Polakowi wciąż łatwiej jest prosić Pana Boga, by sąsiadowi zdechły dwie krowy, niż samemu iść do pracy i na własne krowy zarobić – zauważa prof. Marian Noga, zastępca przewodniczącego Rady Nadzorczej KGHM TFI SA. Mimo tylu lat funkcjonowania w Polsce wolnego rynku, otwartych granic, poznawania świata nie udało nam się pozbyć destruktywnej, antyrozwojowej mentalności, każącej uznawać za podejrzany, wątpliwy czy gorszy każdy przejaw przedsiębiorczości, każdą oznakę finansowego sukcesu. Z drugiej strony miliony z nas zasiadają przed telewizorami, a tysiące na stadionach, w podnieceniu obserwując walkę o medale naszych sportowców. Zdzieramy gardła, ciesząc się z tych rzadkich chwil, gdy Polak pierwszy dopadnie mety, strzeli bramkę czy skoczy najdalej. Wtedy szczęśliwi rzucamy się sobie w ramiona, wznosimy toasty, upojeni radością, przekonani o wielkości narodu. Ranek przynosi kaca, medal blaknie, wraca szara rzeczywistość. I tak od mundialu do mundialu, od pucharu do pucharu, ligi, mistrzostw...

Jesteśmy żądni igrzysk i chleba, ale jedynie sportowe osiągnięcia napędzają nasze emocje i są impulsem do wybuchu patriotyzmu i wielbienia. Z chlebem już nie dajemy sobie rady. Sukcesy polskich przedsiębiorców są dla nas ciemną stroną życia, zarabianie pieniędzy – brudną koniecznością, niespełnialnym marzeniem, które sprowadzamy do wstydliwej potrzeby fizjologicznej. Z jednej strony śnimy o bogactwie. Z drugiej – jest dla nas owocem oszustwa, nieuczciwości, cwaniactwa, wykorzystania innych, wręcz zbrodnią. Co czyni nas tak bezinteresownie zawistnymi? Skąd bierze się ta podświadoma, permanentna zazdrość? Ten imperatyw narzekania?

Gloria victis

Niestety, czy to nam się podoba, czy nie, dźwigamy bagaż historycznych obciążeń. W zdrowych demokratycznych społeczeństwach – jak zauważa w swoich badaniach prof. Bogdan Wojciszke ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej – warunkiem skutecznego funkcjonowania systemu społecznego jest powszechne przekonanie o jego prawomocności – że wszelkie dobra materialne i władza są sprawiedliwie dzielone. W takim systemie ten, kto odznacza się cnotą, pracowitością, umiejętnościami, jest wynagradzany, zaś kombinator – sekowany. Podporządkowanie się regułom jest więc bardziej opłacalne niż ich łamanie. Społeczeństwa wychowywane w takim otoczeniu legitymizują zastaną rzeczywistość, wierzą w sens stanowionych zasad, wręcz tworzą mity, które je uzasadniają. Taka wiara w sprawiedliwość ich świata jest wprawdzie złudzeniem, ale wyzwala myślenie konstruktywne, tworzące może i złudną, ale budującą mentalność.

Z dwóch zdarzeń w tej samej firmie – zwolnienie jednego pracownika i podwyżka dla drugiego – przekonani o prawomocności systemu uznają decyzję szefów za racjonalną, korzystną dla rozwoju zakładu i całej załogi. Wierzą bowiem, że nagrodzono tego, któremu się należało za ciężką pracę, a ukarano lenia zagrażającemu ogółowi. Społeczeństwa, jak polskie, postrzegające swój świat jako porządek im wrogi, ocenią ruch kierownictwa firmy za potwierdzenie istniejącej niesprawiedliwości. Zwolniony to z pewnością ofiara nieludzkiego zarządu, a podwyżka – efekt układu i lizusostwa.

Polacy – przekonuje w swoich pracach prof. Wojciszke – zamiast tworzyć mity uzasadniające porządek społeczny, produkują mitologie, które go podważają. Powodzenie wymaga rozpychania się łokciami, sukces to efekt cwaniactwa i znajomości. Bogaci są może i kompetentni, ale z pewnością niemoralni, bo dorobili się nie wiadomo jak i zabierają biednym porządnym. – Traktujemy życie społeczne jak grę o sumie zero. Jesteśmy przekonani, że ilość dóbr jest ograniczona, więc gdy ktoś się wzbogaca, ktoś inny traci. A zatem każdy się bogaci naszym kosztem – wyjaśnia dr Dorota Krzemionka-Brózda z Instytutu Psychologii Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego, redaktor naukowy czasopisma „Charaktery”.

W tak postrzeganym systemie karmimy się przekonaniami, że nam się nie udało tylko dlatego, iż inni nam to uniemożliwili. – Zwycięża nasza skłonność do ochrony własnej wartości, dobrego samopoczucia i wysokiej samooceny. Nie chcemy przestać o sobie dobrze myśleć, porównując się z odnoszącymi sukcesy. Kiedy wytykamy biznesmenom ich bogactwo, oceniając je jako efekt oszustwa, czujemy się mniej sfrustrowani, że nam się nie udało. Uznajemy, że jesteśmy może i biedniejsi, ale moralnie lepsi – tłumaczy prof. Jolanta Kopka, socjolog ze Społecznej Akademii Nauk w Łodzi. Przyznaje, że w Polsce trudno chwalić się sukcesem, bo podejrzliwość to dość powszechna cecha. Zakładamy z góry, często generalizując swoje lub cudze obserwacje i doświadczenia, że jeśli komuś się powiodło, to nie z wykorzystaniem takich cech jak pracowitość, zdolności, uczciwość, zaangażowanie. Widzimy w tym raczej efekt kombinowania, korupcji, sprytu, cwaniactwa.

Amerykanie wierzą w dobro

Już Melchior Wańkowicz mówił o polskim kundlizmie, bezinteresownej zawiści. Dziś niewiele się zmieniło. – Pokolenie starszych ludzi, o niektórych cechach homo sovieticusa, było nastawione roszczeniowo wobec państwa. Zgadzając się, często nie mając alternatywy, na kontrolę własnych aspiracji, dążeń wolnościowych, w zamian oczekiwało od państwa gwarancji utrzymania. Dziś młodzi są już wolni, choć tkwią w innym systemie ograniczeń, podobnie widzą w państwie sponsora, oczekują państwa opiekuńczego, stosującego bogaty system ochrony socjalnej. Samodzielne osiągnięcie sukcesu, choć już jest mniej podejrzane, dalej wydaje się być mało realne i trudne – zauważa prof. Kopka.

Od pokoleń, niezależnie od ustroju, przekazujemy bowiem swoim dzieciom destrukcyjny mechanizm myślenia. Wprawdzie pracujemy, zakładamy firmy, nawet się bogacimy, ale i tak nie wierzymy, że sukces można osiągnąć uczciwą drogą. – Sączymy im podejrzliwość i bezradność wobec systemu. Zamiast dawać młodym wiatr w skrzydła, uczyć myśleć konstruktywnie, rozwijać edukację ekonomiczną, wymagamy głównie od nich wiedzy, gdzie leży Gabon – podkreśla prof. Marian Noga.

W Stanach Zjednoczonych od przedszkola kształtuje się w dzieciach pozytywne nawyki i postawy, które pomagają odnaleźć się w gospodarce rynkowej. Popularny serial „Ulica Sezamkowa” pokazuje np. mechanizmy oszustw. Gdy Ciasteczkowy Potwór naciąga Konia Bustera, jest nie tylko od razu piętnowany, ale bajka tłumaczy też, jak takie nieuczciwe praktyki negatywnie wpływają na całą społeczność. W ten sposób Amerykanie już od najmłodszych lat są przekonywani o zaletach uczciwości w prowadzeniu biznesu. – Młodym ludziom przekazuje się tam wartościowe zasady międzyludzkich zachowań. Od małego uczy gaszenia złych emocji. Tylko kto ma uczyć tego dzieci w Polsce? Źle opłacane nauczycielki w przedszkolach, skonfliktowani nauczyciele w szkołach? Ale, niestety, nie ma innej drogi. Starsze pokolenia są już stracone, nikt nie zmieni tym ludziom mentalności, żadne tłumaczenia nic nie dadzą. Musimy ratować najmłodsze pokolenia, nie wolno nam tego ignorować – mówi z naciskiem prof. Andrzej Falkowski, dyrektor Instytutu Psychologii Ekonomicznej Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.

Porównując nasze i amerykańskie społeczeństwa, oba uznawane za silnie zindywidualizowane, naukowcy podkreślają zasadnicze różnice w podejściu do losu. – Jak pokazały badania Normana Weinsteina nad nierealistycznym optymizmem, przeciętny Amerykanin widzi swój los jako bardziej pomyślny od losu większości podobnych mu ludzi. Zawyża szanse sukcesu, wygranej na loterii i innych dobrych zdarzeń w swoim życiu, a zaniża prawdopodobieństwo klęsk, chorób i nieszczęść. Taka iluzja motywuje do działania, ryzykowania. Polak też jest optymistą, ale jednostronnym: podobnie jak Amerykanin zakłada, że zło zagraża mu mniej niż innym, ale nie wierzy, jak dowodzą badania prof. Janusza Czapińskiego, w sprzyjający mu los, nie przecenia swoich szans na sukces. Bez takiego nierealistycznego optymizmu rodem zza oceanu brak nam motywacji, by zakasać rękawy – tłumaczy dr Dorota Krzemionka-Brózda.

Kultura narzekania

Realny brak ułańskiej fantazji to niejedyny problem. Jesteśmy też mistrzami w narzekaniu. Badający od lat ten fenomen psychologowie prof. Bogdan Wojciszke i dr Wiesław Baryła zaobserwowali pewien paradoks: narzekamy po to, by poprawić sobie samopoczucie i humor, lecz im częściej to robimy, tym bardziej stajemy się ponurzy. Zgłębiając tego przyczyny, doszli do wniosku, że z narzekania stworzyliśmy m.in. narzędzie autoprezentacji. Psiocząc na jakość towarów czy usług, kształtujemy swój wizerunek osoby subtelnej, o wyrafinowanych gustach, umiejącej rozróżnić szmirę od sztuki, tandetę od wysokiej jakości produktów. Narzekając zaś na szefów, firmy, źle działające mechanizmy gospodarcze, roztaczamy wokół siebie aurę naszej wielkiej wiedzy i kompetencji. Z kolei mówienie o złej sytuacji wokół nas usprawiedliwia naszą porażkę. Bo gdyby nie okoliczności, to z pewnością by się udało. Wreszcie narzekanie to sposób na przedstawianie siebie w pozytywnym świetle, bez obawy o zarzut zarozumialstwa. Chwalimy się sukcesem, awansem czy zakupem luksusowego dobra, od razu go deprecjonując. Że tyle teraz mamy pracy, że marna płaca, że nasze nowe terenowe auto ma skrzypiące fotele, a przegląd techniczny kosztuje niebywałe pieniądze.

Według psychologów mamy jeszcze jedną strategię autoprezentacji – przedstawianie siebie jako osoby cierpiącej i ciężko doświadczonej przez los. Profesor Wojciszke i dr Baryła tłumaczą to dość odważnie. Światopoglądy oferowane przez chrześcijaństwo i marksizm – dwie ideologie, które przez niemalże półwiecze równocześnie oddziaływały na polskie społeczeństwo – co prawda mocno się różnią, jednak podzielają założenie o moralnej wyższości uciskanych – zauważają w swojej pracy „Kultura narzekania i jej psychologiczne konsekwencje”.

Panuje w naszym kraju swoisty kult porażki – traktowanej jak zdarzenie, które uszlachetnia. Ulegamy złudzeniu patetycznemu, zgodnie z którym ten, kto cierpi, traci i ponosi porażkę, wydaje się bardziej moralny. I bliżej mu do innych ludzi – to zjawisko prof. Rafał Ohme nazwał poszukiwaniem towarzyszy niedoli.

Dlatego tak chętnie upamiętniamy klęski narodowe, a martyrologia ma zawsze pierwszeństwo. Jak głęboko trzeba mieć zakorzeniony kult porażek, żeby – jak to zrobili w 2003 r. radni w Siemiatyczach – w uchwale podać nazwę ulicy „Obrońców Monte Cassino”. Radni przekonywali, że to zwykła pomyłka pisarska, ale Zygmund Freud miałby na to swoje wytłumaczenie. – To kwestia tożsamości narodowej i samooceny. Nasza różni się od np. Rosjan, którzy choć są społeczeństwem ubogim, mają silne przekonanie o wielkości, ważności i wyjątkowości ich narodu. My mamy ambiwalentną samoocenę, z jednej strony kompleksy, z drugiej mesjanizm i roszczeniowość. Zabory, okupacja, komunizm sprawiły, że mamy poczucie krzywdy i oczekiwania co do szczególnego traktowania nas przez świat. Jesteśmy ofiarami, którym przez to należy się więcej – tłumaczy dr Dorota Krzemionka-Brózda.

A poprawiamy sobie narodowe samopoczucie, źle myśląc o innych. Niemcy są głośni, Czesi tchórzliwi, a Rosjanie nieuprzejmi. Mamy, jak mówi prof. Bogdan Wojciszke, narodową skłonność do myślenia, że świat jest gorszy od nas. I w tym kontekście z nami jest całkiem nieźle.

Obciążeni historią

Historyczne zaszłości są jak kula u nogi. Tu ma korzenie nasza niechęć do przestrzegania prawa, podświadome odrzucanie systemu społecznego czy naturalna podejrzliwość wobec ludzi sukcesu. Przez całe wieki nie mieliśmy dużych grup społecznych, które z przestrzegania reguł odnosiłyby korzyści i powszechnie wpajały potomkom zalety praworządności i uczciwości. Przeciwnie – brak państwa, normy narzucone przez obcych kreowały opór, a kto w tych warunkach osiągnął sukces, z pewnością kolaborował. Gdy dodamy do tego przekonanie o wyższości moralnej ubóstwa i szukanie przyczyn własnych porażek w spisku innych, otrzymujemy narodowy koktajl zawistnego ponuractwa, przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Tak było podczas zaborów, okupacji i komunizmu. Tak jest i dzisiaj.

Ostatnia transformacja ekonomiczna, choć zmieniła gospodarkę, nie dokonała się w umysłach Polaków. Konsekwencją kontynuacji deprecjacji z czasów PRL jest wciąż obecny negatywny wizerunek przedsiębiorcy. Nawet młodzi ludzie mają taką ocenę, bowiem zanim weszli w samodzielność, kształtowali się w rodzinach, a rodzice, nawet nieświadomie, mówili im o biznesie jako czymś złym – podkreśla prof. Andrzej Falkowski.

Psycholog dodaje, że w najnowszej Polsce taką antybiznesową postawę utrwalają media i politycy. Dla zapewnienia oglądalności i czytelnictwa nagłaśnia się afery gospodarcze, a spory polityczne opierają się praktycznie wyłącznie na wytykaniu, kto komu ile ukradł albo pozwolił ukraść. Do tego dochodzi przeświadczenie, że oszuści unikają kary, bo państwo jest słabe i nieudolne. – Na Zachodzie też są afery. Ale tam panuje przekonanie, że szybko się je wyjaśnia, a sprawców karze. Wystarczy przypomnieć historię amerykańskich finansistów: Bernarda Madoffa, który za miliardowe nadużycia został skazany na 150 lat więzienia, albo niedawny przypadek Russella Wasendorfa, skazanego na 50 lat ze zdefraudowanie 200 mln dol. W Polsce sprawy oszustw finansowych ciągną się latami, zwykły obywatel nie rozumie tych mechanizmów, a gdy jeszcze słyszy o uniewinnieniu np. Beaty Sawickiej, która przecież miała wziąć łapówkę, tylko utwierdza się w przekonaniu, że w tym kraju do bogactwa można dojść tylko nieuczciwie, w dodatku „zgodnie z prawem” – opowiada prof. Falkowski.

Biznesmeni nas wkurzają

Stąd być może, przypuszcza wykładowca warszawskiej uczelni, nasze uwielbienie dla sportowców i bezkrytyczne radowanie się z ich sukcesów. Bo choć w sporcie też są afery z nielegalnym dopingiem czy przekupionym meczem, to wykryte natychmiast dyskwalifikują sprawców. Sytuacja jest więc klarowna w odróżnieniu od mętnych kulis świata finansów. – Bardziej przyzwalająco i przychylnie oceniamy sukcesy sportowców i celebrytów, bo żyją oni w świecie oderwanym od rzeczywistości zwykłego obywatela. Funkcjonują w innym, odświętnym porządku, przydajemy im prawo do pewnej wyjątkowości, a nawet oczekujemy tego od nich. Świat praktyczny, a więc także przedsiębiorców, pracy, finansów, oceniamy bardziej krytycznie, bo w nim żyjemy – wyjaśnia prof. Jolanta Kopka. Nawet jeśli uznajemy, że niektórzy sportowcy zarabiają więcej, niż powinni, jesteśmy skłonni im tego nie wypominać, dopóki wygrywają. Identyfikujemy się z ich sukcesem, pławimy w odbitym blasku ich chwały. Gdy odnoszą sukces, mówimy my wygraliśmy, dopiero gdy jest gorzej, uruchamiamy mechanizm zawiści, bo oni przegrali.

Przedsiębiorcy odnoszący sukces nas nie inspirują. Nie podziwiamy ich wysiłku, choć uznajemy ich kompetencje. Odnosimy się z szacunkiem, lecz jednocześnie im zazdrościmy, spada wobec nich nasza sympatia i ocena ich moralności, „bo kto ma kasę, uczciwym być przecież nie może”. W ich przypadku, odwrotnie niż w odniesieniu do sportowców, uruchamiamy mechanizm zawiści, gdy wygrywają. Należą bowiem do naszej rzeczywistości, naszego porządku, który niestety weryfikuje także nas samych.

Ciągle brakuje nam spektakularnego sukcesu w postaci stworzenia narodowego czempiona działającego na skalę globalną, który byłby jednoznacznie kojarzony z Polską. Tyle że z drugiej strony sporo polskich firm, jak KGHM, Asseco czy LPP, osiągnęło już mocne pozycje w swoich branżach na rynkach międzynarodowych, a my wciąż za mało o tych osiągnięciach mówimy w kraju. Tu widzę większą rolę mediów, ale też i polityków, aby te sukcesy nagłaśniać i w ten sposób budować prestiż polskiego przedsiębiorcy, i zmieniać wzmocnioną w okresie PRL mentalność niechęci do osób, które zarabiają pieniądze – ocenia Piotr Czarnecki, prezes Raiffeisen Polbank.

Bankowiec sądzi jednak, że ta niechęć objawia się głównie w mikroskali – zazdrości wobec lokalnego biznesmena wynikającej z porównania statusu majątkowego. – Te postawy na szczęście ewoluują, bo coraz więcej osób podejmuje działalność gospodarczą i docenia wysiłek prywatnego przedsiębiorcy, bezpośrednio stając twarzą w twarz z wciąż realnymi problemami prowadzenia biznesu w Polsce – dodaje biznesmen.

Podobnego zdania jest Igor Chalupec, były prezes PKN Orlen, prezes firmy doradczej Icentis Corporate Solutions. Jego zdaniem fatalna ocena polskiego biznesu przez zwykłego obywatela wynika przede wszystkim z osobistych negatywnych doświadczeń na lokalnym rynku. – Ludzie widzą zachowanie głównie małego i średniego biznesu. Drobni przedsiębiorcy, którzy prowadzą restauracje, sklepy, walczą o przeżycie i zdarzają im się oszukańcze praktyki. Wtedy Kowalski myśli: skoro mój piekarz oszukuje, to ten Solorz też kantuje – tłumaczy Igor Chalupec.

Finansista dodaje, że efekt zawiści widać najczęściej w mniejszych miejscowościach, gdzie wystarczy mieć tylko trochę lepszy samochód, dom, by rzucać się w oczy i razić sąsiadów bogactwem. Z drugiej strony biznesmen przyznaje, że kryzys i wysokie bezrobocie sprzyjają wykorzystywaniu przez nieuczciwych przedsiębiorców swoich pracowników – plagą jest zatrudnianie na czarno i niepłacenie pensji. A to rzutuje na wizerunek także tych z pierwszej ligi. – Polacy nie rozróżniają w swoich ocenach biznesmenów. Dla nich cała grupa jest podejrzana. A przecież ci najwięksi, odnoszący sukcesy na rynkach międzynarodowych, to już światowa klasa. Tu nie ma miejsca na oszustwa, kontakty z zagranicznymi kontrahentami gwarantują przejrzystość transakcji, pełną jawność działania firmy. Od pewnej skali po prostu nie opłaca się kantować – przekonuje były szef Orlenu.

Gorzej niż w Rosji

Jako naród mamy do odrobienia lekcję z poczucia dumy narodowej w szerokim tego słowa znaczeniu – tak, by potrafić się cieszyć nie tylko z naszych osiągnięć w sporcie, ale przede wszystkim wspierać i promować polskich przedsiębiorców, oferowane przez nich produkty i usługi, a także ich osiągnięcia – zauważa z kolei prezes PKO Banku Polskiego Zbigniew Jagiełło.

Podkreśla, że to, jak daleko zaszliśmy przez ponad 20 lat transformacji gospodarczej, w dużej mierze jest zasługą rodzimych przedsiębiorców. – To oni tworzą miejsca pracy, płacą podatki i to oni potrafili ze swoich początkowo małych, często rodzinnych firm uczynić przedsiębiorstwa o znaczeniu przekraczającym granice naszego kraju. Wystarczy tu wspomnieć spółkę Asseco, która dotarła do pierwszej dziesiątki producentów oprogramowania w Europie, czy firmę Pesa Bydgoszcz, którą z upadającego państwowego przedsiębiorstwa udało się przekształcić w prężnie działającą, innowacyjną firmę odnoszącą sukcesy na rynku polskim i europejskim – chwali prezes największego polskiego banku.

Szefowie banków zgodnie twierdzą, że promowanie polskiej przedsiębiorczości i odbudowa zaufania mogą się realnie przełożyć na wzrost gospodarczy. – Warto czasami się pokusić o retrospekcję, żeby patrząc z dystansu, uświadomić sobie, jak daleką drogę przebyliśmy. Poziom rozwoju, który pod względem gospodarczym i cywilizacyjnym osiągnęliśmy, przed 30 laty nie był w zasięgu najśmielszych nawet marzeń. Warto też pokazywać te branże i te firmy, które mimo rosnącej konkurencji i niezależnie od bieżącej koniunktury potrafią ciągle na nowo szukać innowacyjnych rozwiązań, zdobywać kolejne rynki i zwiększać wartość swoich marek – a takich pozytywnych, inspirujących przykładów jest coraz więcej – podsumowuje prezes Zbigniew Jagiełło.

Trudno jednak będzie spełnić nadzieje bankowców, skoro po 24 latach życia w wolnej Polsce ponad 75 proc. z nas uważa, że sukces można osiągnąć tylko dzięki znajomościom i nieuczciwym metodom. Według badań TNS OBOP zaledwie ok. 14 proc. widzi w sukcesie efekt ciężkiej pracy, talentu i zdolności.

Jak mamy promować przedsiębiorców, cieszyć się z ich sukcesów, skoro bijemy rekordy donosicielstwa. Polacy wręcz bombardują urzędy skarbowe donosami, w 2012 r. było ich ok. 30 tys., najwięcej w historii.

Jak mamy zacząć patrzeć pozytywnie na biznesmenów, skoro oni sami uważają, że bardzo często łamią zasady etyczne. W badaniu przeprowadzonym przez Crido Taxand, Pracodawców RP i ICAN Institute aż 75 proc. przedstawicieli firm – specjalistów i menedżerów – widzi łamanie standardów etycznych w miejscu ich pracy.

Smutno mi, że w takim kraju żyję. Gdzie brakuje elementarnego zaufania, prostej, ludzkiej życzliwości. Nie tylko wśród zwykłych Polaków, ale też między biznesmenami. Gdzie nie ma zdrowej konkurencji, gdzie jeden drugiemu mówi: ja ci pokażę, ja cię załatwię – nie szczędzi gorzkich słów znany bankowiec. Nie chce ujawniać nazwiska, bo – jak tłumaczy – niezręcznie byłoby mu stanąć w roli pouczającego kolegów.

Finansista chciałby, żeby w Polsce było jak w Rosji. – Tam różnice majątkowe są widoczne na pierwszy rzut oka, lecz zwykli Rosjanie nie żywią do oligarchów zawiści. Choć akurat mieliby znacznie poważniejsze powody niż my w Polsce. Rosjanin też zazdrości i marzy, żeby tak jak bogacze kupić sobie land cruisera i postawić pod blokiem. Lecz dla nich sukcesy biznesmenów dają im wiatr w skrzydła, zachęcają do działania. My myślimy destrukcyjnie, marzymy nie o tym, by nam się polepszyło, tylko by innym przestało się wieść – podsumowuje bankowiec.

Polacy nie rozróżniają w swoich ocenach biznesmenów. Dla nich cała grupa jest podejrzana. A przecież ci najwięksi, odnoszący sukcesy na rynkach międzynarodowych, to już światowa klasa. Od pewnej skali po prostu nie opłaca się kantować