Kolejny skandal w greckiej bankowości. Dyrektor wykonawczy Piraeus Banku Michalis Salas dzięki trzem podstawionym firmom wykupił w nim część udziałów za pieniądze pożyczone od konkurencji. Transakcja nie została zgłoszona giełdzie w Atenach, na której bank jest notowany.

Chodzi o akcje warte co najmniej 100 mln euro. Jak wyglądał schemat działania? Na miesiąc przed transakcją Michalis Salas był właścicielem cypryjskiej firmy Benidver. W chwili kupienia przez nią pakietu udziałów Benidver należał już do dwóch greckich spółek należących z kolei do innej cypryjskiej firmy, której udziałowcy byli anonimowi. Według dokumentów, na które powołuje się Reuters, w istocie właścicielem była córka Salasa, Mirto Salas. Inną firmę kontrolował w podobnie zawiły sposób brat Mirty Jeorjos Salas.

W ten sposób Salasowie stali się największym mniejszościowym udziałowcem banku, dysponując 6 proc. akcji. Wbrew prawu transakcje nie zostały ujawnione publicznie, co stawia pod znakiem zapytania skuteczność greckiego nadzoru finansowego. To szczególna wersja insider tradingu. Dyrektor zarządzający wie jako pierwszy o wszelkich nowościach związanych z kondycją podległego mu banku. A Piraeus Bank należy do największych tego typu instytucji finansowych w Grecji.

Jakby tego było mało, pieniądze na zakup akcji Salas uzyskał w Marfin Egnatia Banku, czyli u bezpośredniego konkurenta. Pracownicy Marfina zdawali sobie sprawę, że firmy, którym udzielają kredytu, należą do osób powiązanych z Salasem, a więc jako takie powinny ujawnić dokonanie transakcji. Kostas Botopulos, szef Greckiej Komisji Rynku Kapitałowego, przyznał jednak, że decyzja o tym, kogo uznać za „osobę powiązaną”, jest uznaniowa. Piraeus Bank, jak i sam Michalis Salas, zaprzeczają zarzutom.