Marcin Kwapiński, radca prawny z Poznania, niechętnie umawia się na rozmowę o kredycie we frankach szwajcarskich. Minęło siedem lat od podpisania umowy z bankiem, a on nigdy nie przypuszczał, że będzie miał tak wysoką ratę, jaką dziś przychodzi mu płacić. – Kiedy brałem kredyt, słyszałem, że tylko szwajcar jest pewny; pewny jak bank – przypomina sobie. I od razu zastrzega, że nikt mu nie powiedział, jak niepewny jest złoty, za którego musi franki kupować. Podczas rozmowy dużo i chętnie mówi za to o przygotowywanym właśnie pozwie przeciw bankom, w którym chce się powołać na kodeks cywilny. Dokładnie artykuł mówiący o „nadzwyczajnej zmianie stosunków”. Jeśli wygra, będzie to oznaczało, że ryzyko leży po obu stronach: i banku, który liczył na łatwy oraz szybki zysk, i klienta, który – jak mówią teraz doradcy finansowi – zachłysnął się kredytami, by móc poczuć się obywatelem świata, którego stać na prestiż i podniesienie statusu społecznego.

To właśnie podejrzenia o beztroskę sprawiają, że większość osób, która zgodziła się z nami porozmawiać, prosi o niepodawanie nazwiska. Ze strachu lub wstydu większość nie chciała ujawnić miejsca zamieszkania. Wielu odmówiło w ogóle zabrania głosu – bez podania powodów, co może dziwić, bo Polaków zadłużonych w szwajcarskiej walucie i zmuszonych płacić znacznie wyższe raty jest w całym kraju około 700 tys. Z opowieści tych, którzy jednak zdecydowali się podzielić swoimi doświadczeniami, wyłania się smutny obraz frankowicza. Osoby ambitnej, dobrze wykształconej, z reguły świadomej ryzyka zmiany kursu, ale równie często bezradnej, a już na pewno pozostawionej samej sobie. Kiedy podpisywali umowy, słyszeli, że "franciszek", "franek" to najpewniejsza i najbardziej stabilna waluta. Teraz nie mają już wątpliwości, że "szwajcar", względnie "franca", był precyzyjnie zastawioną pułapką, podobną do tej, w jaką wpadają uczestnicy gier hazardowych.

Rafał (pracownik banku, 36 lat): To była końcówka 2007 r., czyli czas jednych z najwyższych cen na rynku mieszkaniowym i historycznie najniższych cen franka. Zdecydowałem, po rozstaniu z partnerką, że zamiast płacić za wynajem, lepiej będzie, jeśli kupię własne mieszkanie. Szukałem 3–4 miesiące, aż w końcu wybrałem jedno z 20, które wtedy oglądałem. Wydałem na nie 500 tys. zł, w tym także opłaciłem pośrednika. To, co mnie teraz najbardziej boli, to nie tylko wysokość raty – z jej spłatą daję sobie jakoś radę – ale opłata za minimalny wkład własny. Co trzy lata muszę płacić potężne sumy, a to 8 tys. zł, a to 10 tys. zł, a ostatnio nawet ponad 15 tys. zł. Byłem na tyle głupi, że wziąłem kredyt na całość mieszkania, na 35 lat! Bez głębszej analizy zdecydowałem się też na bank, który gwarantował zwrot 9,5 tys. zł prowizji, a potem po prostu się z tego wycofał. Tak mnie podpuścili. „Będzie pan zadowolony” – mówili. Po siedmiu lat spłaty mam do oddania bankowi znacznie więcej, niż pożyczyłem – skoczyła waluta, a wartość mieszkania spadła. Mając ponaddziesięcioletnie doświadczenie w sektorze finansowym, powinienem wiedzieć, jak to się może skończyć.

Tylko franio

Niskie raty, obniżki stóp procentowych, prognozy spadku szwajcarskiej waluty poniżej 2 zł – na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało wspaniale. Jeszcze kilka lat temu taki scenariusz wydawał się prawdziwy. Na tyle, że w szczycie popularności kredytów we franku – ten przypadł na 2008 r., choć Polacy brali go od 2004 r. – na każde 10 zł pożyczane przez banki na mieszkanie 8 zł przypadało właśnie na niego. Decyzja wydawała się oczywista: ci, którzy zaciągnęli kredyt w wysokości 250 tys. zł, dzięki zmianom kursowym mieli płacić o blisko 19 tys. zł mniej. Tylko w jednym półroczu na każdej racie zyskać 100 zł. – Do tego dochodziła też potężna machina promocyjna, bo podobne oferty miało na krajowym rynku kilkadziesiąt banków. Różnice w ich ofercie były minimalne – mówi krakowski doradca finansowy, zastrzega sobie anonimowość. Poza tym frank, który kosztował wtedy najwyżej 2,6 zł, nadal taniał. Dopiero potem zaczął drożeć – nawet do około 4 zł. Dziś kosztuje blisko 3,5 zł.

Anna (matka czwórki dzieci, województwo wielkopolskie): Problemy zaczęły się kilka lat temu. Mąż uparł się wybudować dom, choć byłam temu przeciwna. Wziął kredyt i prace ruszyły pełną parą. Po roku, w którym sprzedaliśmy mieszkanie – prezent od moich rodziców, przenieśliśmy się do wymarzonego domu mojego męża. Bardzo szybko okazało się, że nie jesteśmy w stanie spłacać ogromnych rat kredytu. Także dlatego, że nie pracowałam, bo zajmowałam się dziećmi, a mąż stracił stałą pracę. Koniec końców zostaliśmy zmuszeni sprzedać dom i przeprowadzić się do wynajętego mieszkania. Nasze zadłużenie to teraz około 250 tys. zł, ale to wcale nie musi być kwota ostateczna – mąż nie otwiera już listów z banków, ale i tak wiem, że grożą nam windykacje. Najgorsze jest jednak to, że on ciągle żyje iluzją, że niespodziewanie zarobi jakieś kolosalne pieniądze i wyjdziemy z długów. A do tego robi się coraz bardziej uciążliwy dla rodziny. Zwozi przeróżne rzeczy: gruz, skrawki styropianu, stare meble. Jak tylko próbuję mu coś powiedzieć, to się wścieka i pokrzykuje: To przez ciebie jesteśmy biedni, bo jesteś taka rozrzutna.

Statystyczna ofiara

Z problemami ze spłatą kredytu we frankach boryka się około 3 proc. Polaków. Z rosnącymi ratami początkowo radzili sobie, podpierając jeden kredyt drugim albo np. zaciągając pożyczki na rozkręcenie własnego interesu. – Mąż ciągle tylko chodził i mówił, czym to on nie będzie się zajmował, ale na dłuższą metę nic nie robił. W międzyczasie rozkręcał nawet jakąś firmę budowlaną i brał kolejne kredyty! Firma padła, długi zostały – mówi Katarzyna z Krakowa. Statystycznie mniej więcej połowa dłużników czuje się odpowiedzialna za zobowiązania i chciałaby je jak najszybciej spłacić, kiedy tylko poprawi się ich sytuacja finansowa. Tymczasem robią wszystko, żeby nie dopuścić do utraty dachu nad głową. – W pierwszej kolejności przestaję spłacać kredyty gotówkowe czy np. karty kredytowe. Na samym końcu kredyty hipoteczne – przyznaje jeden z naszych rozmówców. W terminie nie jest regulowanych w całym kraju ponad 5–6 proc. innych kredytów. A łącznie zadłużenie Polaków spłacających kredyty we franku szwajcarskim sięga teraz około 150 mld zł. Dla porównania zadłużenie tych, którzy nie radzą sobie ze spłatą kredytów w euro – ponad 30 mld zł, i w innych walutach – 2,5 mld zł, wynika z raportu AMRON-SARFiN. Najczęściej problem ten dotyczy mężczyzn powyżej 45 lat, zwykle mieszkańców dużych miast i aglomeracji. Wbrew obiegowym opiniom nie jest to osoba niewykształcona – z reguły ma wykształcenie średnie. Nie jest też bezrobotna – pracuje, choć jej dochody są poniżej średniej krajowej. Ale to niejedyna zależność. Wśród tych, którzy nie radzą sobie ze spłatą rat, widać, że mężczyźni częściej uciekają w alkohol, a kobiety – w choroby.

Magdalena (centralna Polska): Jestem teraz w szpitalu na oddziale psychiatrycznym z rozpoznaną depresją. Miałam myśli samobójcze. Nie jestem już w stanie regulować swoich zobowiązań. A co gorsza nie mam też wsparcia w rodzinie. Mąż stwierdził, że to nie jego problem, i kazał mi się wynosić z domu. A przecież nie mogę zostawić trójki naszych dzieci, z którymi i tak w tej chwili mam utrudniony kontakt. Cały czas słyszę też od naszych wspólnych znajomych, że to wyłącznie moja wina.

Wspólnota anonimowych dłużników

Statystyki nie są w stanie oddać prawdziwej skali problemów, bo – jak przekonuje Roman Pomianowski, psychoterapeuta z Poznania (sam ma kredyt, tyle że w złotówkach) – dłużnicy są przede wszystkim przeraźliwie samotni i bezradni.– Z zasady nie z własnej winy. Bardzo często przypisuje się im cwaniactwo, lekkomyślność, pazerność, a przecież oni w swoich decyzjach byli pozornie racjonalni. Jak ktoś proponuje mi kredyt na 3 proc. i na 19 proc., to logiczne jest przecież wzięcie tego tańszego – wskazuje. Ich sytuację zna bardzo dobrze, bo od 2011 r. prowadzi w Poznaniu grupę wsparcia dla dłużników. W utworzonym przez niego Stowarzyszeniu Program Wsparcia Zadłużonych można skorzystać i z porad psychologa, i doradcy finansowego, i prawnika. – Dłużnikom przychodzi płacić wysoką cenę za to, że uwierzyli w pozytywne prognozy bankowców. Mieli świadomość, że oddają się w ręce fachowców, którzy, a i owszem, będą chcieli na nich zarobić, ale zastosują czytelne reguły gry – podkreśla. I przekonuje, że teraz w środowisku krąży nawet dowcip, że prawdziwy wybitny analityk to taki, który profesjonalnie może wyjaśnić tylko jedną rzecz – dlaczego nie sprawdziły się jego prognozy sprzed kilku lat.

Wsparciem dla dłużników są teraz także pierwsze w Polsce grupy anonimowych dłużników – na wzór tych utworzonych w Stanach Zjednoczonych. Jedna z nich działa w Poznaniu, a dwie w Warszawie. Na ich spotkania, organizowane pod hasłem „Długi nie umierają nigdy. Trzeba je przeżyć”, regularnie przychodzi kilkadziesiąt osób.

Aleksandra (30 lat): Desperacja, załamanie, bezsilność. Nie wiem już, gdzie szukać pomocy. Kredyt wzięłam jeszcze w 2008 r. – oficjalnie na siebie – ale pieniądze oddałam szefowej. I wszystko było w porządku, kiedy dla niej pracowałam. Zobowiązania – niemałe – bo około 5 tys. zł miesięcznie – były przez nią spłacane terminowo. Powodziło mi się na tyle dobrze, że po kilku miesiącach zdecydowałam się wziąć własny kredyt hipoteczny – z miesięczną ratą 1,3 tys. zł. I wtedy pojawiły się problemy. W 2011 r. zwolniła mnie szefowa i zostawiła z nie swoim długiem. Teraz zostałam z wpisem w KRD i żebraniem o pieniądze na kolejne raty. Z czasem zaczęłam zaciągać kolejne kredyty na spłatę tych poprzednich. W sumie uzbierało się sześć kredytów. W sześciu bankach.

Okazuje się jednak, że ci, którzy znajdą się w Krajowym Rejestrze Długów, często wpadają w dodatkową pułapkę. Zdają się na nieregulowany rynek chwilówek, a to głównie dlatego, że poczucie bezradności sprzyja poszukiwaniu prostych, wręcz odruchowych rozwiązań.

– Nierzadko dłużnicy uciekają przed problemem w szarą strefę zatrudnienia, ukrywają się przed egzekucją. Kiedy i to okazuje się nieskuteczne, to się poddają – popadają w bierność, apatię, stronią od rodziny i przyjaciół – tłumaczy mechanizm ich zachowań Roman Pomianowski. Przekonuje przy tym, że kiedy traci się kontrolę nad finansami, to ma się nie tylko pusty portfel, ale też pustkę w głowie. – Inna część dłużników stawia na konfrontację – podkreśla. Przyjmuje postawę roszczeniową i zakłada np. stowarzyszenia antywindykacyjne. Ale nie tylko.

Tomasz Sadlik z Krakowa (krakowski tłumacz przysięgły z języka hiszpańskiego i francuskiego, pisarz): Umowę z bankiem zawarłem na ponad 30 lat. O ile jednak początkowo miesięczna rata kredytu wynosiła 2,3 tys., o tyle rok później było to już około 3 tys. To jeszcze dla mnie nie był problem, bo zatrudniałem pięć osób i zarabiałem około 200 tys. zł rocznie. Potem było już tylko gorzej, bo rata podskoczyła do 5,5 tys. zł. W efekcie dług z 600 tys. zł – pieniądze poszły na remont lokalu na biuro – urósł do 900 tys. zł. Koniec końców złożyłem w sądzie pozew, w którym domagam się unieważnienia umowy kredytowej zawartej z bankiem w 2007 r.

Walka na kilku frontach

Jeszcze zanim kredyty hipoteczne we frankach najlepszy okres miały za sobą, coraz głośniej robiło się o niezadowolonych klientach, którzy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Jednym z pierwszych w Polsce, który zdecydował się udowodnić, że on i jemu podobni w ogóle nie powinni ponosić winy za wzrost kursu franka, był właśnie Tomasz Sadlik. Tłumacz nie tylko złożył pozew, lecz także powołał stowarzyszenie ProFuturis, które zajmuje się pomocą poszkodowanymi przez banki i obecny kryzys – z cyklem wykładów i spotkań jeździ po całym kraju. Po nim był Marcin Kwapiński, radca prawny z Poznania, a teraz także prawnicy z Kancelarii Kozłowski, Śmigielska i Wspólnicy, którzy w imieniu niezadowolonych klientów kilkudziesięciu banków szykują się do złożenia pozwu zbiorowego łączącego interesy klientów różnych placówek. – Naszym zadaniem jest stworzenie wspólnej podstawy roszczeń, w tym poprzez powołanie się na nadzwyczajną zmianę stosunków. Nie zamierzamy zarzucać oszustwa bankom – mówi Monika Śmigielska, prawnik z kancelarii Kozłowski, Śmigielska i Wspólnicy. W pozwie ma formułować żądania najdalej idące, ale zgodne z obowiązującymi przepisami. Jednym z nich ma być możliwość rezygnacji z kredytu walutowego w danym banku przy rozliczeniu się z niego po kursie z dnia zawarcia umowy albo – to już rozwiązanie pośrednie – po kursie korzystniejszym od tego obecnego. Ujawnia, że pozew ma być złożony w drugiej połowie roku, a do tej pory zgłosiło się około 700 osób. Większość to klienci Getin Noble Banku (ok. 25 proc.) oraz Raiffeisena i BPH (po 12,5 proc.).

Magda z Łasku: – Gdzie mamy mieszkać? Pod mostem? Oczekujemy renegocjacji umowy. Nasze kłopoty nie są z naszej winy, tylko z powodu złego doradztwa banku. Jeszcze w 2007 r. wzięłam duży kredyt we frankach szwajcarskich. Pożyczyłam – w przeliczeniu na złotówki – 460 tys. zł. Teraz – jak wyliczył PKO BP – mój dług sięga około 700 tys. zł, tylko za sprawą wzrostu kursu franka. Do tego dochodzą koszty np. działań windykacyjnych i odsetki karne, co łącznie daje blisko milion złotych. Z miesiąca na miesiąc mój dług rośnie – średnio o 10 tys. zł. Dom już został wystawiony na licytacji komorniczej.

Szwajcarska ruletka

Oficjalnie problemu nie ma – przedstawiciele banków nie chcą się w tej kwestii w ogóle wypowiadać. Z naszych informacji wynika tymczasem, że szyki zwierają teraz także kredytobiorcy Getin Noble Banku – chcą wystąpić z kolejnym, tylko swoim, pozwem zbiorowym. Bank już zapowiedział, że będzie się starał o polubowne rozwiązanie, zgodnie z przyjętą strategią firmy. – W związku z tym, że nie mamy precyzyjnej wiedzy na temat tego ewentualnego pozwu, ciężko jest nam ustosunkować się do jego żądań i argumentacji – zastrzega jednak Wojciech Sury, rzecznik Getin Noble Banku.

Nawet w świecie finansów nie brakuje jednak osób, które wprost mówią, że banki wykorzystały to, iż Polacy nie znają się na ekonomii i – co nie mniej ważne – połkną haczyk pt. „tani kredyt”. Zdaniem Konrada Mitręgi z PrivateBrokers obecne kłopoty klientów to wypadkowa zamanipulowania polskim rynkiem przez międzynarodową finansjerę, która była w stanie ciągnąć kurs walut w dół, a kurs złotówki w górę. – Klienci, co tu dużo mówić, po prostu zostali złapani w pułapkę walutową zastawioną na nich w latach 2005–2008 przez międzynarodowe banki – uważa.

W to, że doradcy finansowi nie wiedzieli o ryzyku, na jakie narażają klientów, nie wierzy także prof. Witold Modzelewski, prawnik i współtwórca Instytutu Studiów Podatkowych. – Banki doskonale o tym wiedziały, klienci nie. Oni w ogóle nie mieli pojęcia, że uczestniczą w swoistej ruletce. Bo czy wyobraża sobie pani, żeby restauracja powiedziała wszystkim klientom, że za obiad, który zjedzą dziś, zapłacą za dwa lata, ale jeszcze nie wiadomo ile? – pyta retorycznie. W swojej ocenie idzie jeszcze o krok dalej i przekonuje, że kredyty we frankach udzielane przez banki miały charakter zakładu bukmacherskiego. – Jeśli zmienną okazuje się zarówno to, co mam spłacić, czyli dług, jak i koszt, czyli odsetki, przestaje to być kredytem, a staje się zdarzeniem losowym, czyli istotą zakładu bukmacherskiego. Dzisiaj dostałem 100 zł, ale czy będę spłacał 30 zł, czy 3 tys. zł, tego nie sposób przewidzieć – oburza się.

Czy pozwy zbiorowe przeciw bankom mają w ogóle szansę powodzenia? – Za granicą jest już cała seria korzystnych rozstrzygnięć i orzeczeń sądowych, a ich liczba z roku na rok rośnie – przekonuje Konrad Mitręga. Wylicza, że sąd we Francji unieważnił umowę kredytową w obcej walucie, bo była zbyt ryzykowna i uderzała w interesy kredytobiorcy. Podobnie było w Belgii i Hiszpanii, gdzie unieważniono pewien kredyt walutowy, bo uznano go za „instrument spekulacyjny”. Z kolei w Chorwacji sąd pierwszej instancji nakazał ośmiu bankom przeliczenie kredytów zaciągniętych we frankach na miejscową walutę. I to po tym kursie, który obowiązywał w dniu zaciągania przez klientów kredytu. Sceptycy zauważają jednak w tym miejscu, że za granicą podobne procesy rozpoczęły się kilka lat temu, a tamtejsze banki mają bardziej zasobne portfele. Polski frankowicz tymczasem ani nie ma szans na szybką wygraną – w sytuacji, kiedy pozwy dopiero mają być składane – ani na pobłażliwość banków, które walczą teraz o przetrwanie. Od kilku lat kredyty we frankach nie są już udzielane.

Jeśli zmienną okazuje się zarówno to, co mam spłacić, czyli dług, jak i koszt, czyli odsetki, przestaje to być kredytem, a staje się zdarzeniem losowym, czyli istotą zakładu bukmacherskiego – oburza się prof. Witold Modzelewski

Na prośbę bohaterów tekstów zmienione zostały ich imiona, a także inne szczegóły pomagające ustalić tożsamość