Miedziowa spółka jest jednak przygotowana na alternatywne warianty.

– Nie wyolbrzymiałbym tego problemu. Chile ma inne porty, jak chociażby Mejillones. Nie ma obaw, że koncentrat z Sierra Gorda w ogóle nie będzie transportowany – zapewnia Dariusz Wyborski, rzecznik prasowy KGHM.

Uspokaja, że zastępcze rozwiązanie nie będzie dużo droższe od pierwotnie planowanego. Pochłonie dodatkowo najwyżej 10 mln dol. – i to przez dziesięć lat. Niewiele w stosunku do poniesionych nakładów, które już po korektach szacowane są na 3,9 mld dol., czy wobec spodziewanych obrotów. Już od 2015 r. w kopalni Sierra Gorda ma być wydobywane 110 tys. ton surowca, co nawet przy dzisiejszej jego cenie wynoszącej 6,8 tys. dol. daje około 750 mln dol. przychodu rocznie. Wyborski zapewnia, że prace w kopalni idą zgodnie z harmonogramem i obecnie zaawansowanie projektu sięga blisko 97 proc.

Jednak analitycy przypominają, że byłaby to kolejna korekta finansowa przy największej zagranicznej inwestycji polskiej spółki w historii. Przed rokiem okazało się, że nakłady na uruchomienie projektu wyniosą nie 2,6 mld dol., ale 3,9 mld, o 35 proc. więcej, niż zakładano.

– Choć zarząd KGHM zapewnia, że pojawiające się przeszkody nie mają większego znaczenia, to z naszego punktu widzenia wszystkie problemy związane z tym projektem są istotne – ocenia Tomasz Duda, analityk z Erste Group. I przypomina, że KGHM inwestował w Chile, gdy sytuacja na rynku miedzi była lepsza. – Teraz warunki się pogorszyły i chilijskie przedsięwzięcie też wygląda gorzej. Ratują je wysokie ceny molibdenu, który też ma być tam wydobywany, oraz 20-proc. osłabienie chilijskiego peso w stosunku do dolara. Ale to czynniki zewnętrzne – dodaje.

KGHM zakłada, że w tym roku cena tony miedzi przekroczy 7 tys. dol. W takich warunkach projekt jest naprawdę rentowny.

– Jednak według nas przy rekordowym wzroście podaży miedzi, z jakim mamy do czynienia, i przy niewielkim zwiększaniu się popytu potencjał wzrostowy cen jest niewielki. Nasz bazowy scenariusz to rynek nadpodaży miedzi, a wówczas ceny mogą spaść nawet w okolice 6 tys. dol. W tych warunkach zyski z projektu byłyby oczywiście niższe – mówi Duda.

Podobnie sprawę widzi Piotr Zielonka, analityk Ipopema Securities. – Mam inne zdanie co do cen surowca niż zarząd KGHM. Rynek jest wciąż w trendzie spadkowym, co może jeszcze potrwać trzy, cztery lata – wyjaśnia analityk.

Sprawa KGHM w Chile do złudzenia przypomina problemy Orlenu w Możejkach. Orlen Lietuva, jako litewska firma, od lat płaci za przewozy kolejowe ok. 30 proc. więcej niż konkurenci z zagranicy, np. z Białorusi. Nie posiada też żadnej alternatywy co do transportu paliw z rafinerii, ponieważ spółka Lietuvos Geležinkeliai ma monopol na rynku litewskim. W przeszłości Orlen Lietuva korzystała z usług kolei łotewskich, jednak po zdemontowaniu przez Litwinów w 2008 r. 19-kilometrowego odcinka torów w kierunku Renge szlak ten jest niedostępny. Strona litewska mimo licznych obietnic nie wykonała żadnych prac związanych z odbudową torów do granicy łotewskiej. Wczoraj PKN Orlen ujawnił, że rozstrzygnięć w tym zakresie nie przyniosło kolejne spotkanie przedstawicieli Orlen Lietuva z przedstawicielami państwowych kolei litewskich.

– Nie przedstawiono propozycji współpracy, które wyeliminowałyby dyskryminacyjną strukturę taryf stosowanych wobec Orlen Lietuva. Obecnie to właśnie wysokie koszty logistyczne są jednym z ważniejszych czynników przyczyniających się do strat Orlen Lietuva – podała spółka.