Przykład numer 1. Danuta wyjechała do Włoch w 2001 r., jeszcze przed kompleksowym otwarciem rynku pracy dla Polaków. Mieszkanie w bloku na warszawskim Ursynowie zostawiła synowi, który chciał założyć rodzinę. Włoskiego nauczyła się dość szybko, choć w chwili wyjazdu miała już 51 lat. Była salową w szpitalu w Palermo, potem opiekowała się starszym małżeństwem w Syrakuzach, w końcu została przedszkolanką w Katanii. Tam żyje do dzisiaj, już osiem lat. Powrotu do Polski nie planuje. A nawet wracać nie chce. Bo i do czego? Musiałaby mieszkać w wielkiej płycie z synem, synową i wnukiem, nie miałaby nawet własnego pokoju, bo mieszkanie ma tylko 58 mkw. Przede wszystkim straciłaby zaś dobre, legalne źródło zarobkowania. W Polsce po sześćdziesiątce nie przyjęto by jej nawet do pracy przy kasie. W Katanii natomiast wynajmuje 70-metrowe mieszkanie w willowej dzielnicy, jeździ popularnym we Włoszech i drogim w Polsce fiatem 500, stać ją na pomoc rodzinie w Warszawie, może pozwolić sobie na regularnie jadanie w dobrych restauracjach i częste rozrywki. Ma również zapewnioną opiekę medyczną na poziomie wyższym niż polski, a pracodawca płaci jej dodatkowe składki emerytalne. To wszystko ma miejsce w teoretycznie ogarniętej recesją Italii.

Przykład numer 2. Anna wprawdzie do pięćdziesiątki jeszcze kilku lat brakuje, ale niedawno podjęła najodważniejszą decyzję w życiu. Razem z mężem i 8-letnią córką postawiła wszystko na jedną kartę i wyjechała do Irlandii. W Polsce nie miała raju, bo biuro księgowe, którym kierowała w małym mieście na Pomorzu, podupadło razem z kryzysem, ale nie było na tyle źle, by nie wiązać końca z końcem. Tylko że tak żyć nie chciała. Dzisiaj córka mówi już po angielsku lepiej od niej, ona dostała pracę w dziale księgowości sieci marketów budowlanych, a mąż architekt robi już pierwsze samodzielne projekty. Stać ich na dom, dwa auta, wakacje. Ale nie w Polsce, bo do Polski ich nie ciągnie.

Przykład numer 3. Katarzyna ma 53 lata, od 3 lat odpowiada za marketing w dużej firmie transportowej, jednym z liderów rynku w Polsce. Firma niestety słynie z tego, że nie ma szczęścia do prezesów, a atmosfera jest tu co najmniej wybuchowa. Ludzie zmieniają się jak w kalejdoskopie, nikt szczególnie nie przywiązuje się do posady. Ona również. Zarabia nieźle, ale od chwili, kiedy przekroczyła próg firmy, wie, że to kontrakt czasowy, nie dłuższy niż 3–4 lata. Czyli, jak dobrze pójdzie, jeszcze rok. Dlatego kiedy jej mężowi bankowcowi zaproponowano intratny bezterminowy kontrakt we Francji, w pakiecie z pięknym domem, za wynajęcie którego zapłaci pracodawca, spadł jej kamień z serca. Jak twierdzi, bez żalu pożegnałaby się z Polską. Dzieci są już dorosłe, samowystarczalne. Pracują, mieszkają oddzielnie, z rodzicami widują się może trzy razy w miesiącu. Poza tym żałować nie ma czego bo, jak mówi, życie w naszym kraju oznacza ciągłą bezsensowną walkę i konieczność stałego brania się za bary z przeciwnościami losu. Ona ma już tego serdecznie dość. A Francja, z jej winami, serami, szacunkiem dla pracowników, melodyjnym językiem, wieżą Eiffla i Lazurowym Wybrzeżem zawsze ją fascynowała.

Przyszłość jest gdzie indziej

Można by znaleźć setki, jeśli nie tysiące podobnych przykładów. Ludzi jeszcze w sile wieku, z ogromnym doświadczeniem zawodowym, z dorosłymi dziećmi, takich, którzy z dnia na dzień mogą się przeprowadzić. Znudzeni i zmęczeni życiem w Polsce poszukują takiej życiowej drogi, która pozwoli im po prostu cieszyć się codziennością. Można by jednak również wskazać wiele słabiej wykształconych osób, od miesięcy lub lat borykających się z problemami na rynku pracy, takich, których ze względu na wiek mało kto bierze pod uwagę przy zatrudnianiu. Ich tu trzyma jeszcze mniej. Sfrustrowani, niedowartościowani, obwiniający siebie i innych za swoje niepowodzenia mają Polski dość w jeszcze większym stopniu. Dlatego wyjeżdżają i będą wyjeżdżać. Bo dla nich kryzys nigdy się nie skończy.

Trudno dziwić się ludziom w tym wieku, że nie widzą dla siebie przyszłości w Polsce, bo to czytelny efekt tego, co się tu dzieje – ocenia Andrzej Sadowski, wiceszef Centrum im. Adama Smitha. – Bez względu na to, czy są profesjonalistami, czy bezrobotnymi bez kwalifikacji, coraz częściej tracą ochotę na kopanie się z koniem, rzeczywistością, w której żyją. Jesteśmy, wbrew temu, co wypada mówić publicznie, w coraz większym stopniu krajem zamykających się możliwości, a nie rozwoju. Tak właśnie reagujemy na zaklinanie rzeczywistości przez premiera. Pakując walizki i wsiadając do samolotu. Z tym że bilet mamy w jedną stronę. Emigracja, i młodych, i starszych, boleśnie dla rządzących weryfikuje ich oświadczenia o tym, że w Polsce wreszcie znowu zacznie świecić słońce wzrostu gospodarczego. Widać wyraźnie, że na czary-mary jest już za późno.

Jak przekonuje Andrzej Sadowski, dzisiaj Zachód potrzebuje nowej jakości pracy, która będzie przejawiać się choćby tym, że nikt nie myśli o weekendzie już w czwartek i stara się skończyć pracę w piątek rano. Polacy zaś również nie koncentrują się w zmniejszaniu czasu swojej zawodowej aktywności, przeciwnie – profesjonalnie podchodzą do obowiązków. Są odpowiedzialni, szczególnie jeśli zajmują specjalistyczne, dobrze płatne stanowiska. Jednak widać to wyraźnie dopiero, gdy wyjadą na Zachód i zostaną zatrudnieni w tamtejszych firmach. One bowiem są w stanie docenić trud pracowników znacznie bardziej niż firmy polskie. Choć oczywiście jak zawsze bywają wyjątki.

Niedawno rozmawiałem z polskim przedsiębiorcą, który jest już po pięćdziesiątce. W Polsce osiągnął sukces, ale nie dzięki czemuś, lecz wbrew. Wbrew kłodom, które rzucała mu pod nogi piętrząca trudności administracja. Szczerze przyznał, że nie ma już mentalnych problemów, by dowolnego dnia zamknąć firmę, a następnego otworzyć ją w innym kraju. Sam się dziwi, że jeszcze tego nie zrobił – dodaje Andrzej Sadowski.

Setki tysięcy emigrantów

Jak niedawno pisaliśmy w "DGP", w okresie 2000–2012 niemal 300 tys. osób podjęło decyzję o wymeldowaniu się z Polski. Oznacza to, że przynajmniej przez jakiś czas, zapewne długi, nie planują mieszkania nad Wisłą. Tym samym żyją i pracują na emigracji. Dzisiaj o opuszczeniu kraju na stałe decydują głównie kryteria ekonomiczne, a nie jak w latach 70. i 80. polityczne. Są one jednak na tyle istotne, że spowodowały większy odpływ Polaków za granicę, niż miało to miejsce po stanie wojennym, w czasach największej komunistycznej beznadziei.

Z najnowszego spisu powszechnego wynika, że za granicą przez ponad rok przebywa 1,5 mln Polaków. Ogółem liczbę osób, które wyjechały do pracy od chwili wejścia Polski do UE (część z nich wróciła), szacuje się na ponad 2 mln osób. Na przestrzeni lat zmieniły się główne kierunki stałych wyjazdów. W 1998 r. prawie jedna trzecia polskich emigrantów mieszkała w USA (głównie w Chicago i Nowym Jorku), poniżej 30 proc. w Niemczech i tylko 5 proc. w Wielkiej Brytanii. Po tym jak w chwili wejścia Polski do Unii Europejskiej Wielka Brytania otworzyła przed nami szeroko drzwi do legalnego zatrudnienia proporcje te musiały się radykalnie zmienić. W 2007 r. aż jedna trzecia polskich emigrantów żyła właśnie w Wielkiej Brytanii, 18 proc. w Niemczech, 12 proc. w Irlandii i tylko 6 proc. w Stanach Zjednoczonych.

Większość "uciekinierów" w naturalny sposób stanowią ludzie młodzi. Nie ma szczegółowych statystyk dotyczących tych, którzy na wyjazd z Polski decydują się po 50. roku życia, ale analizując dane z Narodowego Spisu Powszechnego z 2011 r. oraz fragmentaryczne informacje z poszczególnych województw, gdzie samorządy monitorują sytuację, można zakładać, że stanowią kilkanaście procent wszystkich emigrantów, czyli ok. 150–180 tys. osób. Ogółem bowiem, jak podaje GUS, 65 proc. Polaków żyjących z dala od kraju jest w wieku mobilnym, a aż 83 proc. w produkcyjnym. W przedprodukcyjnym (dzieci i młodzież) i poprodukcyjnym (emeryci: po 60. kobiety i po 65. roku życia mężczyźni) tym samym jest ok. 17 proc. Najliczniejsza grupa, co nie jest zaskakujące, to ludzie w wieku 25–29 lat, których wyjechało aż 243 tys. Niewiele mniej, bo 232 tys. stanowią osoby między 30. a 34. rokiem życia. 151 tys. emigrantów jest w wieku 35–39 lat, a 101 tys. w przedziale 20–24 lata.

Co ciekawe, np. na Podkarpaciu odsetek osób w wieku poprodukcyjnym, które decydują się na czasowy wyjazd za granicę, jest niemal trzykrotnie niższy niż tych, które definitywnie zamykają za sobą drzwi, sprzedają mieszkanie, samochód, działkę i wyjeżdżają. W jakimś stopniu te nieodwołalne decyzje są spowodowane chęcią dołączenie do dzieci, które od lat dobrze radzą sobie na emigracji, ale czy jest to czynnik dominujący? Zdaniem ekspertów nie, ponieważ ludzie w określonym wieku, dopóki pozwala im na to zdrowie, wolą być samodzielni i decydować o swoich sprawach na własną rękę, a nie opierać się na dzieciach i ich sytuacji życiowej. Większość stałych emigrantów po pięćdziesiątce zatem podejmuje ryzyko głównie z uwagi na własne, indywidualne potrzeby dokonania życiowych zmian.

Ze wspomnianego Podkarpacia rocznie wyjeżdża między 70 a 80 osób w wieku poprodukcyjnym. W porównaniu z osobami produkcyjnymi, których jest średnio 3 tys., jest to liczba znikoma. Trzeba jednak pamiętać, że ludzie pięćdziesięcioletni również mieszczą się w tej drugiej grupie. Jeśli statystykę dotyczącą osób najstarszych rozszerzyć na cały kraj, ostrożnie można szacować, że każdego roku opuszcza Polskę około tysiąca osób po 60. roku życia. Ile realnie jest tych o 10 lat młodszych, nie wiadomo, ale zapewne kilka razy więcej.

Zdaniem specjalistów emigracja będzie procesem nasilającym się, mimo że teoretycznie wskaźniki ekonomiczne i powiązane z nimi zadowolenie społeczne powinny rosnąć.

Dzisiejsze 2 mln osób na emigracji zmieni się w 3, a może 5 mln za kilka lat. Liczba Polaków mieszkających nad Wisłą będzie proporcjonalna do tego, jak trudno będzie w Polsce i o pracę, i o godziwe świadczenie emerytalne. A na działania polityków odwracające tę tendencję na pewno liczyć nie możemy – przewiduje dr Wojciech Jabłoński, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Niewesoła przyszłość

Na razie nasz kraj pod kątem ekonomicznym niewiele może zaproponować ludziom zdecydowanym na wyjazd. Średnia pensja w Polsce to 3,8 tys. zł brutto, co realnie daje mniej niż 3 tys. zł na rękę miesięcznie. W Wielkiej Brytanii jest to w przeliczeniu 11,1 tys. zł, we Włoszech 8,5 tys. zł, w Irlandii nawet 12,8 tys. zł. Nie każdy emigrant będzie, przynajmniej na początku, tyle zarabiał, ale skala rozbieżności pokazuje, że bez głębokich zmian w Polsce jednoznaczne decyzje emigracyjne będą, zgodnie z opinią dr. Wojciecha Jabłońskiego z UW, podejmowane coraz częściej.

W kontekście ostatnich decyzji emerytalnych rządu (podniesienie wieku, ograniczenie roli OFE) sprzyjać będzie im bez wątpienia również statystyka dotycząca wysokości emerytur w Europie. W Niemczech średniej wielkości świadczenie stanowi obecnie ok. 50 proc. pensji odchodzącego na emeryturę. Przy średnich niemieckich zarobkach na poziomie ok. 3 tys. euro osoby w wieku poprodukcyjnym mogą liczyć na comiesięczne 1500 euro. To ponad 6 tys. zł. W Polsce średnia emerytura waha się w okolicach 1,5 tys. zł, jest więc cztery razy niższa. Minimalne świadczenie w Hiszpanii to ok. 600 euro (2,5 tys. zł), w Wielkiej Brytanii 400 funtów (2 tys. zł), we Włoszech 506 euro (2,2 tys. zł). W Polsce mniej niż 800 zł.

Jak szacuje na podstawie danych Banku Światowego dr Karolina Drela z Wydziału Zarządzania i Ekonomiki Usług Uniwersytetu Szczecińskiego, kluczowe przyczyny wywołujące emigrację w kontekście światowym to perspektywy wyższych zarobków, poprawy standardu życia oraz rozwój osobisty lub zawodowy. Dzisiaj w Polsce możemy być pewni, że dotyczą one indywidualnie każdej osoby wyjeżdżające na stałe za granicę, jak i masy emigrantów jako spójnej społecznej całości. Niestety.

Przeciętna emerytura wynosi w Niemczech ok. 1,5 tys. euro. To ponad 6 tys. zł. W Polsce średnia emerytura wynosi 1,5 tys. zł