Do tej pory jednak sam Europejski System Nadzoru Finansowego (ESFS) zbierał równie wiele negatywnych recenzji, co Fitch, Moody’s i Standard & Poor’s.

O kontroli, którą w europejskich biurach wielkiej trójki przeprowadza jedna z trzech instytucji tworzących ESFS, Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA), poinformował za pośrednictwem "Financial Timesa" szef tego ostatniego urzędu, Steven Maijoor.

Nadzór zainteresował się agencjami ratingowymi po tym, jak w ubiegłym miesiącu Moody’s za jednym zamachem zdegradował ocenę wiarygodności 15 wielkich banków. Na podobny krok w listopadzie ubiegłego roku – i to tylko ze względu na zmianę stosowanej metodologii – zdecydował się też S&P.

Ratingi banków są o tyle ważne, że wpływają na wycenę wiarygodności państw i obligacji rządowych – stwierdził Maijoor. Agencje często były oskarżane, że najpierw nie były w stanie przewidzieć zawirowań na rynkach, entuzjastycznie oceniając coraz bardziej skomplikowane instrumenty finansowe, a potem zbyt drastycznie cięły ratingi, pogłębiając tylko problemy dotkniętych takim krokiem państw i instytucji. Nie zamierzamy wyceniać wycen. Nie nakładamy restrykcji na konkretną metodologię. Pytamy jedynie, czy kroki agencji mają sens ekonomiczny i logiczny – zastrzegł Maijoor.

Pytania sensowne, tyle że europejski system nadzoru sam w sobie wciąż nie stał się poważnym orężem do walki z dysfunkcjami systemu finansowego. Choć od powstania ESFS minęło już pół roku (wzmocnienie nadzoru to jedna z reakcji na kryzys lat 2008 – 2009, a jednym z nowych wymogów było zarejestrowanie agencji ratingowych przy ESMA), wciąż nie skompletowano jeszcze zespołu. W dziale ESMA odpowiedzialnym za 17 zarejestrowanych agencji ratingowych pracuje zaledwie 14 osób, choć przewidziano 20 etatów. Pełna obsada ma zostać zapewniona do końca roku. Późno, zważywszy że w przyszłym roku Komisja Europejska ma przygotować pierwszy raport na temat efektywności nowo powołanych instytucji nadzorczych.

Instytucje ESFS i ich poprzednicy są zaś wielokrotnie krytykowani za działania nieprzystające do realiów. Latem 2011 r. Europejski Nadzór Bankowy (EBA) przeprowadził testy wytrzymałościowe unijnych banków. Na liście najbezpieczniejszych instytucji 12. miejsce zajęła Dexia, którą po trzech miesiącach rządy musiały ratować przed bankructwem. Przykład Dexii pokazał, że poprzednie rundy testów były farsą – mówił DGP John Hardy z Saxo Banku. Jego zdaniem celem było wyłącznie uspokojenie rynków, a nie realne przetestowanie zagrożeń. Za najczarniejszy scenariusz uznano bowiem sytuację 0,5-proc. recesji w UE i utraty przez indeksy giełdowe 15 proc., nie uwzględniając np. możliwości bankructwa któregoś z członków unii walutowej. W rezultacie stress testy trzeba było powtórzyć przy znacznie bardziej rygorystycznych założeniach.

Przykład z 2011 r. pokazał też, że restrukturyzacja instytucji nadzoru niewiele dała. EBA zastąpił poprzednio istniejący Komitet Europejskich Organów Nadzoru Bankowego, m.in. dlatego że uznano, iż dotychczas działające instytucje są zbyt mocno powiązane z grupami interesów wywodzących się z sektora bankowego. Swoistym rekordem była specjalna grupa doradcza powołana przez KE która miała zająć się uzdrowieniem rynku finansowego. Spośród jej 40 członków aż 36 wywodziło się z banków.