DSS, PBG, Hydrobudowa, Budbaum... Fala upadłości porwała od początku roku ponad 200 spółek budowlanych.

Anna Maria Pukszto: W latach 2002–2003 upadało więcej podmiotów, ale działających na mniejszą skalę. Dzisiaj wnioski o upadłość składają giganci. To sytuacja bez precedensu. Występuje przy tym efekt domina: jeden bankrutujący wykonawca pociąga na dno swoich podwykonawców i kontrahentów.

Czy obiecane przez premiera w expose wpompowanie w drogi i kolej do 2015 r. za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego 73 mld zł pomoże branży stanąć na nogi?

W długoterminowej perspektywie pewnie tak. Ale firmy mają gigantyczne problemy z płynnością tu i teraz. Obiecywanego przypływu gotówki z rządowych kontraktów zagrożone upadłością spółki mogą po prostu nie doczekać.

Decydenci zdają się nie dostrzegać, że system finansów publicznych to zbiór naczyń połączonych. Wykonawcy narzekają, że dyrektor GDDKiA w trakcie realizacji kontraktów nie zachowywał się jak partner i nie uznawał ich zasadnych roszczeń o zapłatę za wykonane prace dodatkowe. Na nieuwzględnianiu roszczeń wykonawców Skarb Państwa mógł „zaoszczędzić” setki milionów złotych. Ale w związku z upadłościami w sektorze budownictwa porównywalne pieniądze trzeba będzie wydać na udzielenie ochrony socjalnej w związku z utratą miejsc pracy. Spadną też oczywiście wpływy do budżetu z tytułu podatków.

Czy zagrożonej firmie, która zapewnia miejsca pracy, państwo powinno pomagać za wszelką cenę? Może lepiej zdać się na niewidzialną rękę rynku?

W wielu krajach ochrona przedsiębiorstw i miejsc pracy jest traktowana jako interes nadrzędny. Tak jest np. we Francji, gdzie interwencjonizm państwowy w tym zakresie wydaje się znacznie dalej posunięty niż w Polsce. Tam sektor publiczny stara się chronić kluczowych przedsiębiorców.

Upadłość układowa to częsty scenariusz?

Dotychczas, jeśli pojawiał się problem z płynnością, to dla wielu – w tym dla sądów – naturalną ścieżką było ogłoszenie upadłości likwidacyjnej. Według statystyk do 2011 r. ok. 80 proc. ogłaszanych upadłości to były upadłości likwidacyjne. Według mnie w najbliższych miesiącach to się zmieni i przybędzie upadłości układowych.

Kiedy zarząd spółki, która ma kłopoty, musi złożyć wniosek o upadłość?

W Polsce powinien to zrobić nawet w przypadku przejściowych problemów z płynnością. Bo prawo upadłościowe jest zbyt restrykcyjne i za mało elastyczne. W naszym kraju obowiązuje chyba najkrótszy w UE 14-dniowy termin na złożenie wniosku. Tymczasem np. w Hiszpanii termin to dwa miesiące od wystąpienia problemów z płynnością i powstania stanu niewypłacalności, przy czym może on podlegać przedłużeniu o dalsze trzy miesiące. Niewypłacalność jest zaś definiowana jako niemożność spłaty wymagalnych zobowiązań.

Zresztą nie musimy oglądać się na Hiszpanię. Polskie prawo upadłościowe z 1934 r. zakładało, że przejściowe problemy ze spłatą wierzytelności nie stanowiły podstawy do złożenia wniosku o upadłość.

Czy banki mogą wykładać gotówkę na spółki w stanie upadłości?

W Polsce takie przypadki kredytowania to wciąż rzadkość. W naszym prawie brakuje szczególnych regulacji dotyczących finansowania spółek w upadłości.

Dla odmiany w USA podmiot, który zgodzi się na finansowanie dłużnika w stanie upadłości, uzyskuje specjalny przywilej: możliwość przełamania pierwszeństwa dotychczasowych wierzycieli zabezpieczonych. U nas na takie superpierwszeństwo w stosunku do określonego składnika majątku musieliby się zgodzić wszyscy zabezpieczeni na nim wierzyciele. To mało prawdopodobne, bo żaden nie będzie chciał zrezygnować z zabezpieczenia spłaty. W USA wystarczy decyzja sądu.

Jakie jest tempo postępowań upadłościowych na Zachodzie?

Większe, gdyż prawo pozwala przedsiębiorcom i ich wierzycielom na właściwe przygotowanie postępowania upadłościowego, w tym sprzedaży przedsiębiorstwa czy też zawarcia układu. W Stanach Zjednoczonych dłużnik może zbierać głosy wierzycieli za układem jeszcze przed wszczęciem postępowania upadłościowego (Chapter 11). W Anglii przygotowanie sprzedaży przedsiębiorstwa może odbyć się w ramach tzw. prepacked sale. Potencjalny nabywca negocjuje warunki sprzedaży przedsiębiorstwa z osobą, która będzie powołana do pełnienia funkcji syndyka. Umowa sprzedaży może zostać podpisana nawet kilka godzin po ogłoszeniu upadłości.

A w Polsce?

Sprzedaż przedsiębiorstwa upadłego może nastąpić po sporządzeniu spisu inwentarza, przygotowaniu opisu i oszacowaniu przedsiębiorstwa, co najczęściej zajmuje kilka miesięcy. Poza tym brakuje elastyczności w zakresie sposobu sprzedaży. Preferowanym sposobem sprzedaży jest przetarg albo aukcja, nawet jeżeli wiadomo, że na przedsiębiorstwo znajdzie się co najwyżej jeden chętny. Zła jest praktyka, że ceny proponowane w pierwszym przetargu albo aukcji są niemożliwe do osiągnięcia. Znam przykład spółki, której majątek został wystawiony na aukcji za cenę, której nikt nie chciał zaakceptować, a syndyk w drugim przetargu ją... podwyższył. Opóźnianie sprzedaży często prowadzi do utraty przez nie wartości, a tym samym obniżenia wpływów, które służą zaspokojeniu wierzycieli.

Czy wpadek syndyków po wprowadzeniu licencji jest mniej?

Nastąpiła zauważalna profesjonalizacja. Niestety, nadal dochodzi do sytuacji budzących niepokój wierzycieli, spowodowanych tym, że ustawodawca ograniczył kwotę wynagrodzenia dla osób prowadzących upadłości. Wierzyciele mają czasami podejrzenia, że część pieniędzy wycieka przez zamawianie przez syndyków usług na nieatrakcyjnych warunkach, a sędziowie nie do końca są w stanie skontrolować finansową stronę postępowania upadłościowego.

Anna Maria Pukszto, partnerka w kancelarii Salans. Specjalizuje się w restrukturyzacji i prawie upadłościowym. Zasiada w zarządzie Stowarzyszenia Praktyków Restrukturyzacji