowieść. Pracy poszukał na własną rękę. Przejrzał setki stron internetowych, dziesiątki poradników i blogów, kilkaset godzin spędził przed monitorem i telefonem w ręku. W końcu znalazł. Postanowił zostać operatorem żurawia budowlanego. - Dziwne co? Jak to się ma do życia? Bytów i żurawie? Nijak, bo żurawia tutaj nie uświadczysz - dodaje.

Przekonały go zarobki - 16 zł brutto za godzinę i praca na wysokości. Karol lubi adrenalinę. Pracodawcę gotowego go zatrudnić znalazł w oddalonym od Bytowa o ponad 100 kilometrów Trójmieście. Widzieli się dwa-trzy razy. Podczas jednego z takich spotkań, Belski wszedł na metalową konstrukcję i przez kilka godzin rozmawiał z operatorem żurawia. Na koniec podpisał: porozumienie z pracodawcą - ten zatrudni go jak tylko mężczyzna skończy specjalistyczne szkolenie i pismo, z którym jako bezrobotny mógł się ubiegać o kurs z urzędu pracy.

A że pracodawca pilnie potrzebował ludzi, to Belski w pośredniaku zarejestrował się natychmiast. Ubłagał przy tym urzędniczkę o spotkanie nie za dwa tygodnie, ale już za tydzień. Kiedy doszło do rozmowy, musiał odpowiadać na kilkadziesiąt pytań, w tym np.: A nie zależy Panu przypadkiem tylko na ubezpieczeniu zdrowotnym?

Były też inne.

- Co zrobiłby Pan żeby znaleźć pracę?
- Ale ja już znalazłem pracodawcę.
- Proszę Pana, ja nie pytam Pana czy masz Pan pracę, tylko, co by Pan zrobił, żeby pracę znaleźć!!!???
- Ale już to zrobiłem.
- A więc, co by Pan zrobił żeby znaleźć pracę?

- Musiałem powiedzieć to, co urzędniczka chciała usłyszeć, żeby w ogóle przejść całą procedurę - skarży się nasz bohater. Po skończonej rozmowie z plikiem dokumentów - uzasadnienie, pismo od pracodawcy, wymagane formularze -  ostatecznie złożył wniosek o kurs. - Urząd pracy ma teraz 30 dni na podjęcie decyzji - usłyszał w odpowiedzi. Nie ukrywał, że był zaskoczony: Jak to 30 dni ?! Przecież mam prawie wszystko, żeby podjąć pracę. Brakuje tylko szkolenia.

"Dyrektor jeszcze nie rozważył wniosku"

Uznał, że nie zaszkodzi dzwonić raz lub dwa w tygodniu i spytać, czy jest już decyzja. Za każdym razem słyszał: Pan dyrektor jeszcze nie rozważył wniosku. Po dwóch tygodniach z kolei: Pan dyrektor pojechał na urlop.

- Ja na to, że chyba jest inna osoba, która w zastępstwie może podpisać dokumenty. Nie było. Tylko pan dyrektor, który będzie za tydzień, usłyszałem - przypomina sobie. Dyrektor po powrocie potrzebował kolejnych dwóch dni na rozpatrzenie wniosku. - Uzbroiłem się więc w cierpliwość, mimo "napastowania" ze strony pracodawcy: to kiedy zaczynamy, kiedy?

Ostatecznie przyszła odmowna odpowiedź.

- Weryfikacja pokazała, że zdyskredytowały go dwie rzeczy. Trzy razy nie stawił się na nasze wezwania. Poza tym już wcześniej wziął udział w organizowanym przez nas szkoleniu - tłumaczy Janusz Wiczkowski, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Bytowie.

Karol Belski: - Wyjeżdżałem w tym czasie zagranicę kilka razy, więc nie w głowie były mi papiery. Po drugie okazało się, że wyrejestrować mogłem się tylko osobiście. Rodzina nie mogła tego za mnie zrobić.

Wiczowski podkreśla, że w pierwszej kolejności pozytywnie rozpatrywane są wnioski tych, którzy mają nieskazitelną historię kontaktów z urzędem i wcześniej nie korzystali ze szkoleń.

W 2014 roku ze szkoleń indywidualnych Powiatowego Urzędu Pracy w Bytowie skorzystały 54 osoby.

"Średnio co dwa tygodnie dajemy ogłoszenie"

Właściciel firmy, która chce zatrudnić Belskiego nie ukrywa, że jest pod ścianą: - Cały czas czekamy, bo zapotrzebowanie na operatorów żurawi jest bardzo duże. To jedni z najbardziej poszukiwanych specjalistów, po tym jak większość z nich wyjechała zagranicę.

Alicja Jaworska, właścicielka SM Żurawie: - Średnio co dwa tygodnie dajemy ogłoszenie, że zatrudnimy operatora. Podajemy, że jest też możliwość przeszkolenia. Osób z uprawnieniami jest jak na lekarstwo. Tych, którzy chcieliby się szkolić średnio 12-20 miesięcznie.

I choć firma działa od zeszłego roku, to już w marcu popisała trzy zobowiązania z urzędem pracy w Gdyni. Dwie osoby już się szkolą, przy czym kurs zaczął się dopiero w maju.

- Opieszałość urzędów pracy jest niesamowita. Zapomniałem już, że takie dokumenty podpisałem, gdyby nie telefon jednej z osób: Właśnie rozpocząłem szkolenie - mówi właściciel trójmiejskiej firmy z tego sektora.

- Nie złamaliśmy prawa, a i złośliwego przeciąganie nie było - broni się Janusz Wiczkowski. Tłumaczy, że mają 30 dni na odpowiedź, a na fakt, że nie przyszła ona wcześniej złożyło się kilka czynników.  - Skomplikowana sprawa Karola Belskiego, a w ostatnich dniach także oczekiwanie na odpowiedz pracodawcy, bo możliwe było przeszkolenie grupowe - dodaje. 

Ostatecznie wniosek w tej sprawie nie wpłynął.

Bariera między pracą a urzędem

Belski nie zamierza się poddać. Już przygotował odwołanie i napisał skargę do starosty.

Zastanawia się też, czy nie wziąć pożyczki i samemu nie sfinansować kursu - koszt to około 4 tys. zł, choć są i szkolenia za około 2,5 tys. zł. - Czekam ponad miesiąc tylko po to, żeby się dowiedzieć się że i tak mi nie pomogą - nie kryje oburzenia.

- Sam znajduję pracodawcę, załatwiam wszystkie formalności i nie mogę w tym czasie podjąć innego zatrudnienia, bo wiąże się to z utratą statusu bezrobotnego, a co z tym idzie utratą możliwości starania się o kurs. Do dziś nie rozumiem, jak to możliwe, że barierą między mną a pracą jest urząd pracy? - kwituje.

CZYTAJ TEŻ: Protest pielęgniarek i położnych. Chcą podwyżek płac o 1500 zł >>>