Szwajcarska gospodarka, która przez dłuższy czas wydawała się niewzruszona mimo kryzysu w strefie euro, też odczuwa już jego skutki. W drugim kwartale skurczyła się o 0,1 proc., co oznacza realną groźbę recesji.

Co prawda patrząc rok do roku, szwajcarski PKB wzrósł w tym czasie o 0,5 proc., ale było to znacznie poniżej oczekiwań rynku, który spodziewał się wzrostu o 1,6 proc. Zresztą spadek kwartał do kwartału też był negatywnym zaskoczeniem – analitycy oczekiwali 0,2 proc. na plusie. Jeśli w trakcie obecnego kwartału znów nastąpi spadek, Szwajcaria znajdzie się w recesji.

Przesłanek wskazujących, że tak może być, jest więcej. Szwajcarski PMI spadł w sierpniu do 46,7 punktów z 48,6 w lipcu, co oznacza piąty kolejny miesiąc z wartością poniżej 50, która rozgranicza spodziewany wzrost i kurczenie się gospodarki. Z kolei tempo konsumpcji wewnętrznej, która jest jednym z głównych motorów wzrostu, spadło z 0,9 proc. w pierwszych trzech miesiącach roku do 0,3 proc. w drugim kwartale. I to pomimo spadających cen – w sierpniu roczna stopa inflacji wyniosła -0,5 proc., podał wczoraj Federalny Urząd Statystyczny.

Przyczynę tej sytuacji łatwo wskazać – kryzys w państwach Unii Europejskiej, do których trafia większość szwajcarskiego eksportu.

Szwajcarska gospodarka przez długi czas skutecznie opierała się dołującemu trendowi w strefie euro. Ale niewielkie spowolnienie w drugim kwartale pokazuje, że nie może się ona kompletnie od niej odseparować. Powiązania z resztą Europy są zbyt silne – mówi Reutersowi Bernd Hartmann z VP Bank. Popyt na szwajcarskie towary jest mniejszy, bo są one drogie. Wprawdzie od kiedy rok temu szwajcarski bank centralny (SNB) ustalił maksymalny poziom kursu franka na poziomie 1,2 za euro, udaje się go utrzymywać w ryzach, nie zmienia to jednak faktu, że wcześniej szwajcarska waluta mocno poszła w górę. I to mimo kilkukrotnych interwencji SNB. Podobny problem jak importerzy ma sektor turystyczny – Szwajcaria nigdy nie była krajem tanim dla przyjezdnych, ale teraz stała się jeszcze droższa.

Dane o spowolnieniu gospodarczym praktycznie ucięły pojawiające się ostatnio spekulacje na temat tego, że SNB mógłby zrezygnować z utrzymywania maksymalnego kursu 1,2. W obecnej sytuacji bardziej uzasadniona byłaby próba osłabienia franka, który traktowany jest przez inwestorów jako bezpieczna przystań. Tym bardziej że bank centralny dysponuje do tego ogromnymi środkami. Rezerwy walutowe SNB osiągnęły równowartość 400 mld franków (419,4 mld dol.), co oznacza, że od początku kryzysu zwiększyły się one od 9 proc. Rezerwy walutowe wzrosły tym samym do poziomu prawie 70 proc. szwajcarskiego PKB, podczas gdy np. w Chinach – dysponujących największymi na świecie w liczbach bezwzględnych rezerwami – stanowią one tylko 40 proc. tamtejszego PKB.