Masowe protesty Portugalczyków przeciwko polityce oszczędnościowej rządu przynoszą efekty. Dziś w Brukseli ministrowie finansów UE podejmą negocjacje nad tym, w jaki sposób poprawić warunki spłaty przez Lizbonę długu zaciągniętego wobec Unii.

15-stronicowy projekt dokumentu, do którego dotarł Reuters, zakłada trzy opcje. Pierwsza przewiduje, że spłata części pakietu pomocowego zostanie przesunięta w czasie, ale ostateczny termin, w którym pożyczone 79,5 mld euro będzie musiało być oddane, pozostanie bez zmian. Taki scenariusz mógłby zostać wprowadzony w życie bez zgody Bundestagu. Ma to kluczowe znaczenie dla Angeli Merkel przed wrześniowymi wyborami parlamentarnymi. Druga opcja musiałaby zaś uzyskać aprobatę niemieckich deputowanych. Zakłada ona przesunięcie całego kalendarza spłat o 2–5 lat. Trzeci scenariusz też nie jest zbytnio w smak Berlinowi. Przewiduje on bowiem uruchomienie pomocy z Europejskiego Mechanizmu Stabilizacji (ESM), co de facto oznaczałoby przyznanie się do porażki programu pomocowego.

W Portugalii – w porównaniu z Grecją czy Hiszpanią – protesty przeciw polityce oszczędnościowej były do tej pory spokojniejsze. Ale to się zmieniło w sobotę. Na ulice Lizbony i innych miast wyszło ponad 200 tys. manifestantów domagających się ustąpienia rządu. Protestowali przeciw polityce podnoszenia podatków i ograniczenia uposażeń pracowników sfery budżetowej. To właśnie z tego powodu bieżący rok będzie już trzecim, w którym kraj znajduje się w recesji. I to głębszej, niż zakładał rząd: zamiast o 1 proc. gospodarka ma się skurczyć o 2 proc. Jednocześnie bezrobocie wzrosło do 17 proc.

Rząd Pedro Passosa Coelho ma co prawda większość w parlamencie, a następne wybory odbędą się dopiero w 2015 r. Jednak jeśli fala protestów nie zostanie powstrzymana, bardzo trudno będzie wdrożyć wart 4 mld euro rocznie plan cięć w wydatkach na szkolnictwo, służbę zdrowia, obronę i rozwój infrastruktury. A bez tego Portugalia nie zdoła w przyszłym roku odciąć się od kroplówki unijnej pomocy i sama finansować się na rynkach.