Bezprecedensowy skok na depozyty”, „Naruszenie świętej własności prywatnej”, „Przekroczenie ekonomicznego Rubikonu”. Sklecana przez kilkanaście ostatnich dni akcja ratowania wypłacalności Cypru przy współudziale prywatnych depozytów bankowych jest przedstawiana jako wydarzenie zupełnie wyjątkowe. Takie, po którym nic już nie będzie takie samo. Bzdura. Przypadek cypryjski nie jest ani szczególnie zaskakujący, ani zasadniczo nowy. Bo nie takie już bolesne zmagania z długiem zna historia.

W nabraniu dystansu do cypryjskiej lekcji niech posłużą nam najpierw przygody Kaczora Donalda. Być może pamiętają państwo odcinek, w którym ten wiecznie balansujący na granicy załamania nerwowego bohater disnejowskiej kreskówki przygotowuje się do wizyty swojej ukochanej Daisy. Oczywiście zapomniał posprzątać i musiał zamieść śmieci pod dywan. Ale co to? Górka pozostała. Biedny kaczor skacze więc na nią z wściekłością. Tyle że niesforne wybrzuszenie pojawia się w innym miejscu. Przewraca się przy okazji zastawiony stół. Wściekły Donald znów więc wygładza dywan. Ale górka nadal nie chce zniknąć. I tym razem kaczor obala stolik z telewizorem. Disnejowska postać miota się w ataku apopleksji. Wtedy słychać pukanie do drzwi.

Śmieci pod dywanem

Od jesieni 2008 r. Zachód znajduje się w bardzo podobnej sytuacji. Najpierw były niespłacalne długi hipoteczne. To przez nie jedne banki stały się niewypłacalnymi dłużnikami innych banków. Wkrótce nawet największe instytucje finansowe połapały się, że dług przerasta również ich możliwości. Z pomocą przyszły państwa. Ale i one, jak Grecja, Hiszpania, Islandia, Portugalia i Cypr, nie dały rady. Dług znów został przerzucony w inne miejsce. Tym razem na barki instytucji ponadnarodowych, takich jak Unia Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Nie zmienia to faktu, że dług wciąż tam jest. Kryje się pod postacią wysokiego zadłużenia publicznego niemal wszystkich krajów rozwiniętych. A także w bankach, które niczym zombie są trochę żywe (utrzymywane zastrzykami świeżej krwi z Europejskiego Banku Centralnego), trochę martwe. Bo nikt nie wie tak naprawdę, jakie trupy kryją się jeszcze w ich szafach. Do tego dochodzi potężne zadłużenie komercyjnego sektora pozabankowego. Na tym tle kłopoty Cypru nie powinny być żadnym zaskoczeniem. Jego problemy nie różnią się zasadniczo od tego, co już w Europie widzieliśmy (Grecja) i co bez wątpienia jeszcze zobaczymy. Witajcie w świecie kryzysu zadłużeniowego. On tak właśnie wygląda. Zdemolowany pokój, śmieci pod dywanem, a na środku wściekła i zrezygnowana kaczka.

Osiągnięte w ubiegłym tygodniu porozumienie między rządem Cypru, UE a MFW to próba, by ten problem rozwiązać. Nie brak głosów (powiedział to nawet szef Eurogrupy Jeroen Dijsselbloem), że w ten sposób na maleńkiej śródziemnomorskiej wysepce przetestowany został scenariusz zaradzenia sobie z długiem, który wkrótce wyskoczy znów w innym zakątku Europy. Rozwiązanie natychmiast spotkało się z krytyką. Bo sięga się po prywatne pieniądze, łamie ekonomiczne tabu oraz podważa wiarę w cały unijny system bankowy. Być może. Jednak zastanówmy się przez chwilę, jakie mamy alternatywy. I czy na tle długiej historii pieniądza to rozwiązanie faktycznie przedstawia się tak fatalnie.

Przerzucanie bólu

Gospodarcze dzieje świata uczą nas, że gdy w grę wchodzą długi, przyjemnie nigdy nie jest. Z pozoru ich sprawę można oczywiście rozwiązać w jednej chwili, mówiąc: „To ja nie płacę. I co mi zrobisz?”. Im podmiot wypowiadający te słowa silniejszy, tym brzmią one bardziej złowrogo. Weźmy na przykład władców potężnej Francji. „Między rokiem 1500 a 1800 ten kraj w środku Europy notorycznie nie płacił swoim wierzycielom. Francuskie elity oficjalnie hołdowały zasadzie puszczania krwi. Z długami wobec własnych bankierów i lichwiarzy radzono sobie, ścinając wierzycieli. Wobec obcych pozostawała niewypłacalność. Minister finansów Ludwika XV Joseph Marie Terray sformułował nawet teorię, że każdy rząd raz na sto lat powinien mieć prawo do bankructwa, by przywrócić zdrową ekonomiczną równowagę” – przypomina amerykańska ekonomistka Carmen Reinhart, autorka najważniejszej w ostatnich latach książki o historii zadłużenia noszącej ironiczny tytuł „Tym razem będzie inaczej” („This Time Is Different”). Jeśli ktoś uważa, że od tamtej pory wiele się zmieniło, jest w sporym błędzie. Największy bankrut wszech czasów – Argentyna – do dziś uważa, że strząśnięcie długów w 2001 r. w sumie wyszło krajowi na dobre.

Tak to wygląda od strony dłużnika. A wierzyciele? Najsilniejsi zawsze próbowali interweniować. To za długi Wielka Brytania najechała Egipt w 1882 r. oraz Stambuł w przeddzień kryzysu 1876 r. Dyplomację kanonierek uprawiali też Amerykanie, np. wobec Wenezueli w latach 90. XIX wieku, a potem zajmując dochody z ceł Republiki Dominikany w 1907 r. oraz okupując Haiti od 1915 r. Szybko okazało się jednak, że koszty operacji przekraczają ewentualne zyski. W skrajnych przypadkach wierzyciel – wzorem prawa rzymskiego – przejmował dłużnika na własność. Na przykład do lat 30. XX wieku Nowa Fundlandia była cieszącym się właściwie pełną niezależnością brytyjskim dominium w Ameryce Północnej. 280 tys. anglojęzycznych mieszkańców tego w praktyce niepodległego państewka szczyciło się rozwiniętą demokracją i najstarszym po Westminsterze parlamentem w ramach Commonwealthu. Wielki kryzys, który doprowadził do krachu na rynku rybnym, wpędził Nową Fundlandię w wielkie długi. Mając dość swoich zmartwień, Londyn bez pytania Nowofundlandczyków o zdanie odstąpił dominium Kanadzie.

Jednak to rozwiązanie w wypadku Cypru w 2013 r. raczej nie wchodzi w grę. W praktyce niewielu dłużników i wierzycieli decyduje się na ostrą konfrontację. Dominuje raczej przekonanie, że obie strony jadą na tym samym wózku. Wiedział o tym już choćby król Anglii Edward III (wiek XIV). Mógł przepędzić wysłanników florenckich banków, ale wiedział, że ucierpią na tym brytyjscy producenci wełny, głównego wówczas towaru eksportowego. Cały eksport szedł bowiem przez włoskich pośredników i spedytorów. Edward nie był więc w stanie iść na gospodarczą wojnę z Florencją bez naruszania żywotnych interesów swoich poddanych, a co ważniejsze – podatników.

Dziś w dalece bardziej skomplikowanej sieci międzynarodowych powiązań gospodarczych sytuacja jest dla bankruta jeszcze mniej komfortowa.

Co więc pozostaje? Jakaś forma kompromisu. Trochę bólu przerzuca się więc na zagranicznych wierzycieli. Trochę bierze się na siebie. To znaczy na barki własnych obywateli. Odbywa się to zazwyczaj w białych rękawiczkach – poprzez dewaluację waluty. Metoda jest stara jak pieniądz. Gdy był on jeszcze oparty na kruszcu, mieliśmy psucie monety. Wiele takich epizodów kryją nawet mroki naszych własnych dziejów.

Weźmy choćby Mieszka Starego. Gdy w 1173 r. objął dzielnicę senioralną w Krakowie, od razu przystąpił do dzieła. I o ile w czasach jego ojca Bolesława Krzywoustego z grzywny (była to w starodawnej Polsce miara mennicza) bito 694 denary, to już mieszkowi mincerze produkowali ich z tej samej ilości kruszcu aż 1310. Tak odchudzony denar łamał się w palcach i lud ochrzcił go „plewami”. I to właśnie za te plewy wygoniono Mieszka z Krakowa. Gdy wrócił na tron, trochę się opamiętał. I zamiast odchudzania waluty wymieniał denary trzy razy do roku. Oczywiście brał więcej starych, niż dawał nowych. Po śmierci Mieszka nawet papież Innocenty III żalił się, że świętopietrze przychodzi z Polski w monecie wyjątkowo podłej.

Dziś psucie monety wygląda oczywiście inaczej i odbywa się przez inflację. Działanie tego środka spłaty zadłużenia świetnie opisuje Adam Fergusson, autor bestsellera „Kiedy pieniądz umiera”. Wygląda to następująco. Źródłem większości kłopotów z inflacją jest to, że dłużnicy, w tym wypadku rządy, nie mogą poradzić sobie z górą długów, a na horyzoncie nie ma szczególnych widoków na ich spłatę w normalny, zdrowy sposób, czyli za pomocą solidnego wzrostu gospodarczego. Presja ze wszystkich stron jest olbrzymia. Wierzyciele domagają się zwrotu należności, a obywatele – którym od dłuższego czasu nie jest bynajmniej lekko – nie chcą słyszeć o konieczności dalszego zaciskania pasa. Wtedy pojawia się inflacja, czyli stopniowe i celowe obniżanie wartości własnej waluty. To stosunkowo łatwy do przeprowadzenia sposób na szybkie ulżenie sobie i gospodarce. Pierwsze efekty są zachęcające. Góra długów staje się mniejsza, poprawia się konkurencyjność.

Szybko okazuje się jednak, że inflacja jest jak narkotyk. Uzależnia i wyniszcza. Noblista Milton Friedman uważał wręcz, że celowa deprecjacja własnej waluty i igranie z inflacją to najbardziej perfidny z podatków. Bo nałożenie nowego obciążenia to podjęcie przez rząd gry w otwarte karty. Uszczupla portfele obywateli, ale przynajmniej ciężar rozkłada się mniej więcej sprawiedliwie. Inflacja robi to samo z tą tylko różnicą, że uderza najmocniej w tych, którzy nie mogą się przed nią bronić: pożyczkodawców, posiadaczy obligacji, emerytów, pracowników, których nie chronią potężne związki zawodowe. I nie podlega żadnej demokratycznej czy parlamentarnej kontroli. A jej negatywne skutki sięgają jeszcze głębiej. Prowadzi do zachwiania wiary w pieniądz, lecz także w instytucje państwowe. Nie wydaje się też, by Polacy zapomnieli już zupełnie o inflacyjnej cenie, jaką przyszło im zapłacić za transformację z początku lat 90.

Pozorny dyktat

Przez kilkadziesiąt ostatnich lat na Zachodzie dominowała wiara w to, że długi da się spłacić tak, by nikogo to specjalnie nie zabolało. Że będzie można poupychać je w księgach i rozłożyć na lata. Miało to oczywiście związek z tym, że wszystkie kryzysy zadłużeniowe odbywały się na obrzeżach rozwiniętego świata: w Polsce, Azji, Rosji czy Ameryce Łacińskiej. Zachodnie banki czy inwestorzy pieniądze, owszem, tracili, ale nie były to takie sumy, które mogłyby wstrząsnąć systemem.

Teraz jest inaczej. Teraz naprawdę musi zaboleć. Trzeba więc przynajmniej oddać twórcom scenariusza cypryjskiego sprawiedliwość. Po pierwsze, propozycja sięgnięcia po pieniądze z prywatnych depozytów bankowych została przedstawiona z otwartą przyłbicą. Nie jak uderzające znienacka rozwiązanie inflacyjne albo nawet obietnica pomocy w zamian za nierealistyczny pakiet oszczędnościowy. Po drugie, plan został pod wpływem demokratycznej decyzji cypryjskiego parlamentu zmieniony. Nie był to więc aż taki dyktat jak wcześniejsze porozumienia UE i MFW z krajami południa Europy, gdzie „do wyboru” była tylko jedna opcja.

To w sumie dość pocieszający morał z całej cypryjskiej historii. Tym bardziej że perypetie Nikozji są uważnie śledzone przez rynki finansowe i resztę Europy. Ich wynik kryzysu zadłużeniowego oczywiście nie zamyka. Temat wróci pewnie szybciej, niż się komukolwiek zdaje.