W ciągu trzech miesięcy do nowego ugrupowania Alternative für Deutschland zapisało się ponad 13 tys. osób. Przychodzą z różnych stron: niektórzy do niedawna byli członkami chadecji albo liberalnej FDP, inni nie mieli dotąd z polityką wiele wspólnego – pracują jako naukowcy, prawnicy, są właścicielami firm. Łączy ich jedno: niechęć do euro i postulat przywrócenia niemieckiej marki.

Bernd Lucke, przywódca AfD, sam nosił przez 33 lata legitymację CDU. Uznał jednak, że Niemcy potrzebują nowego impulsu. Nowej partii, reprezentującej interesy wszystkich podatników, którzy mają już dość wspierania Grecji, Hiszpanii czy Portugalii i powyżej uszu nieudolności Komisji Europejskiej w walce z kryzysem.

Zjazd założycielski odbył się 6 lutego w hotelu Intercontinental w Berlinie. Tysiąc pięćset osób, głównie elegancko odzianych starszych mężczyzn. Pełne ekspresji wystąpienia, prezentacje komputerowe, żywiołowo reagująca sala. Kiedy głos zabiera Lucke, jego przemówienie co chwilę przerywają rzęsiste brawa. „Jeśli zlikwidujemy euro, Europa wcale się nie rozpadnie” – przekonuje, krytykując zarazem kanclerz Angelę Merkel, według której koniec wspólnej waluty oznaczałby również koniec Unii Europejskiej. „Jest wręcz przeciwnie” – twierdzi Lucke. „To właśnie euro prowadzi Stary Kontynent prosto ku katastrofie”.

Kula u nogi

50 lat, miły uśmiech, wysportowana sylwetka, ojciec pięciorga dzieci. Ale przede wszystkim profesor ekonomii. „Pośród wszystkich partii zagęszczenie profesorów na metr kwadratowy jest u nas zdecydowanie największe” – chwali się Lucke, nieco autoironicznie, lecz z pełną świadomością, co to oznacza dla potencjalnych wyborców. Niemcy mają nabożny stosunek do naukowców z tytułami. Jeśli ktoś jest doktorem – ekonomii, chemii, antropologii – muszą się o tym dowiedzieć wszyscy. Skrót „dr” ląduje na wizytówkach, na tabliczce przymocowanej do drzwi mieszkania, w książce telefonicznej. W oficjalnych rozmowach wskazane jest, by do takiej osoby zwracać się per „Herr Doktor”. Jeśli w dodatku ten ktoś wykłada na uczelni i szczyci się mianem „Herr Profesor”, trudno wyobrazić sobie lepszą rekomendację w świecie polityki, zdominowanym przez populistów i karierowiczów.

Alternative für Deutschland wspierają m.in. prof. Joachim Starbatty, prof. Stefan Homburg, prof. Charles Blankart – znani i szanowani ekonomiści. Do nowego ugrupowania przyłączył się także Hans-Olaf Henkel, który jest nie tylko profesorem, lecz także dawnym prezesem europejskiego oddziału IBM oraz byłym szefem Związku Niemieckich Przemysłowców (BDI). To jedna z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych postaci w Niemczech, człowiek ceniony i z uwagą słuchany w kręgach biznesu.

Trudno przypiąć im łatkę szaleńców czy zdyskredytować jako niepoprawnych idealistów, którzy trochę ponarzekają, trochę pokrzyczą, ale wkrótce znikną ze sceny politycznej, jak wiele innych monotematycznych partyjek w przeszłości.

W istocie lista naukowców, szczególnie ekonomistów, którzy firmują swoimi nazwiskami nową inicjatywę, jest długa i imponująca. Powstało nieomal wrażenie, iż właściwie wszyscy niemieccy ekonomiści mają takie samo zdanie na temat euro co Bernd Lucke. Niektórzy z nich musieli się wręcz publicznie odcinać od Alternatywy – jak np. Hans-Werner Sinn, który wcześniej wielokrotnie krytykował unijną obsesję ratowania za wszelką cenę zadłużonych państw, a nawet zaryzykował stwierdzenie, że wyjście Niemiec ze strefy euro mogłoby im przynieść gospodarcze korzyści. W rozmowie z „Frankfurter Allgemeine Zeitung” stwierdził jednak, że „daje wspólnej walucie nieco większe szanse niż koledzy z nowej partii”, choć zaznaczył, że ma do nich szacunek, bo „wiedzą, o czym mówią”.

W swoim manifeście programowym Alternative für Deutschland proponuje powrót do walut narodowych lub utworzenie kilku mniejszych stref wspólnego pieniądza. „Ponowne wprowadzenie marki nie powinno być tematem tabu” – czytamy w dokumencie. AfD domaga się też zmiany unijnych traktatów, tak aby każdy kraj miał możliwość podjęcia suwerennej i demokratycznej decyzji o opuszczeniu Eurolandu.

Koszty ratowania krajów pogrążonych w tarapatach winny wziąć na siebie banki oraz fundusze inwestycyjne, a nie wyłącznie zwykli podatnicy, zaś Europejski Bank Centralny musi jak najszybciej zaprzestać kupowania bezwartościowych obligacji.

Kilku ekonomistów popierających dzisiaj AfD trzy lata temu skierowało skargę do Trybunału Konstytucyjnego przeciwko ustawie pozwalającej na pomoc finansową dla Grecji (wniosek został ostatecznie odrzucony). Liderzy partii zwracają uwagę, że kolejne pakiety ratunkowe nie tylko nie przynoszą żadnych efektów, lecz także są niezgodne z traktatem z Maastricht, który zakazywał bailoutów. Według Bernda Luckego EBC, Komisja Europejska, a także rząd Angeli Merkel kręcą się w kółko i nie mają pomysłu na to, jak wyprowadzić Unię z dołka. To skutek nie tyle braku kompetencji, ile zaślepienia. Przez ponad 10 lat od momentu wprowadzenia wspólnej waluty euroentuzjaści uprawiali nachalną propagandę. Najpierw dowodzili, że euro jest sukcesem i nie ma żadnych wad. Potem zaś starali się wdrukować w mózgi Europejczyków, że utrzymanie wspólne waluty to warunek sine qua non przetrwania Unii Europejskiej. A tylko Unia Europejska gwarantuje zachowanie pokoju i dobrobytu na kontynencie.

AfD odrzuca tę ideologię, ale nie odrzuca Unii jako takiej. Lucke powtarza, że UE jest organizacją pożyteczną, że warto pogłębiać współpracę między państwami członkowskimi na polu wspólnej polityki zagranicznej czy obronnej, że ogromną wartością jest jednolity rynek. Wiele haseł AfD brzmi identycznie jak postulaty brytyjskich torysów (w partyjnym manifeście pojawia się nawet nazwisko premiera Davida Camerona), którzy chcieliby odbiurokratyzować UE i położyć większy nacisk na wolny handel i swobodną przedsiębiorczość.

Lucke nie chce rozwiązania Unii, on chce Unię uchronić przed katastrofą. Wspólny pieniądz – jego zdaniem – jest dla Europy kulą u nogi. Pogłębia nierówności między krajami Północy i Południa, wykańcza Grecję, która i tak ledwo trzyma się na nogach, powiększa legiony bezrobotnych, nie pozwala na prowadzenie suwerennej polityki gospodarczej.

W opinii Luckego przywrócenie walut narodowych w Europie byłoby procesem rozłożonym na lata. Przez pewien czas euro, niemiecka marka, francuski frank czy hiszpańska peseta mogłyby funkcjonować równolegle. Potem zaś każdy kraj poszedłby własną drogą, sam ustalał swoje stopy procentowe, sam decydował o tym, na co wydawać pieniądze z państwowej kasy, a na czym oszczędzać. A niemieccy podatnicy wreszcie zostaliby odciążeni i nie musieliby się martwić, że ich oszczędności służą do reanimowania (co gorsza, nieskutecznego) unijnych bankrutów.

Chcieliby, ale się boją

Czy taki scenariusz jest w ogóle możliwy? Marka stałaby się bez wątpienia najsilniejszą walutą w Europie, a to uderzyłoby w niemieckich eksporterów – wielkie koncerny i małe firmy rodzinne, które dzięki słabszemu euro podbiły światowe rynki. Jürgen Trittin, jeden z przywódców Zielonych, mówi, że AfD, owszem, ma program, ale jest to „program zniszczenia niemieckiego przemysłu”. Zastępca kanclerz Merkel i szef FDP Philip Rösler przestrzega, że rozpad strefy euro „zrujnuje naszą gospodarkę”, zaś wiceminister finansów Steffen Kampeter podkreśla, że „AfD roztacza przed swoimi sympatykami różową, choć nieprawdziwą wizję bezbolesnego rozmontowania strefy euro”. I dorzuca: „Można zrobić jajecznicę z jajek, ale nie można zrobić jajek z jajecznicy”.

Tęsknota za marką jest nad Renem nadal silna. Dla milionów Niemców to symbol gospodarczego sukcesu z lat 50., stabilności, zamożności i poczucia bezpieczeństwa. Inni kojarzą markę ze zjednoczeniem dwóch państw niemieckich i gospodarczą ekspansją w latach 90. Jednak dla najmłodszych obywateli marka należy już do prehistorii, tak jak wielu Polaków nie pamięta już, jak wyglądały banknoty przed denominacją w 1995 r.

Według badań Instytutu Allensbach z kwietnia br. powrotu marki życzy sobie 37 proc. ankietowanych. To dużo, zważywszy, że niemieckie społeczeństwo uchodzi za proeuropejskie. Mimo to warto zauważyć, że to najniższy wskaźnik od chwili wprowadzenia euro. W 2002 r. zwolenników marki było aż 61 proc., w 2007 r. – 55 proc., w 2010 r. – 47 proc., a rok temu – 42 proc. Blisko połowa badanych wierzy, że euro przeżyje kolejną dekadę. Przeciwnego zdania jest 42 proc. Ale liczba sceptyków rośnie – dwa miesiące temu było ich 37 proc.

Wygląda więc na to, że Niemcy chcieliby, ale się boją. Widzą, że unijni decydenci nie radzą sobie z kryzysem, że strefa euro tonie, ale przeraża ich wizja nagłej śmierci Eurolandu.

Dlatego Alternative für Deutschland, mimo spektakularnego startu i wyjątkowego zainteresowania mediów, na razie nie pociąga za sobą mas. Lucke przewiduje, że jego partię stać na dwucyfrowy wynik wyborczy, jednak te prognozy nie są realistyczną oceną sytuacji, lecz raczej sposobem na podtrzymanie entuzjazmu swoich zwolenników.

W sondażach AfD wystartowała z poziomu 2 proc., ostatnie badanie przeprowadzone na zlecenie „Bilda” daje nowemu ugrupowaniu 5 proc. Pamiętajmy jednak, że tyle właśnie wynosi próg wyborczy, który każda partia musi przeskoczyć, by mieć swoich posłów w Bundestagu. Aby poważnie myśleć o zaistnieniu na niemieckiej scenie politycznej, AfD musiałaby utrzymywać przez kilka miesięcy poparcie na bezpiecznym poziomie 7–8 proc., co dawałoby duże szanse na wejście do parlamentu.

Problem w tym, że wybory do Bundestagu odbędą się właśnie za kilka miesięcy – dokładnie 22 września. Partia Bernda Luckego ma bardzo mało czasu, by zbudować struktury i zebrać podpisy wymagane przy rejestracji kandydatów (po 2 tysiące w każdym landzie). Do AfD przeszło już wielu członków innych partii, choć nie było wśród nich żadnych grubych ryb. Dziennikarze starają się szukać kolejnych potencjalnych dezerterów: gazety pisały m.in. o Wolfgangu Bosbachu, ważnym polityku CDU, który często krytykował decyzje Angeli Merkel i mechanizmy rządzące strefą euro, a także o kilku posłach FDP, którzy niegdyś wszczęli na tym tle wewnątrzpartyjny bunt. Niemniej do żadnego głośnego transferu nie doszło.

Alternative für Deutschland ma tylko jednego deputowanego do parlamentu landowego – w Hesji partyjne barwy zmienił jeden z działaczy FDP. To wciąż za mało, by politycy AfD byli na bieżąco odpytywani przez media na okoliczność różnych ważnych wydarzeń czy też stali się równorzędnymi partnerami dla przedstawicieli innych formacji, np. w debatach telewizyjnych.

Problem dla Angeli Merkel

AfD jest typową partią protestu. Polityczna historia Europy pokazuje, że tego typu ugrupowania mają zazwyczaj krótki żywot, a nawet jeśli uda im się zdobyć jakiś przyczółek w parlamencie narodowym czy we władzach lokalnych, przez długi czas pozostają w opozycji. Obalenie dwu- czy trzypartyjnego systemu w danym kraju jest zadaniem karkołomnym, wymaga uporu i cierpliwości.

Pocieszeniem dla AfD mogą być dzieje Zielonych, partii, która także zrodziła się z protestu – w tym wypadku o charakterze pacyfistycznym i ekologicznym – aż w końcu umościła się w mainstreamie, a potem przez siedem lat współrządziła Niemcami (w koalicji z SPD). Podobnie jak Die Linke – niemiecka lewica, utworzona w 2007 r. przez NRD-owskich postkomunistów i uciekinierów z SPD, tęskniących za „socjalistycznym rajem na ziemi”. Die Linke ma dzisiaj 76 deputowanych i jest czwartą co do wielkości frakcją w Bundestagu. (Notabene jej były lider Oskar Lafontaine, w 1998–1999 minister finansów w gabinecie Gerharda Schroedera, niedawno także opowiedział się za likwidacją wspólnej waluty).

Z drugiej strony historia Partii Piratów, która jeszcze kilka miesięcy zyskiwała w sondażach 13 proc., a dzisiaj dokonuje swojego żywota, jest dla Bernda Luckego i jego towarzyszy znaczącą przestrogą. Piraci polegli, gdyż nie dojrzeli do demokratycznej rywalizacji – nie byli w stanie zaprezentować spójnego, całościowego programu dla wszystkich Niemców, nie do końca zrozumieli, na czym polega walka o wyborcę w realnym świecie. Wydawało im się, że wystarczy zbudować wizerunek partii fajnej, skupiającej użytkowników Facebooka i Twittera i zajmującej się głównie ochroną prywatności w sieci. Okazało się, że większość ich rodaków ma trochę inne zmartwienia.

Liderzy Alternative für Deutschland dowodzą, że w przeciwieństwie do Piratów nie są ugrupowaniem jednego tematu, że stanowią prawdziwą alternatywę dla dominujących sił politycznych. CDU i SPD zdają sobie z tego sprawę i traktują AfD jako poważne zagrożenie. Świadczyć może o tym to, że i chadecy, i socjaldemokraci starają się napiętnować AfD jako partię skrajną, niewiele różniącą się od ugrupowań Marine Le Pen we Francji czy Geerta Wildersa w Holandii, przyciągająca niczym magnes różnych ekstremistów. Rzeczywiście, Bernd Lucke musiał już kilkakrotnie tłumaczyć się w wywiadach prasowych z obecności w swoim otoczeniu ludzi, którzy publikują teksty w tygodniku „Junge Freiheit”, uchodzącym za pismo flirtujące z radykalną prawicą. Niektórzy członkowie AfD wypowiadali się też dość jednoznacznie na temat polityki imigracyjnej, twierdząc, że należy przyjmować tylko takich cudzoziemców, którzy mają odpowiednie wykształcenie i talenty potrzebne niemieckiej gospodarce. Teoretycznie ta teza nie jest specjalnie bulwersująca, nie można jednak zapominać, że opinia publiczna w Niemczech jest na podobne deklaracje bardzo wyczulona, a większość mediów z miejsca definiuje je jako ksenofobiczne.

Bernd Lucke ma więc twardy orzech do zgryzienia: musi zgrabnie lawirować, by jego formacja nie została posądzona o „brunatne” inklinacje, ale jednocześnie zachowała powab partii antysystemowej. Jeśli uda mu się wprowadzić posłów do Bundestagu, będzie to niewątpliwie wstrząs dla niemieckiej polityki. Niewykluczone, że AfD zajmie w parlamencie miejsce liberałów z FDP, którzy od dłuższego czasu z trudem dobijają w sondażach do progu wyborczego. Angela Merkel straciłaby wówczas sojusznika i najpewniej zostałaby zmuszona do zaproponowania raz jeszcze wielkiej koalicji odwiecznym adwersarzom z SPD (pierwsza Grosse Koalition sprawowała władzę w latach 2005–2009). Tym samym sukces AfD może paradoksalnie doprowadzić do powstania rządu, który będzie jeszcze bardziej prounijny niż obecny.

Tak czy inaczej dla Angeli Merkel perspektywa współrządzenia z socjaldemokratami nie jest zbyt miła. Niewykluczone, że również z tego powodu śni jej się po nocach pewien uśmiechnięty profesor ekonomii z Hamburga.