Paweł Szewczyk, dziś prezes windykacyjnego Kredyt Inkaso, pracę na Ukrainie zaczynał w połowie poprzedniej dekady. Zaraz po pomarańczowej rewolucji, która wyniosła do władzy Wiktora Juszczenkę. – Przekraczałem granicę w nocy. Pierwsza moja reakcja: strasznie tu ciemno. Lampy uliczne były co kilkaset metrów, nawet w miastach. Drugie spostrzeżenie: drogi są gorsze niż u nas. Zwłaszcza lokalne, które miejscami przypominały polne. Choć w sprawie dróg, zwłaszcza głównych, sporo się jednak zmieniło na lepsze przed Euro 2012. Potem przyszła kolejna refleksja: kompletny urbanistyczny i architektoniczny chaos. Miałem wrażenie, że każdy budował, co chciał i gdzie chciał, bez ładu i składu. I jedno mocne zaskoczenie na plus: duża otwartość i komunikatywność ludzi – wspomina dzisiaj.

Wtedy Szewczyk jechał kierować ukraińskim oddziałem polskiego Cersanitu – jednego z liczących się producentów w branży budowlanej.

Mniej więcej w tym samym czasie swój szlak na Wschodzie przecierał Jan Mikołuszko, szef Unibepu, spółki, która dziś za Bugiem ma mocną budowlaną markę. – W Rosji działamy od 2004 r. Początki były ciężkie – mówi.

Mikołuszce w pamięci utkwiło coś, co nazywa „wschodnim chciejstwem”, które trzeba było się nauczyć odróżniać od prawdziwych interesów. – Mówiąc inaczej: jeśli ktoś mamił nas pięknymi wizualizacjami i projektami, a przyciśnięty w trakcie negocjacji nie był w stanie powiedzieć niczego konkretnego – to właśnie było chciejstwo. Tego chciejstwa jest tam bardzo dużo, liczba „opowiadaczy” w tej branży jest spora. Dopóki człowiek nie nauczy się ich rozpoznawać, traci mnóstwo czasu i energii na bezowocne kontakty i rozmowy – dodaje.

Cały artykuł Marka Chądzyńskiego o tym, jak się robi interesy na Wschodzie, przeczytasz w elektronicznym wydaniu Magazynu DGP >>>