11 listopada 1947 r. w Izbie Lordów Winston Churchill powiedział: „Demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu’’. Wydaje się, że podobnie jest z gospodarką rynkową, do której my, Polacy, tęskniliśmy przez 45 lat komunizmu, a potem budowaliśmy ją z neofickim zapałem stachanowców, w pocie czoła, bez względu na koszty – by dorobić się jak najszybciej. Wciąż jesteśmy przekonani, że kapitalizm to droga jedyna, a mity o drodze trzeciej można między bajki włożyć. Ale z realnego zapału lat 90. wiele nam już nie pozostało. Jak w starym małżeństwie – euforię zastąpiło przyzwyczajenie, entuzjazm – potrzeba świętego spokoju. A świetlane perspektywy – wygodnictwo.

– U progu transformacji systemowej wielu Polakom marzył się kapitalizm w wydaniu brytyjskim, niemieckim czy amerykańskim, przy czym pamiętajmy, że rozwinięty Zachód na swoją pozycję pracował przez kilkaset lat, a u nas co chwilę były jakieś zawieruchy utrudniające rozwój. Różnica między oczekiwaniami – gospodarka rynkowa uchodziła za przepustkę do wielkiego dobrobytu – a realiami – wielki dobrobyt powstaje przez pokolenia, podobnie jak dobre instytucje kapitalizmu – wywołała rozczarowanie. Dzisiaj zbieramy jego plony – tłumaczy Jarosław Makowski, szef Instytutu Obywatelskiego.

Entuzjazm topnieje

Paradoksalnie szczyt naszej niechęci do wolnego rynku w rodzimym wydaniu przypada dzisiaj, kiedy od siedmiu lat Polską kieruje rząd, który, przynajmniej na poziomie deklaratywnym, miał być najbardziej prorynkowym i proprzedsiębiorczym ze wszystkich rządzących krajem dotychczas.

Potwierdza to badanie CBOS z marca 2014 r. („Polacy o gospodarce wolnorynkowej” przeprowadzone metodą wywiadów bezpośrednich face-to-face wspomaganych komputerowo w dniach 6–12 lutego 2014 r. na liczącej 1020 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski). Według pracowni w styczniu 1991 r., na początku przemian gospodarczych, trzy czwarte badanych (73 proc.) popierało „próby stworzenia w Polsce gospodarki wolnorynkowej na wzór zachodni”. W 2000 r. już tylko dwie piąte Polaków (41 proc.) uważało, że jest to najlepszy system gospodarczy dla naszego kraju. Z jeszcze mniejszym entuzjazmem ankietowani wypowiadali się na ten temat w 2006 r. (za najlepszy uznało go wówczas 35 proc. ogółu).

Obecnie jeden Polak na trzech twierdzi, że gospodarka rynkowa w naszym kraju zupełnie się nie sprawdziła. Co więcej, pięć lat temu niemal połowa z nas (48 proc.) była zadowolona ze sposobu funkcjonowania rynku w Polsce, a obecnie liczba zadowolonych jest znacznie mniejsza (37 proc.). Dezaprobatę wyraża natomiast większość ankietowanych (52 proc.).

Dominuje wśród nas przekonanie, że gospodarka rynkowa jest przede wszystkim szansą bogacenia się dla nielicznych (79 proc.). Tylko co ósmy Polak (12 proc.) jest zdania, że dzięki niej wzrasta stopa życiowa i wszyscy stają się bogatsi.

W porównaniu z 2009 r. zwiększyła się liczba respondentów przekonanych o wzroście nierówności dochodów. Na zadane wtedy pytanie: „Czy w wyniku zmian gospodarczych w Polsce zapoczątkowanych w 1989 r. zdaniem pani(a) wszyscy stali się zamożniejsi”, twierdząco odpowiedziało 22 proc. z nas. W 2014 r. już tylko 12 proc. Teraz niemal 80 proc. jest zdania, że jedynie mała grupa wybrańców ma szanse na zgromadzenie majątku, a większość społeczeństwa, bez względu na czasy, pozostaje uboga. Od 2009 r. odsetek tych odpowiedzi urósł o 10 pkt proc.

Choć w społecznym odbiorze z kształtem naszej rynkowej rzeczywistości badanym kojarzą się częściej dobre wartości, to jednak nie da się zbagatelizować tych złych. Z gospodarką opartą na prywatnej przedsiębiorczości badani najsilniej kojarzą zysk (71 proc.), postęp techniczny (69 proc.), wolność (60 proc.), wydajność (59 proc.) oraz dobrobyt (58 proc.). Ale z drugiej strony również egoizm (52 proc.), korupcję (48 proc.) i brak równości (46 proc.). Ponad połowa z nas (56 proc.) uważa, że na początku przemian ustrojowych firmy zakładali przede wszystkim ci, którzy mieli powiązania i znajomości w różnych instytucjach, głównie publicznych. Dzisiaj aż dwie piąte (39 proc.) wciąż jest o tym przekonane, a tylko niespełna jedna trzecia (31 proc.) sądzi, że był to okres dający możliwości rozwoju ludziom przedsiębiorczym, z dobrymi pomysłami na biznes.

– Polacy są obecnie bardziej sceptyczni niż pięć lat temu w ocenie korzyści, jakie naszemu krajowi przynosi gospodarka rynkowa. W pewnej mierze wynika to ze wzrostu niezadowolenia z funkcjonowania w Polsce tego systemu gospodarczego – wyjaśnia Katarzyna Kowalczuk z CBOS.

Rozbudzone apetyty

Zdaniem Jarosława Makowskiego z Instytutu Obywatelskiego postępujący dynamicznie spadek korzystnych ocen na temat kształtu gospodarki rynkowej jest przede wszystkim efektem dysonansu między aspiracjami konsumpcyjnymi obywateli a zasobnością ich portfeli.

– Gospodarka rynkowa ma to do siebie, że silnie rozbudza apetyty, przy czym w Polsce ten efekt mogą wzmacniać dodatkowo porównania poziomu życia między nami a krajami dojrzałej gospodarki rynkowej. Polska przez ostatnie ćwierć wieku nie potrafiła uporać się z takimi problemami strukturalnymi jak wysokie bezrobocie czy niska innowacyjność, która przekłada się ujemnie na ogólny poziom płac w gospodarce. Także przez to po ćwierćwieczu transformacji część Polaków czuje się zmęczona wyrzeczeniami, które wiążą się z budową od podstaw gospodarki rynkowej – tłumaczy Makowski.

– Będzie jeszcze gorzej, bo jedynie słuszną doktryną obowiązującą dzisiaj w polskiej gospodarce jest neoliberalizm. Platforma Obywatelska hołduje mu w sposób bezwarunkowy, co objawia się m.in. promocją kapitału zagranicznego w procesach prywatyzacyjnych. Dzieje się to kosztem kapitału polskiego i ogólnych polskich interesów ekonomicznych – stawia diagnozę prof. Kazimierz Kik, dyrektor Instytutu Nauk Politycznych na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach. Profesor Kik przekonuje, że dopóki w Polsce będzie utrzymywać się zwichrowana hierarchia między kapitałem i wartością pracy, czyli między interesami wielkiego biznesu a potrzebami pracowników niemających szans w starciu z nim, dopóty skala ocen polskiej rzeczywistości gospodarczej będzie przechylona w stronę negatywną. Celem biznesu, zdaniem profesora, szczególnie zagranicznego, jest maksymalizacja zysków, a z tym wiążą się często negatywne konsekwencje dla zatrudnionych: spadek dochodów przeciętnego Polaka czy znaczne ograniczenie możliwości zatrudniania na umowy o pracę i stawianie na inne, mniej chroniące interesy pracujących formy, w tym umowy-zlecenia i o dzieło.

– Wszystkie rządy po 1989 r. różniły się właściwie w tej kwestii tylko tym, że z różnym nasileniem specjalizowały się w rozbudowie strategii rezygnacji z aktywności państwa w gospodarce. Przeciwnie niż Niemcy, my o narodowych czempionach potrafimy jedynie mówić, nasi sąsiedzi nie tylko ich mają, ale efektywnie promują ich interesy, bo to pozwala na zachowanie państwowej kontroli nad ekonomiczną rzeczywistością, co tylko dla neoliberałów jest herezją – wskazuje prof. Kik.

Jarosław Makowski potwierdza, że gospodarka rynkowa w Polsce stała się rzeczywiście obficie liberalna. Jednym z objawów tego zjawiska jest ciążenie rynku pracy w stronę większej elastyczności, co przekłada się na obniżenie odczuwanego przez społeczeństwo poziomu bezpieczeństwa zatrudnienia.

Nie bez znaczenia dla wystudzenia naszego entuzjazmu wolnorynkowego może być również światowy kryzys gospodarczy, który rozpoczął się w 2008 r., a do nas dotarł rok później i trwa w jakimś stopniu – także mentalnym – do dzisiaj. Przez ostatnie sześć lat dobitnie okazało się, że działanie gospodarki rynkowej nie zawsze jest wolne od wstrząsów, co mogło być niespodzianką tym większą, że w świecie zachodnim okres około 20 lat przed kryzysem należał do wyjątkowo stabilnych z punktu widzenia rozwoju. Takie zjawiska jak wzrost bezrobocia czy kulejące finanse publiczne z pewnością nie pozostały bez wpływu na postrzeganie funkcjonowania gospodarki w Polsce.

– Wśród małych przedsiębiorców rośnie potrzeba większej aktywności państwa. Jest to wynik tego, że na wolnym rynku, co dobitnie uświadamiają sobie dziś Polacy, wygrywają globalne korporacje. Wolny rynek okazuje się wolny dla dużych, małych po prostu niszczy. Dlatego spodziewam się, że w Polsce będzie rosło poparcie dla etatyzmu. Dla wielu podmiotów dryfowanie państwa w tę stronę będzie oznaczało tylko dobre rzeczy – deklaruje Jarosław Makowski.

Potwory transformacji

A że etatyzm z zasady nie bywa zły, potwierdza dr Rafał Chwedoruk z Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zdaniem Europejczycy cieszą się bardziej ze swojego kapitalizmu niż my, ponieważ jest on mniej liberalny. W praktyce oznacza to, że wypracował już narzędzia balansu między interesami różnych grup społecznych ten system tworzących. Nie promują w żaden sposób wybranej z nich, a jeśli już, to państwo otacza skuteczniejszą opieką te strony, które siłą rzeczy są narażone na większe naciski, bo sytuują się na słabszych pozycjach. Zwykle są to pracownicy.

– Nasz kapitalizm tymczasem ugładził się od początku lat 90. paradoksalnie tylko trochę, w dużym stopniu drzemią w nim potwory transformacji. Duch czasów, kiedy zysk był Bogiem, a pracownik jedynie trybem w maszynie, wciąż jest silnie obecny. Wielu przedsiębiorców do dzisiaj schlebia tej zasadzie. Na szczęście w końcu znikną jak dinozaury, człowiek stanie się centrum biznesu, a zadowolenie z kształtu rynku na pewno radykalnie się zwiększy – przewiduje dr Chwedoruk.

Jeśli jeszcze dodatkowo na ewolucję polskiej rzeczywistości ekonomicznej nałoży się korzystny cykl koniunkturalny, którego pierwsze, ale już dość konkretne oznaki mamy (choćby w związku z danymi pokazującymi wpływy z VAT w ostatnich miesiącach przekraczającymi prognozy resortu finansów o ponad jedną trzecią), to siłą rzeczy postrzeganie naszego kapitalizmu musi stać się lepsze.

– Dzisiaj jego kulą u nogi są i problemy gospodarcze, i stosunkowo wysokie bezrobocie, i niskie płace. Wszystkie te objawy łączą się ze sobą, powodując rosnące rozwarstwienie. Za tę sytuację oczywiście w pewnym stopniu odpowiada obecny, uchodzący za prorynkowy rząd, ale również poprzednie gabinety, które nie były w stanie przez lata wypracować mechanizmów usprawniających działanie gospodarki i dających nam poczucie pełnej satysfakcji z przemian, jakie miały miejsce w 1989 r. – mówi dr Piotr Koryś z Instytutu Sobieskiego.

Czy jednak po politykach powinniśmy spodziewać się takich działań? Wiele wskazuje, że nie, bo w powszechnej opinii to skrajni dyletanci, zwykle dość mierni, pozbawieni nie tylko intelektualnej mocy, ale i intelektualnych podstaw osobnicy, mający realizować od punktu A do punktu B proste strategie partyjne, których celem jest przynoszenie korzyści w zasadzie jedynie im samym.

– Czego można się spodziewać po ludziach, którzy nie wystawili w życiu ani jednej faktury, nie prowadzili nawet mikroskopijnego biznesu, nie mają pojęcia o przedsiębiorczości? Zdecydowana większość polityków odpowiadających za kształt polskiego wolnego rynku zawsze pracowała u kogoś, na czyjś rachunek, nie ponosząc kompleksowej odpowiedzialności za własne decyzje. Czy takim ludziom można ufać, czy na tym, co mówią, można cokolwiek opierać, wyciągać wnioski? – pyta Marcin Roszkowski, przedsiębiorca, szef Instytutu Jagiellońskiego.

Pokolenie S

Skoro od polityków nie oczekujemy zachowań, które pomogą nam z optymizmem spojrzeć na polski rynek, to może tę misję będą w stanie przejąć pracodawcy? W dużym stopniu to właśnie oni od dawna realnie rządzą Polską, a im mniej przeszkadzają im w tym politycy, tym efekty wydają się lepsze. Tym bardziej że idzie klimat do zmian w nastawieniu. Kwietniowy sondaż Instytutu Badawczego Randstad i TNS wskazuje, że ponad 36 proc. firm spodziewa się poprawy sytuacji gospodarczej w ciągu najbliższych 6 miesięcy. W porównaniu z minionym kwartałem jest to zwiększenie liczby optymistów o ponad jedną trzecią, a w porównaniu z tym samym okresem ub.r. grupa ta jest ponad czterokrotnie większa. W rocznym zestawieniu spadł również odsetek firm prognozujących stagnację (z 57 proc. w lutym 2013 r. do 41 proc. obecnie) oraz recesję gospodarczą (z 24 proc. do 12 proc.).

Aby jednak optymizm przedsiębiorców przełożył się na poprawę nastrojów ogólnych, musi zostać spełnionych wiele warunków. Jednym z nich, zdaniem ekspertów, może stać się swego rodzaju kompleksowa umowa społeczna między zatrudniającymi i zatrudnionymi oparta np. na wzorcach wypracowanych przez amerykańskie pokolenie X i kontynuowanych – także obecnie – przez ich następców oznaczonych literą Y. X to pokolenie urodzonych w latach 1965–1977, które zdominowało firmy w latach 90. W ich przypadku, jak ocenia Wojciech Kurda, doradca biznesu z GFMP Management Consultants, nastąpiło znaczące odejście od tradycyjnych, czasem nieco dworskich kontaktów z pracodawcą opartych na relacjach, lojalności i zaufaniu, do bardziej krótkoterminowych, których celem jest jedynie wymiana korzyści. To pokolenie nie zgodziło się na wcześniejszy paternalistyczny typ układu z zatrudniającym, dążąc do większej niezależności. Według Bruce’a Tulgana, amerykańskiego eksperta ds. rynków pracy, kolejne pokolenie, które właśnie wchodzi na rynek w USA (urodzeni w latach 1978–1986), czyli „igreki”, w jeszcze większym stopniu podąży ku niezależności.

– Nowi pracownicy będą jeszcze mniej skłonni wiązać się na długi okres, będą słabiej identyfikować się z firmą (ale silnie ze swoim zespołem) i traktować pracę jako możliwość zdobycia doświadczeń i umiejętności potrzebnych im do znalezienia lepszej oferty, dającej sposobność jeszcze szybszego rozwoju. Pracodawcy będą mogli natomiast liczyć na pełne zaangażowanie i ambicję tych osób – przewiduje Wojciech Kurda.

Być może, gdyby do tej pracowniczej rewolucji doszło również w Polsce, co na razie pozostaje jedynie w sferze marzeń, mogłaby ona stać się wstępem do zmiany nastawienia do polskiej rzeczywistości rynkowej. Tylko że to już chyba zadanie dla naszych dzieci. Jakie to będzie pokolenie? Może S – jak szczęście?