Odpowiedzialność za wybuch bursztynowej gorączki ponoszą Rosjanie. A ściślej mówiąc – Kombinat Bursztynowy w Jantarnym. Ta państwowa firma od lat była monopolistą na światowym rynku, dostarczając nań ok. 90 proc. wydobywanego bursztynu. Ale w zeszłym roku włączono ją do państwowego koncernu Rostek, co stało się jednym z elementów reformy prowadzącej do podniesienia dochodów, jakie przynosi Rosji cenna skamielina. Tymczasem okazało się, że dyrektor Kombinatu to malwersant sprzedający na własną rękę bursztyn za granicę. Z Moskwy przysłano więc nowego dyrektora – Michaiła Zacepina. Ten człowiek prezydenta Putina pracę w KGB zaczynał w 1981 r., potem karierę kontynuował w FSB, a ostatnio pełnił funkcję doradczą w Ministerstwie ds. Sytuacji Nadzwyczajnych. Jak łatwo się domyślić, potrafi on zaprowadzać rządy twardej ręki. Na wstępie Zacepin wstrzymał wydobycie i eksport jantaru aż do momentu uporządkowania sytuacji w firmie. Ceny bursztynu na świecie błyskawicznie poszybowały w górę, na początku lutego przekraczając próg 40 dol. za gram. Cena grama złota znajdowała się na podobnym poziomie. Dopiero wówczas przypomniano sobie, że wedle szacunków Państwowego Instytutu Geologicznego polskie zasoby jantaru to ok. 1118 ton. W prasie pojawiły się nawet wyliczenia, że ich wartość to jakieś 7 bln zł, czyli byłyby więcej warte od budzących takie emocje pokładów gazu łupkowego. W tej sytuacji aż prosiłoby się wykorzystać okazję i powalczyć o rynek zdominowany przez Rosjan. Czy jednak jest możliwe, że Polska zacznie zarabiać na bursztynie, skoro ta sztuka nie udawała się naszemu państwu przez ostatni tysiąc lat?

Przedmiot rzymskiego pożądania

„Estowie, przeszukując dno morskie, znajdują bursztyn, który nazywają glesum. Jaka jest natura tej materii i jak ona powstaje, tego barbarzyńcy dociec nie mogą, zresztą wcale się nie starają” – notował w 98 r. po narodzinach Chrystusa Publiusz Korneliusz Tacyt. O plemieniu dostarczającym rzymskim kupcom bezcenny klejnot uczony nie miał najlepszego zdania. „Sami Estowie nie czynią z niego (bursztynu – red.) żadnego użytku: zbierają go i w surowym stanie sprzedają, ku swemu zdziwieniu za dużą cenę” – twierdził. Jantar podbił Rzym pół wieku wcześniej, choć docierał na południe Europy od setek lat. Pojawiał się jednak okazjonalnie dzięki dalekim wyprawom kupieckim. Uznawano go za egzotyczną ciekawostkę. Zmienił to kaprys cesarza Nerona, wizytującego rzymski obóz wojskowy w Panonii (obecnie wschodnia Austria). Władcy zaprezentowano tam wyroby z północnego klejnotu, nazywanego przez Greków „elektronem”. Niezwykłe kolory skamieliny zachwyciły cesarza z duszą artysty. Wedle rzymskiego historyka Pliniusza Starszego Neron wezwał do siebie niejakiego Julianusa i rozkazał mu udać się na północ, by zakupić jak najwięcej bursztynu, którym zamierzał uświetnić planowane przez siebie igrzyska. Panonię od delty Wisły dzieliło w linii prostej ok. 700 km i to tam najprawdopodobniej dotarł Julianus, gdzie: „odwiedził wszystkie punkty handlowe i objechał całe wybrzeże”. Wyprawa Rzymian pozwoliła Neronowi na zorganizowanie w stolicy imperium jednych z najwystawniejszych igrzysk. „Przywiózł (Julianus – red.) tyle bursztynu, że siatki ochronne, które oddzielały dzikie zwierzęta od podium, były przymocowane bursztynowymi kaboszonami, a broń, nosze i całe wyposażenie igrzysk, które zmieniało się codziennie, wszystko było inkrustowane bursztynem” – opisywał Pliniusz Starszy.

Rzymianie bardzo szybko odkryli, z czego powstaje zachwycający ich klejnot. „Wnosić można, że to jest sok jakiś z drzew sączący się, ponieważ widzieć w nim często ziemne i powietrzne owady, które uwikłane lepką cieklizną zostają wewnątrz, ze stwardnieniem oblewającej materii” – zauważał Tacyt. Dodając o jantarze, iż „dopiero nasza potrzeba luksusu uczyniła z niego obiekt powszechnego pożądania”. Pliniusz Starszy winił za to oczywiście niewiasty żądne klejnotów i naczyń z modnego materiału. A skoro powstał duży popyt, to kupcom opłacało się wyruszyć na północ, żeby na nim zarobić. Tak narodził się szlak handlowy, wiodący przez Morawy, wzdłuż Odry, potem skręcający na wschód i przecinający Wisłę w okolicach Torunia.

Wedle Pliniusza swoje centra handlowe Estowie lokowali na granicy rozlewiska Wisły, jakieś 20 do 40 km od brzegów morza. Tam przeprowadzano transakcje. O intensywności wymiany handlowej świadczy kilkadziesiąt tysięcy rzymskich monet znalezionych do dziś na północ od Karpat. Szlak zamarł dopiero w V wieku z powodu wielkiej wędrówki ludów i upadku imperium. Zapewne nieco tym zaskoczeni Estowie odczekali kilkadziesiąt lat i wysłali na południe poselstwo wiozące ogromny bursztynowy blok. Przyjął je w Rawennie rządzący Italią król Ostrogotów Teodoryk Wielki. Dziękując za dar, w liście napisanym około 523 r. podkreślał: „Zaprawdę, wysiłek wasz, aby do nas dotrzeć, miły jest bardzo naszemu sercu”. Następnie powołując się na pisma Tacyta, oświadcza, że dobrze wie, iż dostarczony mu skarb powstaje z żywicy drzew. „Podajemy wam te wszystkie szczegóły, abyście zdawali sobie sprawę, że znamy wasz sekret” – zaznaczał, co stanowiło wyraźny wstęp do targowania się o cenę. Na koniec jednak uprzejmie zachęcał do dalszych rozmów: „Czekamy na waszą wizytę, przybądźcie drogą, którą wasze gorące uczucie do nas otwarło” – zapraszał.

Pieniądze leżą na plaży

Jednak przez następne stulecia bursztyn wędrował tam, gdzie znajdowali się posiadacze największego kapitału. Perski uczony Al-Birumi zanotował w połowie XI wieku, iż Turcy wschodni bardzo pożądają bursztynu: „zwłaszcza wielkich bryłek o pięknej barwie”. Po czym dopisywał: „Jako powód tego popytu podają, że odpiera szkodę wyrządzoną przez patrzącego złym okiem”. Czyli chronił przez urokami. Za pośrednictwem arabskich kupców nadbałtycki bursztyn docierał nawet do Chin. Jednak prawdziwymi beneficjentami rosnącego zapotrzebowania na skamielinę okazali się wikingowie. Aby położyć łapę na dochodowym interesie, założyli w okolicach dzisiejszego Elbląga port Truso i w IX wieku wyparli z jantarowego biznesu Estów.

Na tym walki o intratny rynek się nie skończyły. Sto lat później kontrolę nad wydobyciem bursztynu i jego obrotem przejęli piastowscy książęta rządzący Pomorzem Gdańskim. Miejscowi rybacy musieli uzyskiwać od władców pozwolenie na poszukiwanie bursztynu na odgórnie wyznaczonym odcinku plaży. Po znalezieniu skamieliny musieli oddać część do książęcego skarbca jako daninę, a resztę odsprzedać po określonej cenie. W samym Gdańsku kwitły pracownie wyrabiające ozdoby, kupowane we Flandrii, na Gotlandii i Zelandii. Port nad Wełtawą zamieniał się w jedno z najbogatszych miast nad Bałtykiem. Rozpad na dzielnice Polski sprawił, że sąsiedzi uznali, iż jest bardzo cennym łupem. Zdobyć go w 1308 r. postanowili margrabiowie brandenburscy, ale dowodzący obroną zamku sędzia Bogusz wezwał na pomoc rycerzy Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny. Krzyżacy przepędzili najeźdźców, po czym postanowili Gdańska już nie opuszczać. Niezadowolonych z tej decyzji polskich rycerzy wyrżnęli w pień.

Nowi władcy początkowo nie do końca orientowali się, jak cennym klejnotem dysponują. Wielki mistrz Karol z Trewiru zaakceptował dotychczasowe prawa rybaków, pozwalając im na zbieranie jantaru z plaż w zamian za daninę na rzecz zakonu. Również mnisi z klasztoru cystersów w Oliwie mogli się tym parać, choć zezwolenie na poszukiwanie bursztynu ich opat Rudgier zachował dzięki przedłożeniu Krzyżakom sfałszowanego przez siebie dokumentu. Ale swobodny obrót jantarem nie trwał długo, przynosił bowiem zbyt wielkie zyski. Wprowadzeniem państwowego monopolu zakon zajął się z iście niemiecką precyzją. Nadzór nad całością przedsięwzięcia sprawował urząd, którym kierował Bernsteinmeister (mistrz bursztynu), urzędujący na zamku Lochstaedt, nieopodal Królewca. Podlegały mu komturstwa w Bałdze, Elblągu, Malborku, Królewcu i Gdańsku. Zarządzający nimi szafarze dbali, aby nikt na własną rękę nie zbierał ani też nie handlował bałtyckim klejnotem.

W swojej kronice Jan z Fryburga zamieścił obowiązujące wówczas przepisy: „Nikomu nie wolno pod karą 20 marek (12 talarów) mieć przy sobie ponad funt nieobrobionego bursztynu. Jeżeli się u kogoś znajdzie dwa lub trzy funty, płaci 30 marek z utratą bursztynu”. Na obfitujących w jantar plażach Sambii Krzyżacy stosowali jeszcze prostsze metody wymuszające przestrzeganie państwowego monopolu. Jeśli kogoś przyłapano podczas zbierania bursztynu, natychmiast wieszano go na najbliższym drzewie. Za samo wejście na plażę pod nieobecność jej dozorcy wymierzano karę chłosty. Poławianie jantaru odbywało się pod ścisłym nadzorem strażników, a jego poławiaczom odbierano cały urobek, płacąc za pracę gotówką, solą oraz piwem.

Bursztyn w XV wieku stał się jednym z najważniejszych źródeł dochodów zakonnego państwa. Używano go także do prowadzenia polityki zagranicznej. Chcąc przekonać króla Czech Wacława IV Luksemburskiego do wspólnych działań przeciwko Polsce, wielki mistrz Ulrich von Jungingen przesłał jego żonie bezcenny dar. Zofia Bawarska otrzymała świecznik z kłów morsa przyozdobiony bursztynową figurką św. Katarzyny. Sojusz zawarto, jednak nie uchronił on Krzyżaków przed klęską pod Grunwaldem. Również nadmierny terror ekonomiczny wzbudził w końcu buntownicze nastroje w Prusach. Konspiratorzy zrzeszeni w Związku Pruskim doprowadzili do wybuchu powstania. Rozpoczęto je 6 lutego 1454 r. od ataku na zamek krzyżacki w Toruniu. Jednocześnie wyruszyło do Krakowa powstańcze poselstwo, oddające królowi Kazimierzowi Jagiellończykowi Prusy w opiekę. Monarcha okazał gościom łaskawość. Przejawiała się ona m.in. nadaniem Gdańskowi prawa do całości bursztynodajnych plaż Półwyspu Helskiego i Mierzei Wiślanej. Ich jedynym zarządcą została gdańska rada miejska. Odtąd gród nad Wełtawą stał wiernie przy Polsce, finansując część kosztów trwającej trzynaście lat wojny. Po zwycięstwie Kazimierz Jagiellończyk zniósł surowe krzyżackie restrykcje, oznajmiając poddanym, że bursztyn: „powszechny dar boży wolny jest od wszelkich opłat”. Gest przedstawiał się wspaniale, lecz był mało dochodowy.

Po czym poznać króla

Po powrocie w granice Polski Gdańsk rozkwitł, a z nim także handel bursztynem oraz rzemiosło. W mieście działało w 1526 r. już 46 warsztatów bursztynników, a ich cech tak urósł w siłę, że 20 lat później za sumę 1100 grzywien odkupili od rady miejskiej prawa nabywania surowca od dowolnego dostawcy, co uwolniło rynek. Tworzono z bursztynu coraz wspanialsze figurki, puchary, ozdoby, biżuterię. Legat papieski Giovanni Francesco Commendone, który przybył do Polski w 1563 r., z niesmakiem odnotował, że jantar wzbudzał w ludziach wielkie żądze. „Taka jest onego chciwość, iż go nawet w wodach i piasku morskim szukają” – donosił papieżowi. Zauważył także, iż następował sukcesywny spadek ceny, czemu skutecznie przeciwdziałali wcześniej Krzyżacy. Acz łączył to nie ze wzrostem wydobycia, lecz uwiądem wiary. „Ze zmniejszeniem pobożności u ludzi zmniejsza się cena bursztynu, przedtem bowiem figurki świętych lub paciorki wyrabiane z tej masy drogo się bardzo zwykły sprzedawać, kobiety nawet w podobne różańce stroić się były zwykłe; dziś ten lud odszczepieństwem zacięty śmieje się ze wszystkiego. Robią dziś z bursztynu skrzyneczki, łyżeczki, wazeczki, klatki nawet dla ptaszków, wszystko to dla kruchości swojej bardziej dla oka niż dla użytku” – sarkał papieski legat. Jego uwagi niewiele zmieniały, bo podaż bursztynu rosła. Wedle zachowanych danych, o ile w połowie XVII wieku roczny urobek wynosił około czterech ton, to na początku XVIII wieku już ponad 12 ton. Pomimo spadku cen wyrobów zapanowała na nie prawdziwa moda. Przedmioty ze złota lub srebra już się opatrzyły i arystokraci oraz władcy zatęsknili za czymś bardziej oryginalnym. Nowe trendy wytyczył cesarz Austrii Leopold I, który kazał zbudować sobie bursztynowy tron. W 1678 r. zamówienie to zrealizowali gdańscy mistrzowie: Christoph Maucher, Gottfried Wolfram i Gottfried Turau. Wkrótce nie mogli już się opędzić od klientów z całej Europy. Najbardziej wymagającym okazał się elektor Brandenburgii Fryderyk I Hohenzollern. Spadkobierca krzyżackich wielkich mistrzów zażyczył sobie, by z okazji jego koronacji na króla w 1701 r. gdańscy rzemieślnicy zaczęli przygotowywać dla niego bursztynowy gabinet w berlińskim zamku. Na wykonanie ozdób zużyto aż pięć ton jantaru. W tym czasie król Polski August II Mocny mógł się pochwalić zaledwie wysokim na 2 metry kabinetem (bogato zdobioną szafą) udekorowanym 100 kg bursztynowych ozdób.

Tymczasem rozrzutność Fryderyka I bardzo irytowała jego syna. Fryderyk Wilhelm I, gdy tylko zasiadł na tronie, rozkazał przerwać prace nad bursztynowym gabinetem. Rozebrano go, spakowano do skrzyń i umieszczono w berlińskiej zbrojowni. Nowy król kochał jedynie swoją armię. Ale spadek po ojcu bardzo mu się przydał. Gdy w listopadzie 1716 r. do Prus zawitał rosyjski car Piotr I, król zaprosił go na spotkanie w Havelbergu. Zakończyło się ono zawarciem sojuszu między obu państwami. „Król obdarował mnie pięknie urządzonym jachtem cumującym w Poczdamie i gabinetem bursztynowym, którego od dawna pragnąłem” – napisał w liście do żony Piotr Wielki.

Przyjaźń między Petersburgiem a Berlinem, którą przypieczętowano gdańskim bursztynem, miała za kilkadziesiąt lat przynieść Polsce utratę niepodległości. Trudno jednak się temu dziwić w odniesieniu do państwa dysponującego na swoim terytorium przez 300 lat łatwo dostępnym bogactwem i niepotrafiącym na tym zarobić złamanego grosza.

Tymczasem bursztynowy gabinet trafił do Petersburga, gdzie zachwycił się nim najbliższy współpracownik cara Aleksander Mienszykow. W liście wysłanym 5 lipca 1717 r. przebywającemu w Paryżu Piotrowi I donosił: „To naprawdę niezwykłe dzieło, jakiego w całym świecie nie spotkałem”.

Ostatnie słowo ma zawsze Rosja

Gabinet Fryderyka I trafił w końcu do letniej siedziby władców Rosji w Carskim Siole, gdzie przebudowano go na dziś już legendarną Bursztynową Komnatę. Tymczasem kolejne rozbiory Rzeczpospolitej sprawiły, że Gdańsk mocno zbiedniał, zamarło wydobycie cennego surowca, podupadły warsztaty bursztynników. Skończyła się też moda na budowanie wielkich obiektów z jantaru. Zastój trwał do połowy XIX wieku, gdy znów bursztynowa biżuteria i przedmioty zaczęły się cieszyć wzięciem. Pierwsi koniunkturę dostrzegli szyper z Kłajpedy Wilhelm Stantien i kupiec Moritz Becker. Plaże w Sambii, zwłaszcza w okolicach Królewca, nadal obfitowały w skamielinę. Jednak założona w 1858 r. spółka Stantien & Becker działała na skalę przemysłową. Posiadała kilkanaście statków parowych, prowadzących bagrowanie (pogłębianie i przeczesywanie) dna Zalewu Kurońskiego, wydobywając tak ponad 200 ton bursztynu rocznie. Uzyskane ze sprzedaży środki zainwestowano w budowę niedaleko osiedla Palvininkai (dziś Jantarnyj) pierwszej lądowej kopalni jantaru. Uruchomiona w 1870 r. zatrudniała 2 tys. górników i już dekadę później stała się największym przedsiębiorstwem przemysłowym w niemieckich Prusach Wschodnich.

Spółka Stantien & Becker miała swoich przedstawicieli handlowych na całym świecie. Rezydowali oni m.in. w Bombaju, Szanghaju, Tokio, Kairze i Nowym Jorku, a także we wszystkich europejskich stolicach. Nabywcom oferowano 250 odmian bursztynu, sukcesywnie niszcząc wszystkich konkurentów. Po zmonopolizowaniu rynku pruska spółka zwiększyła wydobycie do 500 ton surowca, zaspokajając na niego całe światowe zapotrzebowanie. Początkowo niemiecki rząd był tym zachwycony. Będący już jedynym udziałowcem firmy Moritz Becker otrzymał od cesarza Wilhelma I zaproszenie do skupiającej jego doradców Geheimer Kommerzienrat (Tajnej Rady Gabinetowej). Ale na początku lat 90. XIX wieku nadmierne bogacenie się firmy coraz mocniej drażniło nie tylko odbiorców bursztynu, lecz także nowego cesarza Wilhelma II. Do tego jeszcze Becker był Żydem, a nastroje antysemickie w Niemczech stawały się coraz mocniejsze. W 1896 r. władze wytoczyły spółce proces antymonopolowy. Po trzech latach doszło do ugody. Moritz Becker odsprzedał rządowi swoje akcje za godziwą sumę 8,5 reichsmarek, po czym wyemigrował do Wiednia. Jego firma nie oddała jednak pozycji światowego monopolisty aż do wybuchu II wojny światowej. Wówczas udało się Niemcom odbić i uprowadzić w nieznane miejsce Bursztynową Komnatę, ale poza tym stracili praktycznie wszystko. W tym spółkę Stantien & Becker. Po wojnie to, co po niej zostało, Stalin oddał w bezpośredni zarząd ministerstwu spraw wewnętrznych ZSRR. Tak powstał Kombinat Bursztynowy w Jantarnym, który pod koniec lat 40. wydobywał znów ponad 300 ton skamieliny rocznie. Dbano też, żeby nie utracił swojej dominującej pozycji. Gdy odkryto złoża jantaru w Niemieckiej Republice Demokratycznej, nadzór nad ich eksploatacją sprawowali przedstawiciele ZSRR. Rynek uwolnił się sam po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 r. Dyrekcja Kombinatu i jego pracownicy sukcesywnie go okradali, a w okolicach Królewca, przemianowanego przez Rosjan na Kaliningrad, wyrosły nielegalne, bursztynowe biedaszyby. O posiadanym bogactwie przypomniano sobie na Kremlu dopiero w zeszłym roku. Jeżeli wcześniej za nielegalne wydobycie jantaru groził w Rosji jedynie mandat, nowe prawo uznaje to za przestępstwo. Władze mogą już nie tylko wsadzać poszukiwaczy do więzienia, lecz także konfiskować im cały posiadany sprzęt wydobywczy. W samym Kombinacie wielkie sprzątanie przeprowadza były oficer KGB, przy okazji podbijając cenę bursztynu do niebotycznej wysokości. Znając życie, znów zarobią na tym tylko Rosjanie.

Nasze zasoby jantaru wynoszą ok. 1118 ton. W prasie pojawiły się nawet wyliczenia, że ich wartość to aż 7 bln zł, czyli byłyby bardziej zyskowne od budzących takie emocje pokładów gazu łupkowego