Skutkiem ubocznym lansowanej przez Berlin polityki cięć jest dramatyczny spadek liczby zatrudnionych w 22 na 28 państw UE, poza... samymi Niemcami. W I kw. 2013 r. w całej Unii pracowało łącznie 7 mln osób mniej niż pięć lat wcześniej, przed kryzysem.

DGP przeanalizował dane Eurostatu o liczbie zatrudnionych w I kw. 2008 r. i I kw. 2013 r. w 28 państwach UE. Podporządkowana Komisji Europejskiej instytucja zalicza do statystyk każdego w przedziale 15–64 lata, kto przepracował choćby godzinę tygodniowo; nawet tych, którzy byli na długotrwałych urlopach czy zwolnieniach lekarskich. Spadek liczby pracujących wiąże się nie tylko ze wzrostem bezrobocia, lecz także z negatywnym saldem migracji i malejącą liczbą osób w wieku produkcyjnym.

Wniosek jest jednoznaczny: im bardziej radykalny był program cięć w danym kraju, tym mniej ludzi wciąż w nim pracuje. Spośród czterech państw strefy euro objętej programami pomocowymi KE, Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego w trzech – Grecji, Irlandii i Portugalii – doszło do kilkunastoprocentowego spadku liczby pracujących. Na Cyprze wartość ta spadła zaledwie o 0,5 proc., ale wyspa dopiero zaczyna wdrażać program naprawczy. Do tego, że oszczędnościowe naciski były zbyt silne, przyznał się sam MFW. Pod Akropolem 1 proc. oszczędności przekładało się na 1,6 proc. spadku PKB. Dla ludzi najbardziej odczuwalny był lawinowy wzrost bezrobocia. W Grecji wynosi ono według metodologii Eurostatu 26,8 proc., w Portugalii 17,6 proc., a w Irlandii – 13,6 proc. Do tego trzeba dodać Hiszpanię z 26,9-proc. bezrobociem i 19-proc. spadkiem liczby pracujących.

Polski rynek pracy wg Eurostatu skurczył się o 1,6 proc.

Poza wzrostem bezrobocia najbardziej widocznym objawem kurczenia się rynków pracy był wzrost emigracji. Portugalczycy zaczęli np. szukać szczęścia w swoich dawnych koloniach – Angoli czy Brazylii. Problem ten w sposób szczególny dotknął i tak słabo zaludnionych państw bałtyckich. Najbardziej pesymistyczne dane dotyczą Łotwy, gdzie rząd ratując się przed największym spadkiem PKB w powojennej historii świata zachodniego, ciął etaty we wszystkich segmentach budżetówki – pracuje obecnie 871 tys. osób. W 2008 r. było ich niemal 1,1 mln.

Liczba zatrudnionych na Litwie spadła ogółem o 16 proc., a w sektorze budowlanym aż o 47,1 proc. Znaczna część tych ludzi wyemigrowała w okolicach 2010 r. do Irlandii i Wielkiej Brytanii. Gdyby nie wyjechali, mielibyśmy dziś 21-proc., a nie 12-proc. bezrobocie – mówi nam Żygimantas Mauricas, główny ekonomista litewskiego oddziału Nordei. Litwini i Łotysze poważnie zastanawiają się, czy w perspektywie kilku pokoleń obu narodom nie grozi wymarcie.

Na drugim biegunie znalazły się Niemcy (pomijamy tu niewielkie rynki Luksemburga i Malty). To kolejny dowód na to, że kryzys strefy euro i wymuszone cięcia na europejskim Południu dla niemieckiej gospodarki okazały się w pewnym aspekcie korzystne. Dzięki wzrostowi konkurencyjności wywołanemu spadkiem wartości euro Berlin wyeksportował własne bezrobocie za granicę.

Słabnące euro było wybawieniem dla niemieckich producentów. Nieprzypadkowo w czasie, gdy bezrobocie w Grecji czy Hiszpanii biło kolejne rekordy, a wśród młodych przekraczało właśnie 50 proc., Niemcy pobiły historyczny rekord wielkości eksportu, który do 2011 r. wzrósł o 107 proc. (w porównaniu z 1999 r., gdy wprowadzono euro jako walutę rozliczeniową) i przekroczył granicę 1 bln euro. Z kolei alarmistyczne nagłówki w gazetach pozwoliły przedsiębiorcom ograniczyć wzrost pensji na lokalnym rynku. Dzięki obu tym czynnikom dzisiaj nad Renem pracuje aż o 1,7 mln, czyli 4,5 proc. więcej ludzi niż w 2008 r., a bezrobocie pozostaje na poziomie 5,3 proc. To najlepszy wynik od 32 lat, a przy tym drugi po związanej gospodarczo z Niemcami Austrii rezultat w UE.