Nie ma dnia, byśmy nie byli karmieni informacjami o kolejnym cudownym dziecku internetowego biznesu. Facebook, Foursquare, Kickstarter, Instagram czy Pinterest – to tylko kilka gorących firm oraz start-upów, które swoich założycieli już uczyniły bogaczami, a przecież taką wyliczankę można by ciągnąć niemal w nieskończoność. A czy jest jeszcze możliwe dorobienie się w bardziej tradycyjny – nieskomputeryzowany i niezsieciowany – sposób? Choćby na dżemie?

Można. Poznajcie Frasera Doherty’ego, 23-letniego Szkota, nazywanego „dżemowym chłopcem”. Owocowy przysmak przygotowywany przez babcię tak bardzo go zafascynował, że sam zaczął robić słodkie przetwory, aż w końcu rzucił liceum i poświęcił się rozkręceniu biznesu. Nie była to dla mnie łatwa decyzja, bo sprzedaż dżemów w Wielkiej Brytanii cały czas maleje. Główną przyczyną jest to, że mają one niewiele wspólnego z prawdziwymi dżemami: to galaretowate masy pełne sztucznych barwników, które są zatopione w gigantycznej ilości cukru. Dlatego postanowiłem, że moje wyroby będą tradycyjne i zdrowe – opowiada. Efekt? Jego firma SuperJam zaledwie w ciągu dwóch lat osiągnęła przychody przekraczające milion funtów, a on sam zdobył wiele nagród dla najlepiej zapowiadającego się przedsiębiorcy młodego pokolenia. Daleko w tyle zostawił wszelką e-konkurencję.

Ale po kolei. Mieszkający w Edynburgu mały Fraser dużo czasu spędza z babcią, bo jego rodzice są bardzo zapracowani. To osoba starej daty, która wciąż pamięta powojenną biedę – ważne jest więc dla niej robienie na zapas przetworów najróżniejszego rodzaju. W domu jest spiżarnia, jest też miejsce, w którym można je przechowywać. Pewnego weekendu wnuczek pomaga babci przy robieniu dżemów. Jest pod tak wielkim wrażeniem jej umiejętności i całego procesu – zwłaszcza słodkiego efektu – że nieśmiało pyta, czy może sam zrobić dżem. Uradowana babcia się oczywiście godzi, a chłopiec zabiera się do dzieła. Dżem jest jak najbardziej jadalny, o czym zaświadcza cała rodzina. Fraser ma wówczas 14 lat.

Od tego czasu niemal każdą wolną chwilę poświęca robieniu owocowych przetworów. Oczywiście według przepisów babci, czyli mocno owocowych. Przygotowuje ich tak wiele, że Doherty’owie nie są w stanie ich zjeść. Musiało ich być więc naprawdę dużo, bo brytyjska rodzina zazwyczaj zaczyna poranek od kilku tostów z dżemem. Chłopiec, za radą ojca, decyduje się więc na rozpoczęcie sprzedaży przetworów. Pierwszymi klientami są przyjaciele rodziny oraz sąsiedzi. Bardzo szybko stałem się sławny na lokalną skalę. Było to bardzo przyjemne, ale – by podołać wszystkim zamówieniom – musiałem tygodniowo przygotowywać setki słoików. A to wszystko działo się w domowej kuchni – opowiada.

Wkrótce stanął przed niełatwym wyborem: nauka lub biznes. Nie dawałem rady pogodzić jednego z drugim. Z dłońmi umazanymi słodką i klejącą masą trudno wertować szkolne podręczniki. A zamówień przybywało – tłumaczy. Po rodzinnej naradzie podjął, jak dziś mówi, jedyną sensowną decyzję: rzuca szkołę i próbuje na poważnie rozkręcić interes. Miał wtedy zaledwie 16 lat. Mimo tak młodego wieku i braku doświadczenia solidnie przygotował się do wyzwania. Zbadał rynek i doszedł do wniosku, że nie jest w stanie w żaden sposób konkurować z wielkimi rywalami – ci byli zresztą już w stanie handlowej wojny między sobą i bezlitośnie cięli koszty. Działo się to jednak kosztem jakości, co powodowało, że ludzie odwracali się od tych erzaców prawdziwych dżemów. Fraser postanowił pójść pod prąd: postawił na tradycję i naturalność. Choć zmienił recepty babci, z których wyrzucił cukier. Wszystkie jego przetwory są naturalnie słodzone.

Na początek wszedł w porozumienie z fabryką, którą wynajmował na kilka dni w miesiącu, by przygotowywać swoje dżemy. Już wtedy działał pod szyldem SuperJam. Dzięki temu udało mu się opanować sytuację – zyskał kontrolę nad realizację zamówień, przyjmował nowe, nie ograniczała go rodzinna kuchnia. To było jednak zdecydowanie za mało, by interes się opłacał. Przełom nastąpił, gdy spotkał na swojej drodze handlowca z sieci delikatesów Waitrose. Ten, zafascynowany historią oraz produktami Frasera, poprosił go o przedstawienie oferty. Doherty wyczuł szansę na wielki skok, ale przeszkodą w jego dokonaniu były pieniądze. A właściwie ich brak. Byłem gołowąsem bez żadnego doświadczenia i żaden duży bank nie chciał mi zaufać. Na szczęście udało mi się w końcu znaleźć jeden odważny – opowiada. A nie mówimy tu o sumie idącej w setki tysięcy funtów, ale o skromnych 5 tys. funtów. Za tę sumę przygotował słoiki, etykiety i książeczkę reklamową w formie komiksu opowiadającą o jego firmie – ale nic nie zyskało uznania włodarzy sieci. Niezniechęcony tym zmienił agencję reklamową i całkowicie odmienił wizerunek firmy – na bardziej ludyczny. To poskutkowało. W 2007 roku produkty SuperJam stały już na półkach w prawie 200 sklepach Waitrose w całej Wielkiej Brytanii. Debiut SuperJam był bardziej niż udany. Już pierwszego dnia sprzedali 1500 słoików moich dżemów i to mimo że były droższe niż konkurencji. Tyle upłynniali zazwyczaj w ciągu miesiąca – opowiada Doherty.

Dziś jego dżemy można kupić w niemal każdym sklepie w kraju, bo po tak udanym początku w kolejce ustawiły się także inne sieci handlowe. 23-letni Doherty oparł się przy okazji największej pokusie każdego, kto błyskawicznie osiągnie sukces – pójścia na ilość, by zwielokrotnić zyski. Cały czas trzyma się zasady wypracowanej w wieku 16 lat: jakość, jakość i raz jeszcze jakość, no i brak cukru. O tym, jak poważnie podchodzi do swojego biznesu, świadczy też to, że sprzedaje jedynie cztery smaki dżemów, bo ich receptury ma doskonale opracowane. Gdy wchodził na rynek, oferował trzy rodzaje: jagodowo-porzeczkowy, rabarbarowo-imbirowy oraz żurawinowo-malinowy. Ostatnio dołączył czwarty smak: pomarańcza-marakuja.

Tak udany start w biznesie sprawił, że Doherty stał się ulubieńcem wszystkich. Głośno stało się o nim w mediach, zwyciężał w konkursach na najlepszych menedżerów młodego pokolenia, wygrywając z technologicznymi geekami, na obiad na Downing Street 10 zaprosił go premier David Cameron. On sam, jak zapewnia, pozostał skromnym chłopakiem z Edynburga – jeździ starym volkswagenem i lata klasą ekonomiczną. Nie zapomina także o potrzebujących: od kilku miesięcy na własny koszt organizuje podwieczorki dla osób starszych i samotnych.

I cały czas pracuje nad rozwojem własnej firmy. Marzy mu się zdobycie innych rynków, nie tylko europejskiego. I czy jeszcze ktoś nie wierzy w słowa, że słodki jest smak sukcesu?