Zakup rafinerii w Możejkach przez Orlen był przez lata największą zagraniczną inwestycją polskiej firmy. Z czasem litewska akwizycja przestała być dumą, a stałą się kulą u nogi płockiej grupy. Teraz konieczne są radykalne rozwiązania. Możejki to jednak tylko jeden z przykładów niefortunnych zagranicznych inwestycji dokonanych przez spółki należące do Skarbu Państwa.

Biznesowym sukcesem kończy się średnio jedno przejęcie na trzy. Skarb Państwa byłby bardzo zadowolony, gdyby te statystyki dotyczyły również projektów, jakie realizują za granicą polskie państwowe spółki. Na razie lista to w zdecydowanej większości porażki.

W tył zwrot

Stawkę otwierają właśnie Możejki, inwestycja z silnym kontekstem politycznym. Przejęcie litewskiej rafinierii miało wzmocnić nasze bezpieczeństwo energetyczne. Dziś Orlen przygotowuje się do odwrotu, o czym zresztą coraz częściej przekonani są sami Litwini. Jak powiedział DGP doradca byłego premiera tego kraju Andriusa Kubiliusa Virginijus Valentinaviczius, to w Wilnie gorący temat. Związkowcy z Możejek szykują się na redukcje zatrudnienia.

– W skrajnym wariancie, jeśli Orlen całkowicie wycofałby się z Możejek, liczymy się z, nazwijmy to umownie, zniknięciem tego miasta. To jedyny i największy pracodawca w tym regionie. Przyznam jednak, że w taki scenariusz nie wierzę – mówi DGP Valentinaviczius. – Nie widać chętnego na rafinerię. Związkowcy proszą obecnego premiera, by wstawił się za nimi – dodaje.

Litewska inwestycja od początku była dla Orlenu pechowa. Najpierw pod koniec lipca 2006 r. rosyjski koncern Transnieft pod pretekstem awarii rurociągu odciął dostawy ropy do Możejek. Kilka tygodni później w rafinerii wybuchł pożar, w efekcie zawaliła się kolumna destylacji próżniowej, jedyna tego typu instalacja w zakładzie będąca jednocześnie jego sercem. Rafineria została czasowo unieruchomiona.

Zamknęli oczy na pecha

Wszystko to działo się, zanim płocki koncern podpisał ostateczną umowę zakupu litewskiej rafinerii, był zatem jeszcze czas, aby bez jakichkolwiek strat zrezygnować z inwestycji. Tak się jednak nie stało i pod koniec roku Orlen został formalnie właścicielem zakładu.

Po jakimś czasie uszkodzone elementy w rafinerii w Możejkach udało się odbudować, ale nie przerwało to pasma nieszczęść, jakie zawisły nad zakładem (jak trwające do dziś kłopoty z transportem kolejowym czy spory z litewskimi władzami, które od początku były do polskiego inwestora nastawione co najmniej z rezerwą). Co więcej, zakład od początku był w kiepskim stanie technicznym (złośliwi mówili nawet, że Orlen kupił najdroższy złom na świecie) i wymagał inwestycji. Ich wartość przekroczyła, jak się szacuje, 10 mld zł. Możejki są kulą u nogi grupy i obciążają skonsolidowany wynik finansowy płockiego koncernu. Za kilka dni dowiemy się, jaką stratę przyniosły w minionym kwartale.

Kule u nogi

Nic więc dziwnego, że coraz częściej mówi się, iż Orlen miałby sprzedać litewski zakład. Problem w tym, że nie widać chętnego, a nawet gdyby się taki znalazł, płocki koncern nie odzyskałby kwoty, jaką przez lata włożył w Możejki. Może się bowiem okazać, że wobec nadwyżki mocy rafineryjnych w Europie (w ostatnich latach zamknięto już kilka rafinerii) jedynym sposobem pozbycia się feralnego zakładu będzie oddanie go np. za symboliczne euro. Na taki układ mógłby przystać rząd w Wilnie, który – co przypominają analitycy – ma prawo pierwokupu rafinerii w Możejkach. Najbardziej prawdopodobne wydaje się radykalne obcięcie poziomu produkcji.

Dodajmy, że kupiony przed dekadą czeski Unipetrol również nie jest perłą w koronie Orlenu. I za południową granicą płocka grupa napotkała na niemałe problemy, w tym także z administracją. Kompletnym niewypałem okazała się inwestycja w koncesje poszukiwawcze na łotewskim szelfie Morza Bałtyckiego. Orlen wycofał się ostatecznie z tego projektu kilka miesięcy temu.

Inni nie mądrzejsi

Zagraniczne złoża były również marzeniem KGHM. W 1997 r. koncern kupił prawa do eksploatacji złoża miedzi i kobaltu w Demokratycznej Republice Konga. Inwestycja miała w ciągu kilkunastu miesięcy zacząć przynosić spore zyski. Plan jednak nie wypalił. KGHM zainwestował w projekt kilkadziesiąt milionów dolarów i po kilkunastu latach ostatecznie wycofał się z niego. Okazało się, że choć może wydobywać rudę, nie miał technologii, która umożliwiałaby jej przerób.

Nie można się dziwić, że gdy przed dwoma laty na horyzoncie pojawił się kolejny pomysł na zagraniczną akwizycję KGHM, większościowy właściciel firmy, czyli Skarb Państwa – jak się powszechnie uważa – był nastawiony sceptycznie.

Ostatecznie jednak szefom spółki udało się przekonać resort. W 2012 r. KGHM kupił więc za 2,8 mld dol. kanadyjską spółkę Quadra FNX (obecnie KGHM International) i transakcja ta stała się największą zagraniczną inwestycją zrealizowaną przez polską firmę (miedziowy koncern odebrał w ten sposób palmę pierwszeństwa Orlenowi, który za Możejki zapłacił 2,34 mld dol.). Wraz z kanadyjską firmą KGHM kupił złoża na obu amerykańskich kontynentach, w tym najważniejszy projekt Sierra Gorda w Chile.

Jednak nie wszystko układało się tak, jak oczekiwano. W 2009 r. wydatki konieczne na uruchomienie wydobycia w Sierra Gorda szacowano na 2,9 mld dol., później na miliard więcej. Teraz prezes KGHM Herbert Wirth, który kupował Quadrę, mówi, że ma to być ok. 4 mld dol., jednak wcale nie jest powiedziane, że na tym się skończy. – Prawdopodobieństwo, że koszty nie wzrosną istotnie, jest duże. Ale jaka to będzie kwota, dopiero zobaczymy – mówił nam niedawno Wirth.

W Chile wszystko jakby sprzysięgło się przeciwko KGHM. Rząd chilijski zaostrzył prawo co do wymaganych zabezpieczeń w przypadku wstrząsów tektonicznych, wzrosły ceny surowców i materiałów, np. betonu i stali, a także robocizny (nawet o 100 proc. w ciągu czterech lat).

Pojawiają się też kolejne kłopoty, jak choćby niekorzystne dla KGHM wyroki sądowe, które uniemożliwiają transport kolejowy rudy do portu nad oceanem. Firma przekonuje jednak, że to marginalne problemy, a inwestycja będzie opłacalna. Mimo to pojawiają się już głosy, że za rosnące koszty prezes Wirth zapłaci ostatecznie stanowiskiem.

Dywersyfikować!

O jeszcze większym pechu niż KGHM może mówić Grupa Lotos, która przed laty zainwestowała w projekt poszukiwawczo-wydobywczy Yme na Morzu Północnym. Kupiła co prawda tylko 10 proc. tego przedsięwzięcia, ale i tak inwestycja kosztowała spółkę łącznie kilkaset milionów dolarów (w przeliczeniu 1,7 mld zł). Okazało się, że z powodu kłopotów technicznych i technologicznych termin rozpoczęcia wydobycia trzeba było kilkakrotnie przesuwać po to, by ostatecznie projekt zatrzymać. Zabrakło dywersyfikacji, która jest wręcz niezbędna w przypadku tak ryzykownych przedsięwzięć, jak poszukiwanie ropy i gazu. Doświadczone firmy zawsze inwestują jednocześnie w kilka różnych projektów, bo wtedy szansa sukcesu jest większa. Grupa Lotos tak nie zrobiła i dlatego zaangażowanie w Yme było dla niej tak bolesne (w ramach odszkodowania firma otrzymała ok. 300 mln zł).

Z części przedsięwzięć poszukiwawczo-wydobywczych musiał się też wycofać koncern PGNiG. I on może mówić o pechu, bowiem projekty w Libii i w Egipcie zostały zatrzymane z powodów niezależnych od koncernu – na fali protestów politycznych nazwanych Arabską Wiosną. Nie bez znaczenia były i negatywne wyniki poszukiwań i małe szanse na odkrycie złóż.

Pechowe były też zagraniczne inwestycje Ciechu. Chemiczna grupa kupiła w 2006 r. za 9,2 mln euro (wówczas około 35 mln zł) rumuńską firmę sodową Govora. O tym, jak polska firma była gotowa do tego przejęcia, niech świadczy fakt, że jej menedżerowie długo nie zdawali sobie nawet sprawy z tego, że Govora jest notowana na giełdzie w Bukareszcie.

Będący w bardzo złym stanie technicznym zakład wymagał ciągłych remontów i polski inwestor musiał wyłożył na nie oraz na rozbudowę mocy produkcyjnych 40 mln euro. Govora od początku była przedsięwzięciem rodzącym same problemy: proces produkcji, obowiązujący model sprzedaży sody, system wynagrodzeń, spory z pracownikami itd. W efekcie inwestycja ciążyła więc na wynikach Ciechu. Inny zagraniczny zakup Ciechu – niemiecka firma Sodawerk – również nie okazały się strzałem w dziesiątkę. Po pierwsze, inwestor przepłacił za tę spółkę, a po drugie, z powodu niekorzystnych dla siebie zapisów w umowach przez dłuższy czas dokładał do tego projektu. Sprawą zajęła się nawet prokuratura.

Poskromić ambicje

– Czasami mam wrażenie, że o polskich inwestycjach zagranicznych decydują tylko ambicje politycznie mianowanych menedżerów i chłopacka chęć wykazania się akwizycją zagraniczną dla sławy towarzyskiej – podsumowuje w rozmowie z DGP Janusz Wiśniewski, wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej.

Na horyzoncie rysują się kolejne potencjalne transakcje, jakie miałyby być udziałem spółek kontrolowanych przez Skarb Państwa. Jeden z przykładów to Giełda Papierów Wartościowych, która planuje przejąć środkowoeuropejską grupę giełd (CEE SEG) z Wiedniem na czele.