Z gotówką w złotych natychmiast idą do kantoru, gdzie kupują tyle dolarów, ile tylko mogą. A potem wracają do siebie i wymieniają je z powrotem na hrywny. I tak zarabiają, bo na Ukrainie brakuje twardych walut. Hrywny wpłacają na rachunki w ukraińskich bankach i… znów przyjeżdżają do Polski.

Według informacji Dziennik.pl ten proceder spowodował, że w takich miastach jak Lublin czy Rzeszów, w kantorach trudno o dolary. W efekcie są tam one droższe niż w innych regionach kraju. W Lublinie, gdzie na jednej ulicy sąsiadują cztery kantory, w jednym w środę wczesnym popołudniem za dolara żądano 3,74 zł, ale w innym już 3,77 zł. Tam, gdzie pytaliśmy, słyszeliśmy, że o dolary jest „ciężko, bo ludzie szybko wykupują”.

- Faktycznie, popyt jest tam większy. Zasilamy kantory, którym brakuje dolarów. W tym celu musieliśmy nawet zorganizować dodatkowe transporty banknotów z zagranicy – mówi Andrzej Romanowicz, główny diler walutowy w Raiffeisen Polbanku. 

Spadek wartości dotyczy nie tylko ukraińskiej hrywny, ale i rosyjskiego rubla. Dla naszych banków ma to jednak pozytywne konsekwencje.

Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, mówił nam niedawno, że „sąsiedzi ze Wschodu są zainteresowani składaniem depozytów w polskich bankach”. Z naszych informacji wynika, że w niektórych przypadkach są to kwoty idące w miliony dolarów. Sąsiedzi ze Wschodu otwierają bowiem rachunki private banking – dla najbogatszych klientów, na które przelewają pieniądze ze swoich rachunków w Rosji czy na Ukrainie.