Najbardziej zdecydowanie filozofię cięcia wydatków odrzuca Paryż, gdzie po majowo-czerwcowej serii wyborów cała władza przeszła w ręce socjalistycznej większości prezydenta Francois Hollande’a. Nowy minister pracy Michel Sapin zapowiedział, że francuski rząd przeznaczy 2,3 mld euro (w ciągu dwóch lat) na tworzenie miejsc pracy dla młodych bezrobotnych. Jego program polega wprost na dopłacaniu do miejsc pracy (75 proc. kosztów zatrudnienia niewykwalifikowanego pracownika pokrywa państwo). Bezrobocie jest na najwyższym od 13 lat poziomie, a pracy nie ma co czwarty młody człowiek. To oznacza, że dotychczasowe metody walki z kryzysem po prostu się nie sprawdzają. Trzeba działać, bo nie stać Francji na fundowanie sobie kolejnego straconego pokolenia – tłumaczył minister.

Socjaliści liczą, że dzięki programowi Sapina uda im się stworzyć 100 tys. nowych miejsc pracy w sektorze publicznym, zwłaszcza dla bezrobotnych o najniższych kwalifikacjach zawodowych. Dodatkowe 50 tys. ma powstać w sektorze prywatnym. Pieniądze na ten cel znajdą się bez konieczności zwiększania zadłużenia, bo socjaliści zamierzają zreformować system podatkowy i skreślić niektóre ulgi. Tak przynajmniej zapewniają.

Tak samo z bezrobociem wśród młodzieży walczył w 1997 r. poprzedni lewicowy szef francuskiego rządu Lionel Jospin. Wówczas zatrudnienie się poprawiło. Problem tylko w tym, że na krótko. Gdy program się skończył, najsłabiej wykształceni znów wypadli z rynku pracy. To dlatego, że ich praca nie miała realnej wartości ekonomicznej. Ci ludzie pracowali jako informacja turystyczna albo przekładali papiery w urzędach na prowincji – tłumaczą eksperci ośrodka analitycznego OFCE w raporcie opublikowanym równolegle z ogłoszeniem planu Sapina. Socjaliści nie zamierzają jednak rezygnować ze swojego pomysłu. W niektórych regionach i na przedmieściach bezrobocie wśród młodych sięga 40 proc. Jeśli nie damy im jakiejkolwiek pracy, skończy się to wybuchem – tłumaczy minister Sapin.

O ile socjalistyczny zwrot przeciwko zaciskaniu pasa we Francji nie dziwi, o tyle ciekawy jest przykład Niemiec. Na arenie europejskiej Berlin pozostaje głuchy na prośby Greków czy Portugalczyków, by poluzować im trochę narzucone przez Unię i MFW programy zaciskania pasa. Jednocześnie w kraju polityka centroprawicowego rządu Angeli Merkel jest bardziej złożona. We wrześniu kanclerz zamierza przeprowadzić przez parlament kontrowersyjną ustawę o zasiłku opiekuńczym. Chodzi o dopłaty (w wysokości 150 euro miesięcznie) dla tych rodziców, którzy nie zdecydują się posyłać swoich dzieci (do lat 3) do żłobków, lecz zgodnie ze starą zasadą trzech K (Kinder, Küche, Kirche – niem. dzieci, kuchnia, kościół) matki zostaną z nimi w domu.

Merkel forsuje go pod silną presją swojego konserwatywnego koalicjanta, bawarskiej CSU, która próbuje przypomnieć o sobie zniechęconym wyborcom. Lewica jest mu przeciwna, ale tylko z przyczyn ideologicznych. Nikomu nie przeszkadzają koszty pomysłu, które są niemałe i wynoszą 1,2 mld euro rocznie. Takich wydatków szykuje się w Niemczech zresztą jeszcze więcej, bo 2013 to rok wyborów do Bundestagu.

Choć motywacje Berlina i Paryża są różne, to jednak odejście przez nich na własnym podwórku od twardej polityki budżetowych cięć nie pozostanie bez wpływu na Europę. Na pewno nie ułatwi im ono forsowania oszczędnościowej kuracji w Europie w tak rygorystycznej formie, jak miało to miejsce w ciągu ostatnich dwóch lat.